Ann Romney od kilku tygodni jeździ po całych Stanach Zjednoczonych pomagając w kampanii wyborczej mężowi. Czasami jednak wyświadcza mu "niedźwiedzie przysługi", jak choćby w postaci tej z piątkowego wieczora, gdy potencjalnego przywódcę mocarstwa pośrednio określiła jako podatnego na stres i sobie z nim nie radzącego.
Jak w korcu maku
- Ufam w jego przekonania, w jego znajomość ekonomii, w pewność podejmowanych decyzji, ale niepokoić mnie będzie jego zdrowie psychiczne - stwierdziła prostolinijnie w wywiadzie emitowanym w porze najwyższej oglądalności w siedzibie jednej ze stacji w Las Vegas.
Po chwili się zreflektowała, dodając, że oczywiście "to naturalne dla żony, by się martwić", ale jej wystąpienie wywołało lawinę komentarzy w innych mediach.
Ann być może podpadła sztabowi Mitta Romneya, ale w ub. tygodniu sam kandydat na prezydenta musiał się tłumaczyć dwa razy z tego, co robi. Najpierw ludzie Baracka Obamy weszli w posiadanie filmu ze spotkania Romneya z osobami wspierającymi jego kampanię wyborczą, w czasie którego mówił o tym, że "połowa Amerykanów to ofiary", które "myślą, że coś im się należy od rządu", a potem ujawnił pod presją swoje oświadczenie podatkowe.
Okazało się wtedy, że płaci zaledwie 14-proc. podatek, a przy zarobkach ok. 13 mln dol. rocznie większość pieniędzy i tak trzyma na zagranicznych kontach w tzw. rajach podatkowych, m.in. na Kajmanach.
Autor: adso//bgr / Źródło: Huffington Post