UPADEK ZSRR. 20. ROCZNICA - czytaj raport specjalny
Współczesna niepodległa Armenia, tak jak sąsiedni Azerbejdżan, rodziła się w bólach wojny w Górskim Karabachu. To z Komitetu Karabach, dysydenckiej organizacji jeszcze z czasów ZSRR, wywodził się pierwszy prezydent republiki, Lewon Ter-Petrosjan, a następni dwaj prezydenci związki z Górskim Karabachem mają jeszcze bliższe – tam się urodzili i tam zaczynali karierę.
Czytaj więcej o konflikcie karabaskim
Ter-Petrosjan szybko zaskarbił sobie uwielbienie rodaków mówiąc o niepodległości i walce o zjednoczenie Armenii i Karabachu. Bez problemów wygrał pierwsze wybory prezydenckie i wprowadził rodaków w niepodległość. Ta szybko okazała się bolesna. Oprócz wojny o Karabach z Azerami, Ormianie musieli borykać się z typowymi dla postradzieckiej rzeczywistości zmorami – bezrobociem, upadkiem przemysłu, korupcją, nepotyzmem i przestępczością. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał kryzys energetyczny – od wielkiego trzęsienia ziemi w 1988 roku miejscowa elektrownia atomowa pozostawała zamknięta, a energię sprowadzano z Azerbejdżanu, co teraz było niemożliwe. Nie najlepiej było też z demokratycznymi standardami. Bojownik o wolność Ter-Petrosjan co prawda wygrał kolejne prezydenckiej wybory, ale wśród oskarżeń o poważne naruszenia wolności i wyborcze nieprawidłowości.
Ponure widmo etnicznego konfliktu
To jednak nie kryzys, ale Górski Karabach miał wpłynąć na los Ter-Petrosjana. Gdy okazało się, że uparte trzymanie się zasady dążenia do bezwarunkowego poparcia dla niepodległego a później zjednoczonego z Armenią Karabachu, nie daje żadnych korzyści, a tylko pogłębia izolację, Ter-Petrosjan, niegdyś aktywista Komitetu Karabach, zmienił front. Na początku 1998 roku publicznie oświadczył, że o niepodległości Stepanakertu i późniejszym zjednoczeniu nie może być mowy. Kilka tygodni po tej deklaracji musiał odejść. Zmusiło go do tego karabaskie lobby na czele z premierem Robertem Koczarianem. Ten odwołał deklaracje usuniętego poprzednika.
Rok później władza już w pełni znalazła się w rękach wywodzącej się Karabachu elity – w tajemniczych okolicznościach podczas posiedzenia parlamentu od kul zamachowców zginęli najważniejsi przeciwnicy Koczariana, premier Wazgen Sarkisjan i były sekretarz partii komunistycznej Karen Demirczian. O odwrocie w sprawie Karabachu nie mogło być mowy.
Koczarian, Sarkisjan, Koczarian?
Ormianie karabascy do tej pory kontrolują życie politycznej Erywania. W 2008 roku Koczariana zastąpił dotychczasowy premier, wcześniej minister obrony, Serż Sarkisjan. W wyborach pokonał m.in. pragnącego powrotu do władzy Ter-Petrosjana, który oskarżył przy okazji władze o fałszowanie wyborów (w krwawych powyborczych demonstracjach zginęło kilka osób).
Ciekawie wyglądać może też rywalizacja o fotel prezydenta w 2013 roku – wiele wskazuje bowiem na to, że dotychczasowi sojusznicy, Sarkisjan i Koczarian, staną naprzeciw siebie.
Rosyjska gwarancja
Mimo różnic dzielących dotychczasowych prezydentów, stylu ich rządzenia i podejmowanych z mniejszym lub większym przekonaniem prób wyrwania się z geopolitycznego potrzasku, wszyscy postawili na Rosję. Nie mieli też za bardzo innego wyjścia.
To Moskwa utrzymywała i utrzymuje w Armenii swoje bazy wojskowe (według najnowszych porozumień aż do 2044 roku) i to Moskwa wspierała Ormian w ich konflikcie z Azerbejdżanem. Turcja, która wspierała i wspiera Baku, nie mogła stać się punktem oparcia i sojusznikiem Erywania, zbyt dużo bowiem dzieli oba kraje – począwszy od krwawej wspólnej historii po współczesny, bardziej namacalny konflikt, którego symbolem jest trwająca od 1993 roku blokada wspólnej granicy. W stosunkach obu krajów - mimo nieśmiałych prób porozumienia - nie brak było poważnych napięć ze sporadyczną wymianą ognia i groźbami tureckich bombardowań włącznie. Gdy stawia się na Rosję, sojusz z prozachodnią Gruzją też nie wchodzi w grę.
W rękach Moskwy znajduje się też energetyka Armenii. Rosjanie kontrolują elektrownię atomową Metsamor (produkuje 40 proc. prądu w kraju), dostawy gazu przez Gruzję, a nawet gazociąg prowadzący do Armenii z Iranu. Na kurku z energią dla kraju spoczywa rosyjska ręka i w Erywaniu wszyscy zdają sobie z tego sprawę, nie chcąc powrotu do kryzysu energetycznego lat 90.
Sprawę pogarsza brak własnych surowców energetycznych, co nie oznacza to, że Armenia w ogóle pozbawiona jest surowców. Głównym produktem eksportowym (ponad 60 proc.) Erywania są rudy metali, przede wszystkim miedzi (co ciekawe, największy kombinat metalurgiczny w Armenii należy wcale nie do rosyjskiej, ale do niemieckiej firmy).
Lekkie zezowanie na Zachód
W obliczu wycofania się de facto z regionu Stanów Zjednoczonych i ograniczonych zdolności politycznych Unii Europejskiej, Rosja stała się też faktycznie jedynym rozgrywającym ws. Górskiego Karabachu, organizując co pewien czas spotkania prezydentów Armenii i Azerbejdżanu i obstawiając się w roli rozjemcy z prawem do militarnej obecności w zbuntowanej republice.
Mimo pasywnej postawy Unii w ostatnich latach Armenia stara się jednak o zbliżenie z Brukselą, poprzez m.in. Partnerstwo Wschodnie, które w konsekwencji ma doprowadzić do stowarzyszenie z Brukselą i stworzenia strefy wolnego handlu. Realizacja tego motywowanego gospodarczo przedsięwzięcia będzie jednak zależna od wewnętrznych reform politycznych w Armenii, ale i od stopnia nacisku ze strony Moskwy. A ta, spoglądając do tej pory przez palce na kontakty Erywania z Brukselą, może w końcu zacisnąć dłoń na energetycznym spuście. O marszu na Zachód bez prądu Armenia będzie mogła zaś zapomnieć.
Maciej Tomaszewski
--------
Republika Armenii
Źródło: tvn24.pl