Rafał Hirsch: Polska chce dołączyć do nowego chińskiego superbanku

Z kraju

sxc.huBlog Rafała Hirscha

Do wymyślonego przez Chiny banku AIIB, który ma finansować inwestycje w Azji, zapisuje się coraz więcej państw także z Europy. Wczoraj życzliwie o banku mówił sekretarz skarbu USA, a dziś szefowa MFW. O wejściu do grona założycieli rozmawia także Polska.

AIIB, czyli Asian Infrastructure Investment Bank, ma być ogromnym podmiotem finansującym inwestycje, a przez to rozwój w całej Azji. Mówi się, że w przyszłości AIIB może zastąpić Bank Światowy i MFW - przynajmniej na terenie Azji. Pomysł wyszedł z Chin, ale Pekin chce, aby bank był międzynarodowy (podobnie jak MFW i Bank Światowy).

Mimo początkowego sprzeciwu USA chęć wejścia do grona fundatorów nowego banku zgłosiło już ponad 50 państw, w tym wielu tradycyjnych sojuszników USA, np. Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Włochy. Dziś Chiny poinformowały, że „wpuściły” do banku Francję i Włochy. A dyrektor zarządzający MFW Christine Lagarde oceniła, że funkcjonowanie AIIB będzie korzyścią dla gospodarki światowej.

Do AIIB chcą dołączyć też, między innymi Holandia, Austria, Rosja, Islandia, Hiszpania, Portugalia, Szwecja, Turcja, Norwegia, Dania, Szwajcaria, Izrael. Niektórych – tak jak Brytyjczyków, czy Szwajcarów – Chińczycy sami zaprosili i sprawa jest załatwiona, inne kraje muszą samodzielnie zabiegać, aby ich na listę członków banku dopisać. Z tego co powiedziała mi niedawno wiceminister finansów Izabela Leszczyna, Polska też takie rozmowy toczy:

Po co to nam?

Bank AIIB ma wspomagać inwestycje w Azji, co nas bezpośrednio nie dotyczy. Można domniemywać, że w przetargach na inwestycje, na przykład budowlane lepiej będą traktowane firmy pochodzące z krajów, które są fundatorami banku, ale to też niewielka przewaga, skoro chce się do niego zapisać pół świata, w tym prawie cała Europa. Ale wynika też z tego ryzyko, że jeśli się tam nie zapiszemy, to w ogóle już nie mamy czego w Azji szukać. Możliwe też, że za jakiś czas się okaże, że ma to znaczenie prestiżowe/dyplomatyczne, a Polska przecież bardzo stara się poprawiać swoją pozycje i znaczenie na arenie międzynarodowej. Skoro więc zapisują się wszyscy, to my też powinniśmy, choć - jak wspomina pani wiceminister - jeszcze nie wiadomo jakie będą tego koszty. Przy okazji warto też oszacować jakie będą koszty, kiedy okaże się, ze jesteśmy jedynym dużym europejskim krajem, którego w AIIB nie ma.

Po co to Chinom?

Na świecie nie brakuje proroków przepowiadających upadek dolara i nową hegemonię Chin, w której to juan jest walutą dominującą. Mimo to na razie nikt chyba nie wymienia swoich oszczędności dolarowych na oszczędności w juanach. Nie trzeba jednak planować obalenia rządów dolara, aby widzieć sens w powołaniu banku takiego jak AIIB. Zanim się pokona Amerykanów, trzeba się od nich uniezależnić. To moim zdaniem główny sens ruchu Chin – w nowym banku Amerykanie nie będą mieli nic do powiedzenia, będzie więc można samodzielnie podejmować decyzje finansowe i inwestycyjne, które będą na tyle duże, że mogą mieć też w Azji wymiar geopolityczny. W tym kontekście AIIB może okazać się narzędziem umacniania chińskiej dominacji w gospodarkach nie tylko Azji, ale też Afryki i Ameryki Południowej. Warto zauważyć, że do AIIB chce się zapisać prawie cała Europa, ale z Ameryki Płd zgłosiła się tylko Brazylia, a w Afryce pomysł też cieszy się małym zainteresowaniem.

Juan, dolar i MFW

Niewykluczone, że Chiny faktycznie planują w przyszłości zmianę światowego reżimu walutowego na taki, w którym to juan będzie najważniejszą walutą. Aby to osiągnąć będą musiały spełnić dwa zasadnicze warunki – zdobyć zaufanie instytucji publicznych i inwestorów prywatnych. Moim zdaniem powołanie AIIB może pomóc w przyszłości w „oswojeniu” instytucji międzynarodowych z juanem jako walutą transakcyjną. Znacznie trudniej będzie jednak nakłonić prywatne firmy i banki, aby posługiwały się juanem, tak jak dzisiaj dolarem, czyli bez najmniejszego problemu. Do tego potrzeba jeszcze wielu reform rynkowych w samych Chinach i cierpliwej pracy nad zmianą przyzwyczajeń na świecie. Dlatego, moim zdaniem, juan za naszego życia nie zastąpi dolara. Ale może się stać walutą o statusie równym jenowi japońskiemu czy brytyjskiemu funtowi. Jeśli pomysł banku AIIB się powiedzie, będzie to do osiągnięcia. Pośrednio zapowiedziała to dzisiaj Christine Lagarde mówiąc, że chiński juan w przyszłości wejdzie do koszyka walutowego będącego podstawą emisji SDR-ów, czyli specjalnej waluty rozliczeniowej MFW. Dziś w tym koszyku są dolar USA, euro, funt brytyjski i jen japoński.

Autor: Rafał Hirsch

Źródło zdjęcia głównego: sxc.hu