Świat

"Dotarłem na miejsce pierwszy. Tam panował kompletny chaos"

Świat

Aktualizacja:
TVN24"Dotarłem na miejsce pierwszy. Tam panował kompletny chaos"

- Pierwsze co zauważyłem, to seria strzałów. Myślałem, że uczestnicy obozu na wyspie odpalają fajerwerki. Zrozumiałem, co się stało, kiedy zobaczyłem wiele osób w wodzie - powiedział rybak mieszkający w pobliżu wyspy Utoya, który jako pierwszy ratował ludzi z wody po masakrze.

- Zerwałem się i pobiegłem do łodzi. Chciałem zobaczyć z bliska, co się tam dzieje. Dotarłem na miejsce jako pierwszy. Kilka minut po mnie pojawiły się dwie inne łodzie. Zabraliśmy się za wyławianie ludzi z wody - powiedział Norweg przedstawiający się jako Bjorn. - W wodzie była niewiarygodna liczba zziębniętej młodzieży, niektórzy z nich byli podtopieni - dodał.

Zerwałem się i pobiegłem do łodzi. Chciałem zobaczyć z bliska, co się tam dzieje. Dotarłem na miejsce jako pierwszy, kilka minut po mnie pojawiły się dwie inne łodzie. Zabraliśmy się za wyławianie ludzi z wody. rybak, który jako pierwszy popłynął w kierunku wyspy

Zaznaczył, że z wyspy cały czas dobiegły odgłosy wystrzałów. - Mnie miałem odwagi odpłynąć do lądu - przyznał. - Tam panował kompletny chaos. Nie mogliśmy się doliczyć ludzi w wodzie - podkreślił.

90 minut po strzałach

Kłopoty z dopłynięciem na miejsce masakry miała z kolei norweska policja. - Mieliśmy problemy z dostaniem się na wyspę - przyznał wcześniej szef norweskiej policji Sveinung Sponheim uzasadniając, dlaczego policjanci dotarli na Utoyę dopiero po półtorej godziny od momentu, gdy padły pierwsze strzały.

Sponheim broni swoich podwładnych, którzy dotarli na miejsce strzelaniny po około 90 minutach od chwili, gdy Anders Behring Breivik otworzył ogień (w sobotę rano podawano, że funkcjonariusze potrzebowali zaledwie pół godziny). - Nasza reakcja od momentu, kiedy otrzymaliśmy pierwszą informację, była szybka - powiedział. I dodał: - Mieliśmy problemy z dostaniem się na wyspę.

Nasza reakcja od momentu, kiedy otrzymaliśmy pierwszą informację, była szybka. Mieliśmy problemy z dostaniem się na wyspę. Sveinung Sponheim, szef norweskiej policji

Gdy policja znalazła łódź, ta zaczęła przeciekać. - Gdy znalazło się w niej tak dużo ludzi i sprzętu, łódź zaczęła nabierać wody tak, że motor przestał pracować. Łódź była zbyt mała i zbyt niesprawna - powiedział Erik Berga, szef operacji policyjnych w okręgu Buskerud. Miał na myśli łódź, którą trzeba było dowieźć nad jezioro Tyrifjord z pobliskiego miasta Hoenefoss.

Po południu Norwegowie poinformowali, że lokalna komenda policja dostała informację o strzelaninie w piątek o godz. 17.26. O godz. 17.30 przekazano ją do Oslo, a o godz. 17.38 było formalne wezwanie o pomoc. - Wysłaliśmy na wyspę specjalne oddziały policji, które przybyły tam o 18.25. Dwie minuty później nastąpiło aresztowanie podejrzanego, który poddał się - mówili policjancie na konferencji prasowej w niedzielę.

Podwójny zamach

O dokonanie masakry podejrzewany jest Breivik, który poddał się policjantom, gdy w końcu dotarli oni na wyspę. Wcześniej sam przebrany za policjanta krążył po wyspie strzelając do uczestników obozu młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy. Od jego kul zginęło co najmniej 86 osób. Kilka osób wciąż uważa się za zaginione.

Zdaniem śledczych Breivik odpowiada też za zamach na budynek rządowy w centrum Oslo, do jakiego doszło przed strzelaniną. Zginęło w nim siedem osób. Na farmie, którą wynajmował znaleziono duże ilości nawozów sztucznych i materiałów, z których można zrobić ładunki wybuchowe. Według policjantów, po pierwszym zamachu napastnik wyjechał samochodem za stolicę, a następnie łodzią dostał się na Utoyę.

CZYTAJ O WYDARZENIACH W SOBOTĘ

CZYTAJ O WYDARZENIACH W PIĄTEK

O zamachu w Oslo czytaj też na Kontakt24

Źródło: Reuters, APTN

Źródło zdjęcia głównego: TVN24