Świat

Największa impreza na kole polarnym. Minus 30 stopni i jojk na żywo

Świat

Laponia. Jarmark w Jokkmokk
Joanna Kocik | tvn24.plJarmark w Jokkmokk - trochę tradycji, trochę współczesności

Przy minus 34 stopniach na rzęsach osiada szron, bateria w aparacie rozładowuje się natychmiast, a zdjęcie rękawiczki grozi odmrożeniem palców. W ten najzimniejszy w roku czas w szwedzkim Jokkmokk na kole polarnym odbywa się największe święto w tej części świata. Właśnie tam sprawdziłam, jak smakuje mięso z renifera i jak żyją Samowie – rdzenna ludność północnej Europy.

Najpierw dwie godziny samolotem do Sztokholmu. Potem sześć godzin pociągiem do Östersund. Wreszcie 10 - autobusem do Jokkmokk, położonego tuż za kołem polarnym. Gdy mijamy tablicę z informacją o jego przekroczeniu, drogę przebiega nam stadko reniferów. Tę podróż się czuje. Nie tylko jeśli chodzi o czas, ale i temperaturę. Gdy odlatuję z Warszawy, pada deszcz. Za Bałtykiem jest minus cztery stopnie. 1200 km dalej – minus 34. Gdy maszeruję z plecakiem przez Jokkmokk, mróz zapiera mi dech w piersi i czuję, jakby skóra na policzkach zaraz miała mi pęknąć.

Dlaczego Jokkmokk? To tu, od ponad 400 lat odbywa największy w regionie jarmark, który jest jednocześnie wielkim świętem Samów – rdzennych mieszkańców północnej Europy. Przez trzy dni pięciotysięczna miejscowość żyje jarmarkiem. Jokkmokk odwiedza zaś 30 tysięcy ludzi z całego świata.

Zimno. Ale słońce świeciJoanna Kocik

Najwięcej jest oczywiście Samów, którzy przyjeżdżają z całej Laponii. To terytorium – obejmujące północną Szwecję i Norwegię, części Finlandii i Półwysep Kolski w Rosji - nazywają Sápmi.

Wiele osób nosi tradycyjne stroje. Wśród nich - TanyaJoanna Kocik

Kebab z renifera i czapka z wilka

Jokkmokk to jedno z kilku centrów samskiej kultury i języka. Samski należy do rodziny języków ugrofińskich i dzieli się na trzy główne podgrupy, wśród których wyróżnia się jeszcze dziewięć dialektów. Niektóre są dziś na granicy wymarcia; posługuje się nimi od kilku do kilkuset osób. W Jokkmokk, gdzie mówi się w lule sami, wszystkie napisy są dwujęzyczne. Jest tu muzeum poświęcone dawnym zwyczajom Samów, Centrum Kształcenia dla młodzieży, szkoły, gdzie dzieci uczą się samskiego.

Wiele osób nosi tradycyjne stroje: każdy jest inny i świadczy o statusie oraz pochodzeniu. Oprócz tego, że są piękne, to jeszcze ciepłe: zrobione ze skór renifera spodnie i buty pozwalają wytrzymać temperatury do minus 40 stopni.

Ja mam na sobie termiczną bieliznę, trzy pary skarpet, narciarskie spodnie, sweter, polar i puchową kurtkę, ale nie jestem w stanie przebywać na zewnątrz dłużej niż dwie godziny. Marzną mi stopy, podczas gdy Samowie dumnie przechadzają się w swoich renich butach z zawiniętymi noskami.

W takich butach dopiero jest ciepło!Joanna Kocik

Sam jarmark to mieszanina tradycji i globalizacji. Można kupić renie i wilcze skóry, futrzane czapki, tradycyjne noże i biżuterię, wełnę, rękawice czy salami z łosia. Ale nie brakuje też t-shirtów i skarpetek z Chin, stoisk z żelkami, cukierkami, garnkami i kaloszami. Można zjeść kebab z renifera, pączka albo hot-doga.

Ci nieco szczęśliwsi sprzedawcy nie muszą stać pod gołym niebem: mają swoje stoiska w budynkach szkół, domu parafialnym i domu kultury. Oferują sztukę użytkową: wyroby ze srebra, ubrania, szkło. Ceny są niebotyczne. Za tradycyjne samskie poncho wysokiej jakości trzeba zapłacić prawie trzy tysiące koron, czyli ok. 1,4 tys. złotych. Za czapkę z futra białego renifera – 1,2 tys. koron, czyli prawie 600 zł.

Tradycyjny samski strój kosztuje niemałoJoanna Kocik

- Musi być drogie, jeśli ma być dobre – mówi mi Johan E. Utsi, wieloletni dziennikarz i aktywista, który jest moim przewodnikiem po świecie Samów.

Johan to lokalna gwiazda, zna tutaj wszystkich. Poznaję kolejnych utalentowanych artystów, dyrektora muzeum i połowę jego rodziny. Wszyscy dziwią się, że przyjechałam tu z Polski i że interesuję się życiem Samów. Żartują, że powinnam znaleźć tutaj męża. Odpowiadam, że poślubię tylko kogoś, kto ma duże stado reniferów.

W Jokkmokk można przejechać się psim zaprzęgiem Joanna Kocik

Każdego dnia jarmarku jest mnóstwo do zobaczenia. Wykłady, prelekcje, wystawy, pokazy mody, koncerty, filmy i odczyty. Można posłuchać tradycyjnego śpiewu nazywanego jojk. Na zamarzniętym jeziorze odbywa się wyścig reniferów, można przejechać się psim zaprzęgiem.

Gdy już nie mogę wytrzymać mrozu, chowam się w którejś z kawiarni oferujących wafle i gorącą czekoladę. Przy minus 30 stopniach trudno zmieniać ustawienia aparatu albo odebrać telefon. Samochody są tu wyposażone w grzałkę, którą w czasie postoju podłącza się do prądu. Silnik zachowuje ciepło, a i w środku robi się przyjemnie. ''Ale zimno'' to ulubiony wstęp do rozmowy. I tak mam szczęście. Rok wcześniej temperatura sięgała minus 44 stopni. Ale mimo lekkiej hipotermii mam poczucie, że warto to przyjechać. Entuzjazm ludzi to niezła nagroda za zmarznięte palce i policzki.

Współcześni Samowie

Samów jest około 70-80 tysięcy. W Szwecji - 20 tysięcy. To niewiele. Ale zgodnie podkreślają, że łącznie na świecie żyje 300 milionów ludzi należących do tubylczych ludów i że sami są częścią tej społeczności.

Pierwsi osadnicy na Półwyspie Skandynawskim pojawili się wraz z końcem epoki lodowcowej, około 10 tysięcy lat temu. O przodkach dzisiejszych Samów wspomina rzymski historyk Tacyt i bizantyjski Prokopiusz. Przez stulecia Samowie zajmowali się łowiectwem i zbieractwem, polując na dziko żyjące renifery. W XVII wieku królestwa Szwecji i Norwegii zaczęły nakładać na nich podatki, płacone głównie w mięsie, futrach i skórach. Samowie zaczęli więc ''zawodowo'' zajmować się hodowlą reniferów i przez kolejne wieki przemierzali Laponię ze stadami. Ostatni robili to jeszcze w latach 60. XX wieku.

Dziś nie mieszkają w namiotach, ale w domach, pracują w mediach, bankach czy szkolnictwie, mają samochody i żyją jak wszyscy. Wielu zajmuje się tradycyjnym rękodziełem (duodji), część nadal ma stada reniferów, hodowanych na mięso i skóry, ale nieliczni są w stanie z tego żyć. Szwedzkie władze szacują, że z 20-tysięcznej miejscowej społeczności samskiej hodowlą zajmuje się niecałe 5 tysięcy osób.

Samowie przez lata doznali od państw, w których żyli, wielu krzywd i wciąż nie potrafią pogodzić się z prowadzoną wobec nich polityką. - To prawda, jesteśmy zgorzkniali – mówi mi Johan. - Ale mimo tego, że od kilkuset lat okrada się nas z ziemi i praw, nadal żyjemy.

Rdzenna rasa. Gorsza rasa?

Reklama towarzystwa ubezpieczeniowego - wypadki z udziałem łosi to na Północy poważny problemJoanna Kocik

Szwecja w XVII w. rozpoczęła ''kolonizację'' Laponii, osiedlając tam rolników z innych części kraju. Nieurodzajna ziemia powodowała jednak, że nowi mieszkańcy musieli polować i łowić ryby, anektując tereny tradycyjnie zajmowane przez Samów. W Finlandii rolnicy wypalali pastwiska pod uprawę, niszcząc w ten sposób tereny wypasu reniferów. Gdy w 1634 roku pod górą Nasa (obecnie Norwegia) odkryto rudę srebra, zmuszono Samów do transportowania jej za pomocą renich zaprzęgów do portów wybrzeża Zatoki Botnickiej. Zwierzęta padały z wycieńczenia podczas 400-kilometrowej drogi. W tym samym czasie, od połowy XVII w., na terytoria Samów zaczęto wysyłać misjonarzy, a chrześcijaństwo stopniowo wyparło dawne wierzenia. Święte dla Samów przedmioty czy miejsca były niszczone. Wytyczenie administracyjnych granic w XVIII i XIX w. utrudniło migracje reniferów. W latach 1920-39 przesiedlono wiele rodzin na południe, by zaludnić niezamieszkane regiony.

Tu leży Jokkmokktargeo.pl

Gdy teorie czystości rasy zaczęły zdobywać popularność na początku XX wieku, uznano Samów za ludzi ''gorszych gatunkowo'', a w 1941 szwedzka Rada Rolnictwa zabroniła im uprawiania ziemi z powodu ''biologii rasy''. W efekcie mnóstwo rodzin żyło w skrajnej biedzie, bo nie było w stanie utrzymać się z hodowli reniferów. Ci, którzy nie mieli stad, stracili prawa do ziemi, polowań i łowienia ryb.

Wielu młodych Samów wyjechało wówczas do dużych miast, które dawały anonimowość, stało się to jednak za cenę utraty kultury i języka. Samskie dzieci umieszczano w szkołach z internatem i próbowano ''ucywilizować'', m.in. zakazując używania rodzimego języka. - I tak dalej, i tak dalej – wymienia Johan Utsi. - Najgorsze, że wszyscy uważają, że złe czasy są już za nami. A nadal jest wiele problemów do rozwiązania – dodaje. Przede wszystkim chodzi o duże projekty przemysłowe, które powstają na terenie pastwisk reniferów i samskich wspólnot, a które według samskiej mniejszości, nie są z nią dostatecznie konsultowane.

Oficjalna flaga Samów Wikipedia

W 1977 roku szwedzki parlament oficjalnie uznał Samów za rdzennych mieszkańców Laponii. W 1986 roku Samowie z czterech krajów przyjęli wspólną flagę, zaczęły powstawać autonomiczne parlamenty – w 1973 w Finlandii, w 1989 roku w Norwegii, w 1993 w Szwecji. W 1998 roku szwedzki rząd przeprosił Samów za krzywdy, których doznali ze strony władz państwowych. Od kilkunastu lat wyraźnie widać odrodzenie samskiej kultury, a państwo próbuje zintegrować społeczeństwo i, przynajmniej w teorii, brać pod uwagę potrzeby mniejszości. Od 2000 roku Samowie mają prawo posługiwać się swoim językiem w urzędach niektórych gmin, a dzieci mogą uczyć się go w szkole. Są samskie rozgłośnie radiowe i telewizyjne, przyznaje się nagrody literackie i muzyczne. Ale obie strony zgodnie podkreślają, że jeszcze wiele jest do zrobienia. Jutro druga część reportażu z Jokkmokk, a w niej o wyścigach reniferów i tym, jak smakuje reni język oraz dlaczego wybuch reaktora w Czarnobylu był dla Samów katastrofą.

Autor: Joanna Kocik (J.Kocik@tvn.pl) //kdj / Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: Joanna Kocik

Pozostałe wiadomości