Krwawy kryzys w Syrii

9 maja 2011
Reuters, PAP/EPAONZ: do końca maja w Syrii 300 obserwatorów, reżim odmawia wiz

Niepokoje na Bliskim Wschodzie powoli docierały do Syrii. Gdy jednak Syryjczycy podjęli hasła wnoszone wcześniej przez Tunezyjczyków i Egipcjan, miejscowy reżim nie ugiął się jak władcy z Tunisu i Kairu. Syryjskie powstanie tonie we krwi. Świat wobec skomplikowanej geopolitycznej układanki nie jest w stanie podjąć żadnej wiążącje decyzji.

Przez kilka tygodni od wybuchu rewolucji w Tunezji, a potem w Egipcie wydawało się, że niepokoje ominą Syrię. Reżim rządzącego krajem od kilkudziesięciu lat klanu Asadów robił wszystko, by problemów podobnych do tych w Afryce Północnej uniknąć.

Nawiedzany obrazami z Tunisu i Kairu Damaszek uciekł się do najprostszego narzędzia rozwiązywania społecznego napięcia - sypnął pieniędzmi. Zrobił to wbrew prowadzonej od kilku lat konsekwentnie liberalizacji socjalistycznej w gruncie rzeczy gospodarki.

Niezadowolonych Syryjczyków miały uspokoić potężne subsydia do opału czy zamrożenie cen prądu, wzrost płac dla urzędników, obcięcie podatków na kawę i cukier, zredukowane cło na żywność i więcej pieniędzy na cele socjalne.

Prezydent Baszar Asad może sięgnąłby i głębiej do kieszeni, gdyby nie to, że nie są one już tak głębokie, jak za czasów jego ojca Hafiza. Podczas gdy dochody z eksportu syryjskiej ropy maleją, ludność tego bliskowschodniego kraju podwoiła się w ciągu 30 lat. Ojciec Baszara rządził ok. 10 milionami ludzi, on musi już uporać się 22 milionami w dużej mierze uzależnionymi od państwa obywatelami.

Najnowsze prospołeczne pociągnięcia z pewnością nie przyczynią się do ratowania syryjskiej gospodarki, gdyż ich koszt oblicza się nawet na 0,8 proc. PKB.

"Dni gniewu"

Środki zaradcze jednak nie pomogły. Pierwsze niemrawe demonstracje ruszyły na początku lutego, ale zostały szybko zdławione przez siły bezpieczeństwa. Kolejne "dni gniewu" w lutym również nie okazały się wielkim sukcesem protestujących, a manifestacje kilkuset niezadowolonych z reżimu Syryjczyków były szybko rozbijane.

Sytuacja nabrała tempa dopiero w połowie marca. 16 marca bezpieka rozpędziła pałkami protestujących przed budynkiem MSW w Damaszku. 18 marca doszło do rozlewu krwi w mieście Dara w południowo-wschodniej Syrii. Uczestnicy pokojowej demonstracji po piątkowych modłach domagali się reform politycznych oraz skutecznej walki z korupcją, ale odpowiedzią władz dla kilku tysięcy skandujących "Bóg, Syria, wolność" ludzi były kule. Kilkadziesiąt osób zostało rannych, co najmniej cztery zginęły.

Kolejne dni nie przynosiły uspokojenia. Na ulice coraz liczniejszych syryjskich miast wychodziło coraz więcej ludzi. Coraz liczniejsze były też oddziały bezpieki i wojska, które skierowano do tłumienia protestów. Coraz więcej było też ofiar. Do maja naliczono ich co najmniej 500. Na początku 2012 roku zabici liczeni są już w tysiącach.

Religijne napięcie w tle

Chociaż syryjskie protesty nie nabrały barw religijnych, to skandowane przez demonstrantów hasło "Bóg" może odcisnąć najpoważniejsze piętno na syryjskiej rewolucji. Rządzący Syrią klan Asadów należy bowiem do sekty alawitów, którzy stanowią do 16 proc. mieszkańców kraju (dane szczegółowe nie są znane), ale przez innych wyznawców islamu, szczególnie przez sunnitów (74 proc. mieszkańców kraju), często nie są uznawani nawet za muzułmanów.

Niemniej armia i bezpieka opiera się na alawitach, co może zemścić się na Asadzie, ale jednocześnie powoduje, że resorty siłowe wyglądają na zwarte i gotowe do obrony reżimu w przeciwieństwie do sytuacji, którą można było obserwować w Libii lub Jemenie. Oznacza to jednocześnie, że armia do tej pory nie zajęła stanowiska mediatora w konflikcie tak jak było to w Egipcie.

Dochodzące z Syrii wieści o zdradach wysokich rangą wojskowych lub nawet całych oddziałów są trudne do zweryfikowania. Wygląda na to, że przez wielu uważany za numer dwa w Syrii, brat prezydenta Maher Asad, trzyma wojsko twardą ręką.

"Bóg" może objawić się również w innym miejscu syryjskiej rewolty. Najpoważniejszą siłą opozycyjną w Syrii jest bowiem sunnickie nielegalne Bractwo Muzułmańskie, którego siła szacowana jest na ok. 600 tys. ludzi.

Mimo imponującej liczby członków, syryjskie Bractwo jednak nie jest tak silne jak w Egipcie. Nadal nie może się też pozbierać po masakrze, którą jego członkom urządził Hafiz Asad w 1982 roku, gdy sunnici próbowali obalić alawicką dynastię rządzącą. Tym razem jednak niesieni sukcesami w innych krajach Bracia mogą pokusić się o sięgnięcie po władzę.

Dyktator z poparciem

video-287026

Nie będzie to łatwe nie tylko z powodu mocnego aparatu represji Asada, ale też ze względu na poparcie, którym reżim cieszy się na arenie międzynarodowej. Na Asada stawia bowiem Iran, dla którego Syria jest obok libańskiego Hezbollahu oknem na Bliski Wschód. Teheran gotów będzie poświęcić wiele, by nie stracić Asadów ze strefy wpływu.

Szczególnie irytujące dla Iranu byłoby przejście Syrii pod opiekę Egiptu, który ma ambicje zostać głównym graczem regionu również po odejściu Hosniego Mubaraka (na przełomie lat 50. i 60. XX wieku Egipt i Syria tworzyły nawet krótko wspólne państwo - Zjednoczoną Republiką Arabską).

Paradoksalnie Asad może też liczyć na wsparcie swojego zawziętego wroga, Izraela. Dla Tel Awiwu, który w ostatnich latach dążył nawet do zbliżenia z Damaszkiem w sprawie okupowanych przez Izraelczyków Wzgórz Golan, lepszy jest stabilny reżim jako sąsiad, niż magma demokratów i muzułmańskich radykałów.

Już po rewolucji w Egipcie w Tel Awiwie podniosły się głosy, że u wrót Izraela stanął kolejny wróg. Na razie nic nie wskazuje na potwierdzenie tych słów, ale zmiana władzy w Syrii mogłaby dodatkowo wstrząsnąć Izraelem, być może prowokując go do zaostrzenia sytuacji w regionie.

Co na to świat?

Zachód na razie ogranicza się do słów potępienia reżimu w Damaszku i nakładania sankcji. Unia Europejska wprowadziła embargo na dostawy broni do Syrii, zakazała także 13 członkom najwyższych władz Syrii wjazdu na teren UE oraz zamroziła aktywa majątkowe tych osób. Sankcje nałożyli też Amerykanie. Oenzetowskie sankcje blokują Chińczycy i Rosjanie.

Ostre, w porównaniu z wcześniejszymi działaniami, środki podjęła za to Liga Arabska. Liga zawiesiła członkostwo Syrii, gdy władze tego kraju nie dotrzymały obietnicy powstrzymania się od dalszych akcji policji i wojska przeciwko demonstrantom domagającym się demokratyzacji i rozpoczęcia dialogu z opozycją.

27 listopada Liga uchwaliła również sankcje gospodarcze, obejmujące wstrzymanie transakcji handlowych z władzami w Damaszku, zamrożenie kont i zakaz podróży do krajów arabskich dla członków reżimu. Do Syrii pojechali nawet obserwatorzy Ligi, ale ich misja zakończyła się fiaskiem.

Wobec sprzeciwu Moskwy i Pekinu o żadnej bezpośredniej zewnętrznej interwencji w Syrii na razie nie ma mowy, chociaż opozycja coraz bardziej skłania się do zdania, że interwencja jest jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji. W tym czasie giną kolejni cywile. Według ONZ do tej pory śmierć poniosło co najmniej 6,2 tys. ludzi.

Zdruzgotane Homs

Wiele ofiar pochłonęło kilkutygodniowe oblężenie miasta Homs, w szczególności dzielnicy Baba Amro, bastionu rebeliantów. Po niemal dwóch miesiącach bombardowań setki osób zginęły, a wiele domów leży w gruzach. W całym mieście brakuje wody, leków i żywności. Cywile zaś stanęli przed jeszcze gorszym problemem - zemstą wojska.

Mocny ucisk

Baszar Asad udowodnił w przeszłości, że jest w stanie sprostać problemom wewnętrznym, jeśli tylko wykaże się konsekwencją i silną ręką.

W czasach, gdy informacja i propaganda rozprzestrzenia się wśród demonstrantów na Bliskim Wschodzie drogą elektroniczną, nawet mocny uścisk bezpieki i armii może nie być jednak wystarczający. Na razie Asad konsekwentnie topi bunt we krwi.

Źródło zdjęcia głównego: Reuters, PAP/EPA