Świat

Plotki o przewrocie "to bzdury". Kim Dzong Un kontuzjowany, bo "czołgał się z generałami"

Świat


Nie ustają domysły na temat rzekomych problemów Kim Dzong Una z utrzymaniem władzy nad Koreą Północną. Dyktator nie pojawił się na kolejnej ważnej oficjalnej uroczystości, jednak władze Korei Południowej są przekonane, że Kim Dzong Un ciągle kontroluje sytuację. Informator agencji Reutera twierdzi, że pogłoski o przewrocie to "bzdury". Otyły dyktator miał zrobić sobie krzywdę próbując aktywności fizycznej.

Kim Dzong Un nie pokazywał się publicznie od trzeciego września, kiedy zaszczycił swoją i żony obecnością koncert w Pjongjangu. Od tego czasu państwowa propaganda nie przekazywała żadnych informacji i zdjęć ze zwyczajowych "gospodarskich wizyt" wodza, ani nie dokumentowała jego udziału w wydarzeniach oficjalnych. Stwierdzono jedynie zdawkowo, że "wybitny przywódca" odczuwa "dyskomfort", co wywołało falę spekulacji na temat stanu jego zdrowia.

Środowiska uciekinierów z Korei Północnej utrzymują, że w ich byłej ojczyźnie doszło do przewrotu i młody dyktator został odsunięty od władzy przez sprawniejszą w zakulisowych zagrywkach starą gwardię.

Spekulacje podsyciła nieobecność Kim Dzong Una w nocy z czwartku na piątek czasu polskiego na tradycyjnych obchodach rocznicy powstania Partii Pracy Korei Północnej. W poprzednich latach dyktator odwiedzał z tej okazji mauzoleum dziadka Kim Ir Sena i ojca Kim Dzong Ila.

Sport może szkodzić

Władze Korei Południowej dotychczas nie komentowały medialnych spekulacji na temat sytuacji w Pjongjangu. W piątek seulskie Ministerstwo ds. Zjednoczenia poinformowało jednak, że według dostępnych informacji Kim Dzong Un pozostaje przy władzy. Wiedzę tą oparto głównie o rozmowy z oficjalną delegacja Pjongjangu, która wizytowała Południe w miniony weekend oraz o brak jakichkolwiek zmian w przekazach propagandy Północy. - Tak więc wszystko wygląda na to, że Kim Dzong Un rządzi normalnie - stwierdził rzecznik ministerstwa Lim Byeong-cheol. O tym, że w Pjongjangu nie doszło do przewrotu, są również przekonani rozmówcy agencji Reutera. Jak twierdzi anonimowy informator "z dostępem do władz Korei Północnej i bliskimi powiązaniami w Pjongjangu oraz Pekinie", dyktator naprawdę ma problemy zdrowotne. Nie jest to jednak nic groźnego, ale ścięgna naciągnięte podczas próby aktywności fizycznej. Kim Dzong Un miał przesadzić podczas wizyty w jednostce wojskowej.

- Nakazał swoim generałom udział w ćwiczeniach i sam postanowił dać przykład. Biegali, czołgali i turlali się po ziemi. W efekcie naciągnął ścięgna w nodze, bo jest otyły i niewysportowany - stwierdził informator. W przeszłości dyktator kazał między innymi wysokim rangom oficerom floty wykazać się umiejętnością pływania podczas swojej wizyty w bazie morskiej. Wówczas stał jednak na brzegu i dyrygował "testem sprawnościowym".

Zgadywanie z dystansu

Dyktator miał uszkodzić nogę na przełomie sierpnia i września. - Początkowo chodził kulejąc, ale jego stan później się pogorszył - powiedział rozmówca agencji Reutera. Według informatora, Kim Dzong Un potrzebuje jeszcze około stu dni do całkowitego zaleczenia urazu. Nie jest jasne, jak to ma się do faktu, że już na przekazach propagandowych z lipca Kim Dzong Un kulał. Być może dyktator doznał urazu wcześniej, a jedynie później pogorszył swój stan. - Niezależnie od tego utrzymuje pełną kontrolę - stwierdził rozmówca agencji Reutera. Inny informator nazwał pogłoski o odsunięciu Kima od władzy "bzdurą". - To musiałby być bardzo subtelny przewrót, aby nie doszło do żadnych zawirowań w podróżach międzynarodowych - mówi natomiast Andray Abrahamian, specjalista z organizacji Choson Exchange zajmującej się Koreą Północną.

- Kim Dzong Un zawsze dzielił się władzą z innymi kluczowym graczami. Mogło dojść do jakichś zmian w rozkładzie sił, ale jest mało prawdopodobne, aby ktoś chciał go usuwać. On ma wyjątkową wartość symboliczną jako potomek Kim Ir Sena - powiedział analityk. Zastrzegł jednak, że w kwestiach tego co się dzieje na szczytach władz Korei Północnej "wszyscy zgadujemy".

Autor: mk\mtom / Źródło: Reuters, tvn24.pl