Zamieszki trwają. Po raz pierwszy od sześciu lat w Belfaście użyto armatek wodnych

TVN24 | Świat

Autor:
asty/adso
Źródło:
PAP

Koktajle Mołotowa, petardy i kamienie. Tak wyglądał kolejny dzień i kolejna noc w Irlandii Północnej, gdzie doszło do aktów przemocy. Po raz pierwszy od sześciu lat północnoirlandzka policja użyła w armatek wodnych, by rozpędzić uczestników zamieszek w Belfaście.

W czwartek zamieszki wybuchły ponownie w zachodniej części Belfastu, ale tym razem - jak poinformowała minister sprawiedliwości Naomi Lang, głównymi ich inicjatorami byli nacjonaliści, czyli zwolennicy przyłączenia Irlandii Północnej do Irlandii. W stronę funkcjonariuszy policji poleciały z ich strony butelki z benzyną, petardy i kamienie.

Poprzedniego wieczora w zachodnim Belfaście, ale w lojalistycznej dzielnicy Shankill, porwany i podpalony został autobus miejski. Środowe zamieszki północnoirlandzka policja określiła jako najgorsze od lat w Irlandii Północnej.

OGLĄDAJ NA ŻYWO W TVN24 GO

Protesty w Irlandii Północnej

Zamieszki w różnych miastach Irlandii Północnej, dotychczas głównie w dzielnicach lojalistycznych, trwają od początku zeszłego tygodnia. Ich bezpośrednią przyczyną była decyzja północnoirlandzkiej prokuratury, by nie postawić nikomu zarzutów w związku z pogrzebem wysokiego rangą bojownika Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA), w którym - mimo restrykcji przeciwepidemicznych - uczestniczyło ok. 2000 osób, w tym - 24 polityków republikańskiej partii Sinn Fein.

Spotęgowało to narastające od kilkunastu tygodni wśród unionistów i lojalistów, czyli zwolenników utrzymania prowincji pod zwierzchnictwem Londynu, niezadowolenie z protokołu w sprawie Irlandii Północnej, który jest częścią umowy o regulującej relacje Zjednoczonego Królestwa z UE po brexicie. Dokument ten faktycznie stworzył granicę celną między tą prowincją a resztą państwa. Efektem tego są zarówno problemy z dostawami towarów do Irlandii Północnej, jak i obawy unionistów i lojalistów o to, że ta sytuacja zagraża politycznemu status quo.

USA apelują "o spokój"

W czwartek do Belfastu przyjechał brytyjski minister ds. Irlandii Północnej Brandon Lewis, który przyznał, że brexit stworzył "realne problemy" w Irlandii Północnej, ale podkreślił, że przemoc nie jest sposobem na ich rozwiązanie. Wcześniej we wspólnym oświadczeniu akty przemocy potępiło pięć partii, reprezentujących zarówno społeczność protestancką i katolicką, które tworzą rząd północnoirlandzki. "Chociaż nasze stanowiska polityczne są bardzo różne w wielu kwestiach, wszyscy jesteśmy zjednoczeni w naszym poparciu dla prawa i porządku" - napisano.

Zaniepokojenie sytuacją w Irlandii Północnej wyraziła także administracja prezydenta USA Joe Bidena, który z racji irlandzkich korzeni jest bardzo zaangażowany w sprawę podtrzymania procesu pokojowego.

- Jesteśmy zaniepokojeni przemocą w Irlandii Północnej i przyłączamy się do apeli brytyjskich, irlandzkich i północnoirlandzkich przywódców o spokój. Pozostajemy niezłomnymi zwolennikami bezpiecznej i dostatniej Irlandii Północnej, w której wszystkie społeczności mają prawo głosu i korzystają ze zdobyczy ciężko wywalczonego pokoju - powiedziała Jen Psaki, rzeczniczka prasowa Białego Domu.

Autor:asty/adso

Źródło: PAP