Dwa lata temu Jolie zszokowała świat. Napisała o usunięciu piersi

Świat

tvn24Angelina Jolie jest nosicielką zmutowanego genu BRCA1. Ryzyko raka persi i jajników w takim przypadku jest bardzo duże

Mając świadomość 50-procentowego ryzyka zachorowania na raka jajników, Angelina Jolie poddała się zabiegowi ich prewencyjnego usunięcia. Poinformowała o tym we wtorek w artykule napisanym dla „New York Timesa”. Dwa lata wcześniej, 14 maja 2013 r., w tym samym dzienniku napisała o dobrowolnej, podwójnej mastektomii, bo ryzyko zachorowania na raka piersi było w jej przypadku jeszcze większe.

Matka Angeliny, aktorka Mercheline Bertrand, zmarła w 2007 roku po blisko ośmiu latach walki z rakiem jajnika. Matka Bertrand również zmarła młodo, również na raka. Miała zaledwie 45 lat.

Prewencyjne usunięcie obu piersi

Jolie, która w 2013 r. wróciła m.in. do tych historii, zatytułowała wtedy swój artykuł „Mój medyczny wybór”. W bardzo osobisty sposób napisała o tym, przez co przechodziła całe miesiące przed operacją mastektomii i po niej.

Aktorka, będąca nosicielką wadliwego genu BRCA1, była obarczona 87-procentowym ryzykiem zachorowania na raka piersi i 50-procentowym ryzykiem zachorowania na raka jajników.

"Moja matka walczyła z rakiem przez blisko dekadę i zmarła w wieku 56 lat. Zdążyła poznać pierwsze ze swoich wnucząt i trzymać je w ramionach. Ale moje inne dzieci nigdy nie będą miały szansy jej poznać i doświadczyć jej miłości i wdzięku" - pisała w 2013 roku.

"Często rozmawiamy o 'mamie mamusi', a ja usiłuję wyjaśnić chorobę, która nam ją odebrała. Moje dzieci pytały, czy to samo może przydarzyć się mnie. Zawsze mówiłam im, by się nie martwiły, ale prawda jest taka, że jestem nosicielką 'wadliwego' genu BRCA1, co znacznie zwiększa ryzyko rozwoju raka piersi i raka jajnika" - wyjaśniała wtedy aktorka.

„Tylko ułamek przypadków raka piersi pochodzi od odziedziczonego zmutowanego genu. Kobiety z defektem BRCA1 mają jednak średnio 65 proc. ryzyka zachorowania. Gdy wiedziałam, że taka jest rzeczywistość, zdecydowałam się działać i je zminimalizować. Podjęłam decyzję o poddaniu się podwójnej mastektomii. Zaczęłam od piersi, bo ryzyko raka piersi jest u mnie wyższe niż ryzyko raka jajnika, a operacja jest bardziej skomplikowana. 27 kwietnia (2013 r. - red.) zakończyłam trwające trzy miesiące procedury medyczne związane z mastektomią. W tym czasie udało mi się zachować to dla siebie i nadal pracować" - pisała Angelina Jolie.

Słowo rak nadal powoduje w ludziach strach i wywołuje głębokie poczucie bezradności. Ale dzisiaj, na podstawie testu krwi, możliwe jest zbadanie, czy ma się predyspozycje do zachorowania na raka i odpowiednie zareagowanie. Mój proces zaczął się 2 lutego od tzw. 'zachowania sutków' polegającego na zwalczaniu raka w kanałach piersiowych za brodawką i powoduje zwiększenie przepływu krwi. To powoduje wiele bólu i siniaków, ale zwiększa szanse na zachowanie sutka. Dwa tygodnie później przeszłam główną operację usunięcia tkanki łącznej wypełniającej piersi i zastąpienia jej tymczasowym wypełniaczem. Operacja trwa osiem godzin. Po niej budzisz się z rurkami i rozciągaczami w piersiach. Można poczuć się jak w scenie z filmu science-fiction. Ale kilka dni potem można wrócić do normalnego życia. Dziewięć tygodni później operacja kończy się rekonstrukcją piersi za pomocą implantów. W ostatnich kilku latach były znaczne postępy w tej procedurze, a efekty mogą być piękne. Chciałam napisać to, by powiedzieć innym kobietom, że decyzja o mastektomii nie była łatwa. Ale cieszę się, że ją podjęłam. Szanse rozwoju raka zmalały z 87 procent do 5 procent. Mogę powiedzieć moim dzieciom, że nie muszą bać się, że stracą mnie z powodu raka piersi. Angelina Jolie, "NYT", 14 maja 2013 r.

Partner bardzo ważny

„Mam szczęście mieć partnera, Brada Pitta, który jest tak kochający i wspierający. Więc (piszę też - red.) dla każdego, kto ma dziewczynę lub żonę, która przez to przechodzi: wiedzcie, że jesteście bardzo ważną częścią procesu" - pisała.

"Brad uczestniczył w każdej minucie zabiegów w miejscu, w którym przechodziłam leczenie. Udało nam się znaleźć też chwile, by razem się śmiać. Wiedzieliśmy, że to właściwa rzecz dla naszej rodziny, i że nas zbliży. I tak się stało.” - opisywała swoje doświadczenia.

Na koniec napisała, że najistotniejsze jest to, by kobiety zaczęły się badać, a do poszczególnych państw należy rola opiekuna, który umożliwi im - przez odpowiednie funkcjonowanie systemu opieki zdrowotnej - przeprowadzanie badań genetycznych.

‚Zdecydowałam się upublicznić moją historię, bo jest wiele kobiet, które nie wiedzą, iż żyją w cieniu raka. Moja nadzieją jest, że poddadzą się ONE testom genetycznym, a jeśli okaże się, że są w grupie ryzyka, będą wiedziały, że mają wybór” - zakończyła tamten list aktorka.

Autor: adso/ja / Źródło: "New York Times", tvn24.pl

Raporty: