"Chcemy wycofać ten produkt z rynku". Kolejny kraj reaguje na reportaż "Superwizjera"

Z kraju

Podejrzane mięso z Polski trafiło do Szwecjitvn24
wideo 2/2

Szwedzki Urząd Ochrony Żywności (Livsmedelsverket) podał w środę wieczorem w komunikacie, że do Szwecji trafiło 240 kilogramów mięsa wołowego z polskiej rzeźni, której cofnięto zgodę na prowadzenie działalności. Wcześniej na reportaż "Superwizjera" TVN zareagowała Finlandia, wszczynając procedurę sprawdzenia, czy do tego kraju trafiło podejrzane mięso z Polski.

"Superwizjer" TVN ujawnił kwitnący w Polsce rynek obrotu chorym i martwym bydłem. Jeden z dziennikarzy zatrudnił się w ubojni, do której trafiało chore bydło.

Reportaż "Superwizjera" o mięsie chorych krów >

Podejrzane mięso

Według dokumentacji Szwedzkiego Urzędu Ochrony Żywności podejrzane mięso zakupiły cztery hurtownie działające w różnych częściach kraju: Stockholm World AB, Dinc Invest, Globe Food oraz Varnern Foersaeljning AB.

Jak wyjaśniła nadzorująca sprawę inspektor Louise Nyholm, "wykonywane są działania mające na celu wyjaśnić, komu to mięso mogło zostać dostarczone i czy trafiło do sprzedaży".

- Chcemy wycofać ten produkt z rynku - stwierdziła Nyholm.

Wedle doniesień słowackich mediów mięso z chorych polskich krów trafiło również na Słowację. Miało ono dotrzeć do trzech zakładów: Cimbaľáka Bardejova, Marka Kazimira - MK FOOD, Gaboltova i Ladislava Cabai Bidovce. Nie wykluczono, że podejrzane mięso może znaleźć się też gdzie indziej. Słowacka Państwowa Administracja Weterynaryjna i Żywnościowa prowadzi w tej sprawie odpowiednie kontrole.

Z kolei w poniedziałek fiński Urząd do spraw Bezpieczeństwa Żywności przekazał stronie polskiej zapytanie w celu wyjaśnienia, czy do Finlandii mogło trafić podejrzane mięso.

Jak podano w komunikacie fińskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (Ruokavirasto), "rozpoczęto badanie, czy z Polski do Finlandii przywieziono mięso, które rzekomo jest mięsem chorych, nieprzebadanych krów".

Reakcje po reportażu

Do ustaleń "Superwizjera" TVN, zaprezentowanych w sobotnim reportażu "Chore bydło kupię", odniósł się w poniedziałek Główny Lekarz Weterynarii. W komunikacie podkreślił, że "ujawniony proceder spełniał znamiona działalności nielegalnej". CZYTAJ CAŁY KOMUNIKAT GŁÓWNEGO LEKARZA WETERYNARII > Rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Ciarka przekazał w rozmowie z TVN24, że policjanci "bardzo skrupulatnie, bardzo dokładnie zabezpieczyli materiał dowodowy". - On jest już na chwilę obecną bardzo obszerny. Te wszystkie zebrane przez nas materiały przekazaliśmy do prokuratury z wnioskiem, aby wszcząć w tym kierunku śledztwo. Według naszej wstępnej opinii można mówić o zagrożeniu dla zdrowia, życia wielu osób właśnie poprzez wprowadzanie na rynek substancji czy też żywności, która może być skażona - powiedział Ciarka.

Minister: nie może być pobłażania

Minister rolnictwa i rozwoju wsi Jan Krzysztof Ardanowski, który był w środę gościem w radiowej Jedynce, zapytany o reportaż, odpowiedział, że "mamy kłopot, bo to przypadek incydentalny, ale niewątpliwie psuje wizerunek polskiej żywności".

Według szefa resortu rolnictwa takie przypadki muszą być "gorącym żelazem wypalone". - Dlatego sprawą zajmuje się policja i prokuratura, zakład został zamknięty, mięso będzie wycofane, taką decyzję podjął główny lekarz weterynarii - wyjaśniał. Minister uprzedził, że jeżeli gdziekolwiek w Polsce podobna sytuacja miałaby miejsce, to będą wyciągane "konsekwencje dramatyczne", łącznie z zamknięciem zakładu i karnymi konsekwencjami wobec wszystkich, którzy w całym procederze będą brali udział. Chodzi, jak zaznaczył, nie tylko o właścicieli czy pracowników, ale też rolników, "którzy zdychające zwierzęta gdzieś próbują jeszcze ulokować". - Tu nie może być pobłażania, to nie jest problem tego jednego zakładu, to jest problem wizerunku Polski na świecie - wskazał.

Autor: mp//dap / Źródło: PAP, tvn24bis.pl