"Spowodowałaby upadek polskich firm". Pracownicy delegowani dzielą UE

TVN24 Biznes

ShutterstockW UE utrzymują się podziały w sprawie projektu zmian w dyrektywie o delegowaniu pracowników

W UE utrzymują się podziały w sprawie projektu zmian w dyrektywie o delegowaniu pracowników. Był to temat obrad unijnych ministrów. Polska podtrzymała sprzeciw wobec propozycji, by pracownicy delegowani byli wynagradzani tak samo jak lokalni.

- Stanowiska krajów UE nie zmieniły się zasadniczo. My podtrzymaliśmy zastrzeżenia co do rewizji tej dyrektywy - powiedział dziennikarzom wiceminister ds. rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed po spotkaniu unijnych ministrów. Według niego w trakcie czwartkowej dyskusji "wiele państw wskazywało, że zapisy (projektu) dyrektywy nie są dobre, precyzyjne i trzeba nad nimi pracować".

Przeciwnikami zmiany przepisów są przede wszystkim wschodnioeuropejskie, uboższe państwa UE, skąd pochodzą pracownicy delegowani. Sceptyczna jest też Dania, która obawia się zakłócenia swobody świadczenia usług. Większość zachodnioeuropejskich państw UE popiera zmiany, argumentując, że nierówne zasady wynagrodzeń między pracownikami lokalnymi i delegowanymi prowadzą do tzw. dumpingu socjalnego, a także dyskryminują pracowników delegowanych.

Dyrektywa o delegowaniu pracowników

Główną zasadą zaproponowanej przez Komisję Europejską zmiany dyrektywy o delegowaniu pracowników jest założenie, że pracownik wysłany przez pracodawcę do innego kraju UE na pewien czas powinien mieć prawo do takiego samego wynagrodzenia, jak pracownik lokalny, a nie tylko do płacy minimalnej. Miałby otrzymywać np. premie czy dodatki przysługujące pracownikom lokalnym. Według koncepcji Komisji Europejskiej, gdy okres delegowania pracownika przekroczy dwa lata, powinien on być w pełni objęty przez prawo pracy kraju goszczącego, co oznacza np. konieczność odprowadzania lokalnych - czyli na Zachodzie wyższych - składek na ubezpieczenie zdrowotne.

Zastrzeżenia Polski

- Dla nas ten postulat główny, czyli zasada tej samej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu, jest w tej chwili nie do zaakceptowania. Spowodowałaby ona upadek polskich firm, które delegują pracowników. Nie bierze się pod uwagę tego, że oprócz płacy polskie przedsiębiorstwa również ponoszą znaczne koszty związane z delegowaniem - powiedział Szwed. Sporną sprawą jest też to, czy dyrektywa powinna objąć usługi związane z transportem. Polska jest temu przeciwna. Zdaniem Szweda z uwagi na liczne zastrzeżenia do projektu prace nad dyrektywą najpewniej będą się przedłużać i trudno będzie o kompromis także w pierwszej połowie przyszłego roku, gdy przewodnictwo w UE sprawować będzie Malta. - Proces uzgadniania będzie trudny, chyba że będzie rozstrzygnięcie "siłowe", gdy większość państw popierających dyrektywę w tej chwili będzie chciało ją przegłosować, nie zważając na merytoryczne zapisy. Ale mam nadzieję, że tak się nie stanie - dodał Szwed.

Wdrożenie regulacji

Podkreślił, że Polska będzie się starać o utrzymanie tzw. mniejszości blokującej, czyli koalicji krajów sprzeciwiających się zmianom przepisów. Jeżeli dojdzie do ich przyjęcia, to - według polskich władz - należałoby zapewnić okresy przejściowe, aby firmy miały czas na dostosowanie do nowych zasad. - Absolutnie nie jest do przyjęcia dla nas, że z dnia na dzień dowiadujemy się, że dyrektywa jest przyjęta (...). Jeżeli byłyby dłuższe okresy przejściowe, to jest szansa na przygotowanie się naszych firm do wdrożenia tej dyrektywy - powiedział Szwed. Z Polski pochodzi najwięcej pracowników delegowanych w UE. W 2014 r. było to prawie 430 tysięcy na 1,9 mln (22,3 proc.).

Autor: mb/gry / Źródło: PAP

Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock