Na podstawie zeznań mężczyzny, który twierdzi, że najpewniej widział bombera powstał jeden z dwóch portretów pamięciowych człowieka, który postawił na nogi krakowską policję. Dziś wiadomo, że policja mogła mieć dużo więcej - nie tylko portret, ale być może i samego sprawcę. Mężczyzna twierdzi, że pod koniec czerwca - w noc poprzedzającą pierwszy zamach - widział kręcącą sie po posesji sąsiadów osobę. 24 godziny później doszło tam do pierwszego wybuchu.
Zgłoszenie zostało przyjęte
- Zadzwoniłem na policję, utrzymywałem z nim kontakt wzrokowy. Zadzwoniłem raz i drugi. Policja nie podjęła żadnej akcji. Zadzwoniłem trzeci raz, że osoba wyszła z posesji i udała się w takim, a takim kierunku. Policja nic nie zrobiła - mówi reporterowi "Faktów" TVN mężczyzna. I zapewnia: Widziałem go tam jak się kręcił z jakimś pakunkiem. Cały czas informowałem policję, która przyjęła zgłoszenie.
I choć świadek twierdzi, że potencjalny "bomber" nie był ani wysoki, ani mocno zbudowany i że był w stanie go zatrzymać, to postanowił nie interweniować, bo liczył na skuteczną reakcję policji.
Wtedy "były inne działania"...
Efekt jest taki, że policja szuka dziś igły w stogu siana - nie ma sprawcy i nie ma motywu. Jest jedynie portret pamięciowy i zakrojone na szeroką skalę śledztwo. Śledczy prowadzący sprawę krakowskich zamachów o możliwości zatrzymania sprawcy niemal na gorącym uczynku dowiedzieli się we wtorek od dziennikarzy.
Rzeczniczka małopolskiej policji Katarzyna Cisło twierdzi, że o zgłoszeniach słyszy po raz pierwszy. - Jest to nowa informacja, którą będziemy sprawdzać. Jeżeli ten człowiek dzwonił na numer 997 lub 112, to te numery mają automatyczny zapis. Jest to do sprawdzenia i będziemy sprawdzać - mówi.
- Ważny jest moment tego telefonu, jeżeli był przed pierwszym wybuchem, to rzeczywiście mogło się zdarzyć, że żadnego radiowozu nie było w pobliżu i że były inne działania - dodaje.
... teraz "nie ma litości"
Teraz policja i wymiar sprawiedliwości zapewniają, że nie ma ważniejszych działań. - Nie ma litości dla tych, którzy nie wahają się narażać ludzkie życie - zapewnia minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski.
Ale oczami świadka rzeczywistość wygląda trochę inaczej. - Ktoś zgłasza dziwne zachowanie w rejonie, gdzie mamy zagrożenie i nie są wprowadzone systemy szybkiego reagowania - mówi.
Są za to systemy wolniejszego reagowania. - Odkąd doszło do wybuchów, to ta sprawa jest priorytetowa i do tego nie może znów dojść - mówi Katarzyna Cisło.
Żeby zatrzymać sprawcę powołano specjalną kilkudziesięcioosobową grupę policjantów. Rzekomo sprawdzany jest każdy ślad i sygnał.
Źródło: Fakty TVN