Gronkiewicz-Waltz o karcie LGBT+: mam wątpliwości, miałam inną koncepcję

Warszawa

"Nie można dopuszczać do jakiejkolwiek dyskryminacji"TVN24
wideo 2/5

- Przeczytałam standardy WHO, one są takie, że nie wszyscy rodzice się na to zgodzą - mówiła o fragmentach deklaracji LGBT+ podpisanej przez Rafała Trzaskowskiego jego poprzedniczka w fotelu prezydenta Warszawy. Goszcząca w "Faktach po Faktach" Hanna Gronkiewicz-Waltz stwierdziła, że część zapisów dokumentu, dotycząca edukacji dzieci w konkretnych przedziałach wiekowych, budzi jej wątpliwości.

Przypomnijmy: prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację LGBT+ na rzecz społeczności lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transseksualnych miesiąc temu. Tę decyzję skrytykowała prawica, w ostatnim czasie także warszawscy biskupi.

- Nie można dopuszczać do jakiejkolwiek dyskryminacji nie tylko ze względu na rasę i wyzwanie, ale także orientację seksualną, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – podkreśliła na wstępie Hanna Gronkiewicz-Waltz i wytłumaczyła, dlaczego sama nie podpisała takiego dokumentu. - Ja uważałam, że nie należy niczego podpisywać z konkretnymi grupami, bo tak samo pewną troską trzeba objąć seniorów, środowiska LGBT czy uchodźców – dodała.

Zdystansowała się wobec części zapisów deklaracji. - Przeczytałam te standardy WHO (Światowej Organizacji Zdrowia - red.), one są takie, że nie wszyscy rodzice się na to zgodzą. Głównie jeśli chodzi o standardy wychowania. Jest kwestia, że decyduje się za rodziców (…) W konkretnych przedziałach wiekowych trzeba podejmować konkretne działania wychowawcze, ja jako matka i jako babcia poprzesuwałabym te standardy – wyjaśniała. - Co do reszty nie było zastrzeżeń – zastrzegła.

"Rząd jest nam wciąż winien 50 milionów"

Odniosła się także do zarobków nauczycieli, którzy zapowiadają strajk. - W Warszawie 4,5 miliarda, a z inwestycjami 5 miliardów, jest wydawane rocznie na edukację. W zeszłym roku nie dostaliśmy na pensje tyle, ile trzeba, więc dołożyliśmy 200 milionów. Do każdej złotówki dodajmy swoją. To nie Afryka, że dzieci uczą się pod palmami, my inwestujemy. Jedna szkoła dzisiaj kosztuje 60 milionów – mówiła.

Hanna Gronkiewicz-Waltz stwierdziła, że rząd przerzuca koszty edukacji i jej ostatniej reformy na samorządy. - Poza tym ponieśliśmy koszty jeśli chodzi o reformę, rząd jest nam wciąż winien 50 milionów. Z tego co wiem, samorządy szykują się, żeby wystąpić do sądu, żeby te środki uzyskać. Rząd zrobił reformę na nasz – samorządu – koszt, zwłaszcza w dużych miastach. My remontujemy, budujemy, dopłacamy do pensji, niedługo będziemy utrzymywać wszystko, jeśli tak dalej pójdzie – opowiadała.

Gronkiewicz-Waltz przekonywała, że za jej kadencji w ratuszu pensje wzrosły o prawie 40 procent. – Wypłacamy wszystkie dodatki edukacyjne, średnio 600 złotych na jeden etat. Liczby mówią same za siebie – dowodziła.

"To wyrażenie poniżej pasa"

W programie pojawił się też wątek wypowiedzi Krzysztofa Szczerskiego, ministra z Kancelarii Prezydenta, który stwierdził, że "nauczyciele nie mają obowiązku życia w celibacie, w związku z powyższym także transfery, które są dzisiaj dokonywane dla polskich rodzin, na przykład 500 plus, też dotyczą nauczycieli".

– To wyrażenie poniżej pasa – oceniła była prezydent Warszawy. – U nas nie ma obowiązku celibatu, ale nie ma też przymusu zawierania związków małżeńskich i posiadania dzieci, póki co PiS tego do konstytucji nie wprowadził. Nawiasem mówiąc 500+ nie zdało egzaminu jeśli chodzi o demografię – dodała, ale zastrzegła, że 500 złotych także na pierwsze dziecko jest dla niej "oczywiste".

ZOBACZ CAŁOŚĆ "FAKTÓW PO FAKTACH" NA TVN24.PL

b