USA w jeden dzień straciły 80 ambasadorów. "Ryzykowny ruch"

Świat


Krótko po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, pracę stracili wszyscy amerykańscy ambasadorzy z nadania politycznego. Jak zauważają media, na ich miejsce w większości przypadków nie zostali wskazani następcy, a wakaty mogą potrwać nawet kilka miesięcy.

Na początku stycznia "New York Times" oraz portal Politico informowały, że zespół Trumpa wydał dyrektywę stanowiącą, że do 20 stycznia wszyscy bez wyjątku ambasadorzy pochodzących z nominacji politycznej Baracka Obamy muszą opuścić swoje stanowiska.

Zarządzenie wysłano za pośrednictwem Departamentu Stanu jeszcze przed Bożym Narodzeniem.

Brakuje nawet 80 ambasadorów

Decyzja ta oznacza, że wraz z zaprzysiężeniem Donalda Trumpa na 45. prezydenta USA, pracę straciło jednocześnie 80 ambasadorów tego państwa na całym świecie. Jak ostrzega "The Independent", proces wskazywania ich następców i zatwierdzania przez Senat może potrwać nawet kilka miesięcy.

Sytuacja dotyczy placówek dyplomatycznych w wielu państwach o kluczowym znaczeniu w polityce zagranicznej USA, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, a także Chinach, Indiach, Japonii i Arabii Saudyjskiej. W tych państwach ambasadorów tymczasowo zastąpią tzw. charges d'affaires ad interim, czyli najwyżsi stopniem członkowie personelu dyplomatycznego danej placówki.

Wielu z ustępujących dyplomatów żegnało się z funkcją ambasadora za pośrednictwem mediów społecznościowych, m.in. ambasador w Wielkiej Brytanii Matthew W. Barzun.

People of the UK: Thank you! pic.twitter.com/pWtVgbOYxp— Matthew Barzun (@MatthewBarzun) 18 stycznia 2017

Brak wyjątków i następców

Jak dotąd administracja Donalda Trumpa wskazała kilku nowych ambasadorów, m.in. do Chin, Wielkiej Brytanii, Izraela oraz przy ONZ, i wszyscy czekają na zatwierdzenie przez Senat.

Media podkreślają, że rezygnacja z usług ambasadorów z mianowania politycznego poprzedniego prezydenta jest stałym zwyczajem w Białym Domu i decyzja Donalda Trumpa nie powinna być zaskakująca.

Jak jednak wskazuje "The Independent", "mniej zwyczajne jest to, że prezydent nie ma wybranych następców". Nie jest normą także nie robienie od zwolnień żadnych wyjątków, gdy np. wymaga tego kryzysowa sytuacja w danym państwie, lub ze względu na sytuację rodzinną ambasadora.

Jak zwracają uwagę eksperci cytowani przez NBC News, obecna sytuacja niesie w związku z tym ryzyko "miesięcy niepewności w niektórych najbardziej wrażliwych częściach świata".

- To ryzykowny ruch - ocenił prof. Scott Lucas z University of Birmingham.

Zawodowi i z mianowania politycznego

Ambasadorzy Stanów Zjednoczonych wybierani są na dwa sposoby. Większość z nich stanowią zawodowi dyplomaci, którzy obejmują funkcje ambasadorów na około 3-letnie kadencje. Według niezależnej amerykańskiej organizacji The Center for Public Integrity, w czasie prezydentury Baracka Obamy stanowili oni ok. 67 proc. wszystkich szefów placówek dyplomatycznych USA. Do tej grupy zalicza się m.in. obecny ambasador w Polsce, Paul W. Jones.

Drugą grupę stanowią ambasadorowie pochodzący z nominacji politycznej, którymi zostają sojusznicy aktualnego prezydenta USA oraz osoby, które pomogły mu w wygraniu wyborów. Przede wszystkim zbierając fundusze na finansowanie kampanii (tzw. fundraising). W czasie drugiej kadencji Baracka Obamy w ten sposób wybrano mniej więcej jedną trzecią szefów placówek dyplomatycznych USA.

Autor: mm//plw / Źródło: PAP, New York Times, NBC News, The Independent, publicintegrity.org, tvn24.pl

Tagi:
Raporty: