Saksy ery PRL-u, czyli jak Polacy budowali socjalizm w Libii

Świat

Aktualizacja:
WikipediaKaddafi swojego czasu był poważanym liderem

"W Libii mogłem zarabiać trzy razy więcej". "Tam dostawałem niemal 20 razy tyle". Polacy, którzy pracowali kiedyś w państwie Kaddafiego, po latach nie pozostawiają wątpliwości, dlaczego zdecydowali się na wyjazd. W rozmowach z tvn24.pl wspominają też jednak ciemne strony intratnych kontraktów: alkoholizm czy rozpadanie się rodzin. "Niektórzy dostawali tam choroby sierocej" - przyznaje jeden z naszych rozmówców.

Rok 1969. W Libii władzę przejmuje nikomu wcześniej nieznany młodszy oficer Muammar Kaddafi. I natychmiast zaczyna budować socjalistyczne państwo dobrobytu, finansowane dochodami ze sprzedaży ropy.

W kraju brakuje jednak wykwalifikowanej siły roboczej. A że libijski socjalizm nawiązuje przyjazne stosunki z obozem socjalistycznym w Europie, do Libii szerokim strumieniem ruszają między innymi Polacy.

Petroutopia pułkownika

Perspektywy były zachęcające. Dzięki gwałtownemu wzrostowi cen ropy, Libia stała się nagle bardzo bogatym krajem.

Główna ulica w Al-Bajda w latach 70-tych, gdzie mieszkało i pracowało wielu Polaków (Fot. Wikipedia) 

Mając kasę pełną petrodolarów, Kaddafi zaczął w życie wprowadzać swoje pomysły. Budowa tysięcy farm miała uczynić Libię samowystarczalną żywieniowo. Rozwijano też służbę zdrowia, edukację i infrastrukturę (Libia do dziś słynie z imponującej sieci oświetlonych autostrad).

Przekształcanie państwa w socjalistyczną dyktaturę nie wszystkim się podobało. Wielu zamożnych i wykształconych Libijczyków wyjechało z kraju. Zaczęło brakować wykwalifikowanej siły roboczej, która mogłaby budować utopijną wizję Kaddafiego.

Otwarcie na dolary

Libia otworzyła się więc na świat, wabiąc petrodolarami potrzebnych pracowników, zwłaszcza z "bratnich krajów demokracji ludowej". Tymczasem w PRL nastała "gierkowska dekada". Wyjazdy za granicę stały się prostsze i nagle pojawiła się szansa zarobienia bajońskich sum u Kaddafiego.

- W kraju nie żyło mi się źle. Miałem dobrą pensję – wspomina Mieczysław Wypych, magister ekonomii i zarządzania po SGH i UW. – Ale w Libii mogłem zarabiać trzy razy więcej – wspomina. Tak więc gdy tylko pojawiła się szansa, Wypych dzięki informacji od znajomego zdołał wyjechać na kontrakt do Libii w latach 1978-79. Pracował w firmie Dromex, która budowała Libijczykom drogi.

Polacy budowali drogi w ciężkich, pustynnych warunkach. Za towarzystwo mieli między innymi wielbłądy (Fot. Janusz Książyk) 

Podobny motyw zadziałał w przypadku profesora Mieczysława Lao, który wyjechał do Bengazi na czele ponad stuosobowej grupy polskich medyków w 1980 roku. – Właśnie się rozwiodłem, po prostu potrzebowałem pieniędzy na mieszkanie i samochód – mówi ówczesny doktor specjalizujący się w nefrologii. – Miałem już jechać do USA, ale mój przełożony nie chciał mnie puścić. Wtedy pojawiła się szansa na wyjazd do Libii. Akademia Medyczna szukała chętnych na kontrakt. Byłem w oczywisty sposób zainteresowany – wspomina prof. Lao.

Niektórzy dostawali tam choroby sierocej. Tak długa rozłąka wyczerpywała. Czasami gdy wracali do kraju już nikt na nich nie czekał. Rodziny się rozpadały. Mieczysław Wypych

"Niektórzy dostawali tam choroby sierocej"

Intratne wyprawy po libijskie dolary miały jednak swoje ciemne strony, jedną z nich było długotrwałe odseparowanie od rodziny. Długość kontraktów wahała się od roku do nawet czterech lat i więcej. Praktycznie nikt z Polaków nie wyjeżdżał na urlop do kraju. Za czas w domu nikt by im nie płacił, a podróż była droga. Pracownicy siedzieli więc w Libii nawet latami.

Jednocześnie nieliczni mieli możliwość sprowadzenia do siebie rodziny. Dotyczyło to jedynie osób zajmujących wyższe stanowiska. A i oni musieli płacić za wszystko z własnej kieszeni. Nie było nawet większych możliwości porozmawiania z bliskimi przez telefon, ponieważ tych w Libii praktycznie nie było.

- Niektórzy dostawali tam choroby sierocej. Tak długa rozłąka wyczerpywała – mówi Wypych. – Czasami gdy wracali do kraju już nikt na nich nie czekał. Rodziny się rozpadały – dodaje.

Niektórzy zabierali do Libii swoje cenne "maluchy", którymi później między innymi zwiedzali Libię (Fot. Janusz Książyk) 

Po co komu telefon?

Najgorzej mieli szeregowi robotnicy mieszkający w blaszanych barakach na pustyni. Tak zwane "kampy" powstawały w pobliżu realizowanych przez polskie firmy budów. Ich mieszkańcy egzystowali w prymitywnych warunkach.

Nieco lepiej mieli ci na wyższych stanowiskach i pracujący w miastach. Przeważnie mieszkali w przydzielonych mieszkaniach na specjalnych osiedlach dla obcokrajowców. Co prawda, umeblować je musieli sami, na własny koszt.

To, co szczególnie szokowało Polaków, to niemal zupełny brak telefonów. W PRL-u, owszem, trzeba było długo czekać na jego zamontowanie, ale był czymś normalnym, przynajmniej w miastach. Tymczasem w Libii w prywatnych domach nie było telefonów w ogóle. Stwarzało to problemy między innymi dla lekarzy, którzy musieli być w stanie gotowości, gdyby okazało się, że są potrzebni w szpitalu. – Przyjeżdżała karetka ze szpitala i kopali w drzwi – wspomina prof. Książyk.

Brakowało nie tylko telefonów. Gdy mieszkająca na wyższym piętrze rodzina prof. Książyka chciała skorzystać z prysznica, zwykłe odkręcenie kurka nie wystarczało. – Zamontowaliśmy na parterze specjalną pompę. Trzeba było zejść i włączyć, żeby w mieszkaniu było ciśnienie – wspomina lekarz. – Ciepłej wody nie było, ale w takich upałach nie stanowiło to problemu – dodaje.

Prohibicja, a i tak wszyscy się upijali

W oderwaniu od kraju i rodzin, kwitło życie towarzyskie a ból rozłąki tłumiono procentami. – Oficjalnie była prohibicja, ale i tak wszyscy się upijali – wspomina prof. Lao. – Zwłaszcza w okresie stanu wojennego. Wtedy wszyscy topili smutki – dodaje lekarz.

Dla Polaków alkohol nie był drogi. Do rangi sztuki urósł domowy wyrób bimbru. Praktycznie w każdym skupisku Polaków istniał sprzęt do pędzenia samogonu, który był specjalnie konstruowany przez tych z odpowiednim wykształceniem technicznym. Materiały do produkcji, głównie cukier, były bardzo tanie. W sklepach zalegały 50-kilowe worki polskiego cukru, który był tańszy i łatwiej dostępny niż w kraju.

Oficjalnie była prohibicja, ale i tak wszyscy się upijali. Zwłaszcza w okresie stanu wojennego. Wtedy wszyscy topili smutki, Prof. Mieczysław Lao

Ponieważ lepiej było nie pokazywać się na ulicach w stanie wskazującym, to paradoksalnie wszyscy prowadzili "pod wpływem". Idący piechotą pijany bardziej zwracał uwagę niż dziwnie jadący samochód.

Inną popularną metodą relaksu były wyprawy na plaże. Wszyscy rozmówcy tvn24.pl zgodnie podkreślają, że brzeg i morze Libijczycy mają piękne. Szerokie piaszczyste plaże na podobieństwo polskich i ciepłe morze. Odpoczynek nad wodą był żelaznym punktem tygodnia. – Czasem tylko brzeg był zapaskudzony mazutem (paliwo do silników okrętowych), zrzucanym przez "cywilizowane" europejskie statki – mówi prof. Książyk.

Problemem przy nieustannych upałach były śmieci, które często długo zalegały w oczekiwaniu na wywóz. – Tam normalną praktyką było, że wrzucało się śmieci na dach samochodu i ruszało w drogę. Potem się tylko patrzyło kiedy spadną same – mówi profesor. Lao. – Pobocza dróg były obwałowane śmieciami, nawet w centrum Bengazi był straszny brud. Wieczorem na bulwarze nadmorskim spod nóg uciekały szczury – dodaje.

CZĘŚĆ II - czytaj

Źródło: tvn24.pl

Źródło zdjęcia głównego: Wikipedia