Wojna w Libii dzieli Arabów

Świat

Aktualizacja:

Każda interwencja Zachodu w sprawy krajów arabskich niesie ze sobą ryzyko, że zostanie obwołana kolejną "wyprawą krzyżową". Tym ważniejsze jest obecne poparcie większości świata arabskiego. Jest to jednak poparcie słabe i warunkowe. Kraje regionu mają własne problemy i często sprzeczne interesy. Zaś nawet pojedynczy incydent w czasie nalotów, np. przypadkowa śmierć większej liczby cywilów, spowoduje, że arabskie rządy dokonają nagłego zwrotu ws. Libii.

Jednym z argumentów, jakich używali zwolennicy uchwalenia rezolucji ws. interwencji w Libii, była opinia Ligi Arabskiej, która już 12 marca wezwała ONZ do ustanowienia strefy zakazu lotów nad Libią. Tym większa była konsternacja członków koalicji bombardującej Kaddafiego, gdy kilkanaście godzin po rozpoczęciu operacji "Świt Odysei" sekretarz generalny Ligi Egipcjanin Amr Moussa skrytykował naloty, twierdząc, że stosowane środki wykraczają dalece poza rezolucję.

Co prawda nie minęła doba, a szef brytyjskiej dyplomacji William Hague uspokoił, że Moussa nadal popiera ataki lotnicze na Libię. - Rozmawiałem wczoraj także z ministrami spraw zagranicznych państw arabskich i nie zauważyłem w nich osłabienia poparcia dla wprowadzenia rezolucji – zapewniał w BBC Hague. Sprawa Moussy pokazała jednak, już na samym początku interwencji, jak nietrwałe może okazać się poparcie Arabów.

Raczej na tak

Jeśli chodzi o stosunek do rezolucji ONZ ws. Libii, kraje arabskie można podzielić na trzy kategorie. Pierwsza, to zwolennicy rezolucji i interwencji, ale tylko w wymiarze politycznym. Takich jest najwięcej. Druga grupa, to kraje, które chcą militarnie uczestniczyć w operacji – na razie tylko dwa. Wreszcie kategoria trzecia to przeciwnicy interwencji, niekoniecznie dlatego, żeby uratować Kaddafiego.

Im dalej od Libii, tym więcej w świecie arabskim poparcia dla międzynarodowej interwencji i deklaracji wzięcia w niej udziału. Najbliżsi sąsiedzi to wykluczyli - Tunezja jeszcze 18 marca, Egipt 20 marca. Tunis sam wciąż jest wstrząsany zamieszkami, zaś brak zaangażowania Egiptu wynika zarówno z pewnych kalkulacji Kairu (o czym dalej), jak i faktu, że byłoby to bardzo źle przyjęte przez kilka innych krajów regionu. Oficjalnie zaś "z powodu bezpieczeństwa wewnętrznego i z uwagi na fakt, że w Libii mieszka tak wielu Egipcjan" (gdy wybuchła rebelia, w Libii przebywało ich ponad milion).

Ale już nad Zatoką o operacji pod auspicjami ONZ mówi się z większym entuzjazmem. - Katar przyłączy się do operacji międzynarodowej w Libii, aby zakończyć dokonujący się w tym kraju rozlew krwi - oznajmił 20 marca premier szejk Hamad ibn Dżasim ibn Dżabr as-Sani. Swój militarny wkład zadeklarowały też Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), zaś 21 marca Rada Współpracy Zatoki (GCC) skupiająca arabskie monarchie nad Zatoką Perską poparła interwencję międzynarodową przeciwko Kaddafiemu.

Także rząd Iraku poparł operację, ale już np. członek koalicji rządzącej, wpływowy szyicki duchowny Muktada as-Sadr potępił ją. Podobnie jak Syria, która obecnie jest chyba najbliższa Kaddafiemu wśród krajów arabskich.

Pozorna jedność

Choć obecnie Liga Arabska wydaje się mówić jednym głosem, to szybko może to ulec zmianie. Organizacja skupia bowiem państwa i przywódców o różnych, często wręcz sprzecznych interesach.

Katar i ZEA deklarują swój udział militarny w operacji dlatego tylko, że same są dziś w regionie oazami spokoju. Inne państwa Zatoki bardziej przejmują się swoimi problemami, niż losem reżimu Kaddafiego. W Bahrajnie król musiał sięgnąć po nadzwyczajne środki (stan wyjątkowy, pomoc wojskowa innych krajów), by powstrzymać rewoltę szyicką. W Omanie wrze. Irak i Kuwejt z niepokojem patrzą na szyitów zinfiltrowanych przez wrogi Iran. Najpotężniejsza w tym towarzystwie Arabia Saudyjska pacyfikuje protesty własnych szyitów i koncentruje się dziś na coraz poważniej wyglądającej rywalizacji z Teheranem. Poza Zatoką niewiele lepiej – zamieszki w niemal każdym kraju, a w Jemenie prawie że wstęp do wojny domowej.

Przeciwko wprowadzeniu strefy zakazu lotów głosowali trzej członkowie Ligi Arabskiej: Algieria, Syria i Jemen. Każdy z innego powodu. Prezydent Jemenu Salah sam obawia się, że podzieli los Kaddafiego – w tym wypadku można mówić o poczuciu wspólnoty zagrożonych obaleniem dyktatorów (tym chyba kierował się Łukaszenka, gdy blisko rok temu udzielił schronienia obalonemu prezydentowi Kirgistanu Bakijewowi – i to wbrew Rosji). Zaś Algieria i Syria obawiają się wzrostu potencjału Egiptu, który nieoficjalnie angażuje się w Libii z nadzieją na uzyskanie decydujących wpływów w bogatej w ropę Cyrenajce.

Główny zainteresowany

Jak twierdzą niektóre zachodnie ośrodki analityczne, powołując się na źródła dyplomatyczne na Bliskim Wschodzie, od początku kryzysu Egipcjanie w tajemnicy szkolą i zbroją rebeliantów, dostarczają im leki i żywność. Anonimowy urzędnik amerykański przyznał, że USA o tym wiedzą, ale udają że nie widzą – pisał "Wall Street Journal" 18 marca.

Egipt jest bardzo ostrożny. Liczy na odegranie roli głównego opiekuna tysięcy uchodźców libijskich – właśnie względami humanitarnymi uzasadniał swoje poparcie dla wprowadzenia "no-fly zone". Z drugiej strony, unika oficjalnego zaangażowania w operację międzynarodową. Stąd np. decyzja, że nie udostępni swoich baz siłom koalicji.

Można się spodziewać, że jeśli sprawy przyjmą zły dla koalicji obrót, Kair posunie się nawet do potępienia operacji „Świt Odysei”. Z jego punktu widzenia, obalenie Kaddafiego wcale nie musi być najbardziej pożądanym rozwiązaniem. Utrzymanie się dyktatora w zachodniej części Libii i jej faktyczny podział byłby najbardziej optymalny – otwierając drogę do uzyskania silnej pozycji w kontrolowanej przez rebeliantów wschodniej Libii.

Satrapowie kalkulują

Dlaczego za operacją przeciwko Kaddafiemu opowiadają się nawet te państwa arabskie, które same mają kłopoty z opozycją i demonstracjami? Próbują zdobyć punkty polityczne. Po pierwsze, na potrzeby wewnętrzne, gdyż pokazują, że przecież są po "dobrej" stronie. Po drugie, łagodzą krytykę zewnętrzną ich autorytarnych rządów ze strony Zachodu.

Można jednak spodziewać się, że w przypadku nasilenia wojny, a szczególnie zwiększenia liczby ofiar cywilnych, kolejne państwa będą się wycofywać z poparcia operacji. Nie chcą bowiem narażać się na wewnętrzną krytykę, że wspierają kolejną wojnę Zachodu w świecie arabskim. W momencie, gdy zacznie się powszechnie porównywać obecną operację do wojen w Zatoce czy operacji w Afganistanie, nastąpi zwrot w opinii arabskich krajów, od Maroka po Zatokę Perską.

Źródło: tvn24.pl