Choć symptomy globalnego załamania pojawiają się już w 2007 r., za symboliczny początek kryzysu uznaje się właśnie noc z 14 na 15 września 2008 r. Bank Lehman Brothers zwraca się wówczas do sądu w Nowym Jorku o ochronę przed wierzycielami. W praktyce oznacza to jedno - bank upadł. Przyczyniły się do tego w głównej mierze inwestycje w tzw. toksyczne aktywa związane z amerykańskim rynkiem nieruchomości.
Ponieważ podobne aktywa w swoich portfelach mają inne wielkie instytucje finansowe, na rynku wybucha panika. Giełdowe indeksy zaczynają pikować, tracąc dziennie po kilka procent. Gwałtownie tracą na wartości także waluty uważane za ryzykowne, w tym nasz złoty.
Panika na rynkach
W krótkim czasie kryzys rozlewa się na cały świat - nawet na rynki, gdzie o toksycznych aktywach nikt nie słyszał. Wszystko dlatego, że po upadku LB pojawia się pytanie: kto zbankrutuje następny. W rezultacie banki przestają sobie ufać i pożyczać pieniądze obawiając się, że mogą ich nie dostać z powrotem. Tak zamiera rynek międzybankowy, czyli układ krwionośny światowego systemu finansowego. Brak płynności w bankach powoduje gwałtowny spadek akcji kredytowej i w rezultacie kryzys finansowy przemienia się w kryzys realnych gospodarek. PKB kolejnych gospodarczych potęg zaczynają się kurczyć, a prywatne firmy na całym świecie upadają i na potęgę zwalniają pracowników. Wirtualny kryzys, który do tej pory dotykał tylko finansjery, uderza w zwykłych ludzi.
Cały rok 2009 to wielka wojna z kryzysem. Rządy globalnych potęg gospodarczych wytaczają przeciwko niemu najcięższe działa: obniżają stopy procentowe niemal do zera i pompują w rynki miliardy dolarów, euro, jenów. Wreszcie gospodarki powoli zaczynają podnosić się z kolan, a na rynki wraca optymizm. 2010 r. przynosi wzrosty zarówno jeśli chodzi o PKB, jak i giełdy. Tylko niektórzy ekonomiści przebąkują, że to jeszcze nie koniec i mówią, że możemy mieć do czynienia z kryzysem w kształcie litery "W" - a ten po pierwszym odbiciu przynosi kolejne załamanie.
To nie koniec?
To, że mogą mieć rację okazuje się w 2011 r. Nadwyrężone gigantycznymi planami pomocowymi budżety państw zaczynają mieć kłopoty. Rosnące deficyty i długi publiczne zaczynają być problemem państw strefy euro (Grecji, Irlandii, Włoch, Portugalii, Hiszpanii), ale także USA. Niedawno agencja Standard&Poor's pierwszy raz w historii obniżyła amerykański rating kredytowy. W najgorszej sytuacji jest jednak Grecja, która przez lata żyła ponad stan zapewniając swoim obywatelom hojną osłonę socjalną. Na rynki wraca strach - indeksy na giełdach znów pikują, waluty krajów rozwijających się znów tracą. Gospodarki jeszcze rosną, ale ten wzrost jest minimalny i pojawiają się obawy, że jeszcze w ostatnim kwartale tego roku wróci recesja.
Co gorsza kłopoty znów zaczynają mieć banki, które niejako w podzięce za ratunek jaki otrzymały od rządów podczas pierwszej fali kryzysu kupowały na potęgę państwowe papiery dłużne. Teraz, gdy na skraju bankructwa znalazła sie Grecja, banki znów stoją w obliczu ogromnych kłopotów. Wczoraj agencja ratingowa Moody's obcięła oceny wiarygodności kredytowej najważniejszych francuskich banków - Societe Generale i Credit Agricole. Powodem jest fakt, że obydwa w swoich portfelach posiadają dużo grackich obligacji, które w przypadku ewentualnego bankructwa Aten staną się bezwartościowe.
Z wyliczeń Moody's wynika, że przy najczarniejszym scenariuszu, Societe General na greckim długu może stracić aż 1,5 miliarda euro. Gdyby do tego doszło na rynek międzybankowy mógłby wrócić brak zaufania i historia zatoczyłaby koło...
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: TVN24