Świat

Pokerowa zagrywka przy pomocy F-14. "Dzień chwały dla USA"

Świat

Reuters ArchivePorwanie statku Achille Lauro miało epilog w powietrzu

"Dzięki Bogu! Nareszcie udało się raz wygrać!", "Mamy ich!", "To dzień chwały dla USA!" – krzyczały 30 lat temu nagłówki i podekscytowani politycy w Waszyngtonie. Pokerowa zagrywka administracji Ronalda Reagana zwieńczyła w spektakularny sposób starania o ujęcie palestyńskich terrorystów, którzy porwali statek pasażerski Achille Lauro.

21 października 1985 roku tygodnik "Time" pisał w swoim głównym artykule wydania, że od lat w USA nie widziano takiego wybuchu patriotycznego uniesienia. Przytaczano wypowiedzi "zwykłych Amerykanów", takich jak 28-letni Kevin Kirby z Detroit: "Nareszcie. Musieliśmy im udowodnić, że nie będziemy dalej tak po prostu siedzieć i to wszystko znosić".

Nastrój oddał dobrze sam prezydent, który miał talent do dosadnych stwierdzeń. – Możecie uciekać, ale i tak się nie ukryjecie – oznajmił Reagan, kierując swoje słowa do terrorystów. Amerykanie przez chwilę mogli się poczuć jak zwycięzcy w wojnie z terrorem, która wbrew obecnemu przekonaniu nie trwa od zamachów z 11 września 2001 roku. Zwycięstwo nie było jednak trwałe i pełne, bo terroryzmu nie sposób w ten sposób powstrzymać a co więcej kosztowało życie jednego zakładnika, ale historia porwania Achille Lauro i późniejszego ujęcia terrorystów jest niczym z filmu sensacyjnego.

Możecie uciekać, ale i tak się nie ukryjecie. Ronald Reagan w reakcji na udane zakończenie akcji ujęcia palestyńskich terrorystów

Palestyńska wojna z Izraelem

Do ataku na włoski statek wycieczkowy doszło w na początku października 1985 roku. Bliski Wschód był wówczas niewiele mniej rozgrzany konfliktami niż dziś, a terroryzm miał się równie dobrze jak teraz. Zamachy przeprowadzali wówczas przeważnie arabscy ekstremiści, których głównym celem byli Izraelczycy i w mniejszym stopniu Amerykanie oraz przedstawiciele innych państw Zachodu, jako tych, którzy udzielają wsparcia Izraelowi i "uciskają Arabów". Ataki miały wówczas głównie podłoże nacjonalistyczne, a nie jak obecnie religijne. Regularnie przeprowadzano porwania samolotów pasażerskich. W 1984 roku w organizacji Front Wyzwolenia Palestyny (PLF) zrodził się pomysł przeprowadzania nietypowego ataku. Zaplanowano posłużyć się przy nim włoskim statkiem wycieczkowym Achille Lauro, który odbywał regularne rejsy po portach Morza Śródziemnego z zachodnimi turystami. Nie ma pewności co do tego, jaki był pierwotny cel terrorystów, ale według późniejszych relacji członków PLF, statek miał posłużyć jedynie za środek transportu z Egiptu do izraelskiego portu, gdzie zamachowcy mieli otworzyć ogień do żołnierzy wchodzących na pokład celem przeprowadzenia kontroli. Zakładano, że operacja będzie samobójcza. Achille Lauro wypłynął 7 października 1985 r. z egipskiej Aleksandrii i wziął kurs na izraelski port Aszod. Na pokładzie było 123 pasażerów, głównie zachodnich turystów, oraz 315 członków załogi. W tłum wmieszało się czterech terrorystów. Ich plany zostały pokrzyżowane przez przypadek już kilka godzin po wyjściu w morze. Członek załogi przypadkowo zobaczył ich, jak czyścili i przygotowywali broń.

Achille Lauro sfotografowany dwa lata po porwaniu. Wygląd pozostał niezmienionyD. R. Walker

Przypadkowo wybrana ofiara

Zdekonspirowani Palestyńczycy postanowili działać natychmiast i wtargnęli na mostek, przejmując kontrolę nad statkiem. Pasażerów i większość załogi zgromadzili w jednym z dużych pomieszczeń, gdzie pilnowało ich dwóch uzbrojonych terrorystów. Przez radio nadali komunikat, że żądają uwolnienia grupy 50 Palestyńczyków trzymanych w izraelskich więzieniach. Następnie nakazali kapitanowi ruszenie w kierunku syryjskiego portu Tartus. Spodziewali się, że tam nie dosięgnie ich ewentualny atak amerykańskich czy izraelskich komandosów. Amerykańskie władze szybko wkroczyły do akcji i w czasie, gdy statek płynął do Syrii, zdołały przekonać zarówno rząd w Damaszku, jak i inne okoliczne państwa, aby nie pozwoliły terrorystom zawinąć do swoich portów. Waszyngton zakładał, że łatwiej będzie sobie poradzić problemem na wodach międzynarodowych, bez skomplikowania sytuacji przez uczynienie władz kolejnego państwa stroną. Nieświadomie Amerykanie doprowadzili w ten sposób do tragedii. 8 października statek dopłynął do granicy syryjskich wód terytorialnych, gdzie terrorystom oznajmiono, iż Syria nie chce mieć z nimi nic wspólnego i nie wpuści ich do Tartusu. Palestyńczycy skontaktowali się następnie z władzami pobliskiego Cypru, które również odprawiły ich z kwitkiem. W tej sytuacji terroryści postanowili "wysłać sygnał". Z dużej grupy amerykańskich turystów wybrali Leona Klinghoffera, przykutego do wózka przez dwa zawały emerytowanego biznesmena pochodzenia żydowskiego. Mężczyzna wybrał się na rejs z żoną i przyjaciółmi, żeby świętować 36. rocznicę małżeństwa. Palestyńczycy wyłowili Klinghoffera z grupy znajomych i oznajmili, że zabierają go do pokładowego szpitala. W rzeczywistości zawieźli mężczyznę na pokład spacerowy na rufie i zastrzelili. Następnie zmusili dwóch członków załogi do wyrzucenia ciała oraz wózka za burtę i zmycia śladów krwi. Okrutny akt terrorystów był o tyle dziwny, że nie oznajmili o nim światu, żeby zaprezentować swoją determinację. Kapitanowi statku nakazali zawrócić i wziąć kurs na Egipt, gdzie w Port Saidzie rozegrał się drugi etap dramatu.

Prezydent Egiptu Hosni Mubarak (L) podczas kryzysu Achille Lauro musiał postępować ostrożnie. Zaledwie cztery lata wcześniej ekstremiści zamordowali jego poprzednika i mentora, Anwara Sadata (P)domena publiczna/wikipedia

Egipski bilet do wolności

Gdy kilkanaście godzin później Achille Lauro dotarł do celu, Egipcjanie pozwolili mu wejść do portu. W ten sposób zaczęła się faza ostrych negocjacji. Amerykanie zaczęli mocno naciskać na prezydenta Hosniego Mubaraka, formalnie bliskiego sojusznika, aby aresztował Palestyńczyków i najlepiej przekazał ich im albo przynajmniej postawił przed sądem. Gdy kilka godzin po zacumowaniu stało się jasne, iż Klinghoffera nie ma na pokładzie i że najpewniej został zamordowany, Amerykanie wzmogli presję. Ambasador Nicholas Veliotes bez ogródek i w mało dyplomatyczny sposób domagał się od władz w Kairze, aby te "osądziły tych skur.....". Mubarak nie był jednak skłonny ulec Amerykanom. Podobnie jak teraz, egipskie władze starały się nie podburzać konserwatywnej części społeczeństwa i islamskich radykałów, wrogich Izraelowi oraz USA. Zrobienie tego, czego domagał się Waszyngton, byłoby dowodem na uległość i kooperację z wrogami świata arabskiego oraz islamu. We współpracy z Organizacją Wyzwolenia Palestyny i Jasirem Arafatem Egipcjanie przekonali terrorystów do zejścia z Achille Lauro w zamian za gwarancję nietykalności i transport do Tunezji. O wyniku negocjacji Kair nie poinformował od razu Waszyngtonu, prawdopodobnie chcąc uniknąć jeszcze większej presji Amerykanów, których postanowiono postawić przed faktem dokonanym, gdy terroryści znajdą się już poza granicami Egiptu. Nastawienie administracji Reagana dobrze opisuje to, że w czasie rozmów z porywaczami na Cyprze byli już amerykańscy komandosi z jednostek SEALs i Delta Six. Jak donosił tydzień później "Time", powołując się na anonimowego informatora z rządu, żołnierze trenowali atak na Achille Lauro z powietrza. Komandosi mieli skoczyć na pokład przy pomocy spadochronów i spodziewano się, że bez większych problemów wyeliminują terrorystów.

Decyzja o użyciu samolotów do przechwycenia terrorystów zapadła na pokładzie Air Force OneWhite House/domena publiczna

Ryzykowne przechwycenie

10 października Amerykanie dowiedzieli się o umowie Egipcjan z Palestyńczykami i cały plan ataku komandosów okazał się niebyły. Decyzja Egipcjan wywołała furię w USA i Izraelu, ale z racji znaczenia Egiptu jako sojusznika na Bliskim Wschodzie Waszyngton ograniczył się do werbalnej krytyki. Inna wersja głosi, iż Kair cały czas skrycie współpracował z Amerykanami, a naciski i oburzenie zostały wyreżyserowane, aby umożliwić rozwiązanie sytuacji i dać Mubarakowi wyjść z całej afery z twarzą. Nie ma na to jednak dowodów. W otoczeniu Reagana był już jednak gotowy alternatywny plan. Gdy egipski Boeing 737 startował 10 października wieczorem do lotu do Tunezji, z pokładu amerykańskiego lotniskowca USS Saratoga krążącego w pobliżu Włoch, wystartował zespół siedmiu myśliwców F-14 Tomcat i dwóch latających centrów dowodzenia E-2 Hawkeye. Liczne okręty US Navy na wschodnim Morzu Śródziemnym podjęły śledzenie samolotu z terrorystami na pokładzie. Myśliwce zostały wysłane mu na spotkanie. Cała akcja odbywała się w nocy z 10 na 11 października. Po podjęciu ostatecznej decyzji przez samego Reagana, cztery F-14 otoczyły w ciemnościach egipski samolot gdzieś na południe od Krety. Amerykanie przez radio nakazali Egipcjanom podporządkowanie się swoim rozkazom. Załoga B737 uległa groźbie i skierowała się do bazy NATO Sigonella na Sycylii, gdzie maszyna wylądowała. Na ziemi czekał już "komitet powitalny" składający się z amerykańskich komandosów i włoskich karabinierów oraz żołnierzy.

Lotniskowiec USS Saratoga i paradujące nad nim samoloty z jego skrzydła lotniczego. W centrum na przedzie lecą F-14 TomcatUS Navy

Reagan zachwycił Thatcher

Amerykanie i Włosi nie mieli jednak zamiaru współpracować ze sobą. Komandosi chcieli zabrać Palestyńczyków do swoich samolotów i od razu wywieźć do USA. Włosi ostro się sprzeciwili, bowiem uznali to za gwałt na swojej suwerenności. Rząd w Rzymie utrzymywał, że z tego powodu, iż Achille Lauro nosił włoską banderę, a baza Sigonella leży na terytorium Włoch i nie jest eksterytorialna, to tylko on ma prawo zająć się wymierzeniem sprawiedliwości terrorystom. Amerykanie ustąpili dopiero po kilku godzinach negocjacji. Postawili jednak warunek, że porywacze będą sądzeni za morderstwo. Włosi puścili jednak wolno dwóch innych Palestyńczyków będących na pokładzie B737, którzy byli przywódcami całej organizacji PLF i odpowiadali za szereg aktów terroru. Ostatecznie dwóch terrorystów skazano na lżejsze kary i wyszli na wolność warunkowo w 1991 roku. Dwaj pozostali, którzy zabili Klinghoffera, otrzymali wyroki 30 lat więzienia. W USA administracja Reagana i wojsko były powszechnie chwalone za zdecydowane postępowanie. Zapanowała chwilowa euforia. Reagana komplementowała nawet opozycja. – Nareszcie zmieniliśmy zasady gry. Pokazaliśmy światu, że USA są siłą z którą trzeba się liczyć w globalnej wojnie z terrorem – mówił przywódca Partii Demokratycznej w Senacie Robert Byrd. Tymczasem władze Egiptu wyrażały zdecydowane oburzenie całą sytuacją, choć nie zrobiły nic więcej, a cały świat zachodni przytaknął działaniom Amerykanom. Premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher była ponoć "zachwycona". Powściągliwą pochwałę wygłosiła nawet Moskwa, której dyplomaci kilka tygodni wcześniej zostali porwani przez Hezbollah w Libanie. Agencja TASS oznajmiła, że amerykańskie oburzenie spowodowane morderstwem Klinghoffera było "uzasadnione i słuszne".

Autor: Maciej Kucharczyk/mtom / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: US Navy