Skaczą, zupełnie nadzy, fioletowi na twarzach. Dziadek pomyślał, że bawią się w Indian. A oni byli tacy pobici. Na drugim filmiku zobaczył, jak są torturowani. Byli wtedy w hostelu dla ofiar przemocy. Była przy nich matka. Byli: sąsiedzi, nauczyciele, pracownik socjalny, psycholog, kurator sądowy.
Tekst był nominowany w konkursie Grand Press w 2018 roku w kategorii reportaż prasowy. Prezentujemy go w ramach podsumowania najlepszych artykułów Magazynu TVN24 2018 roku.
Tortury: zmuszanie do jedzenia pikantnych potraw i surowego mięsa, do zlizywania jogurtu z podłogi, do klęczenia z podniesionymi rękami i do biegania nocą po polu, trzymanie w wannie z zimną wodą, wożenie w bagażniku samochodu, przypalanie papierosami, bicie, kopanie, rzucanie o meble, gwałcenie.
Ofiary: 8-letni Miłosz i 6-letni Marcel, bracia.
Sprawcy: 26-letnia Katarzyna W., matka chłopców i jej 39-letni przyjaciel, Marek K.
Miejsce: hostel dla ofiar przemocy w Drawsku Pomorskim.
Czas: 16 stycznia - 19 marca 2016 roku.
Marcel prawie umarł. Był wprowadzany w śpiączkę, kilka razy operowany.
Pierwszy finał śledztwa w lutym 2017 roku: ugoda bez rozprawy, 4 lata więzienia dla Katarzyny W. i 7 lat dla Marka K. za znęcanie się nad dziećmi.
W sierpniu 2017 roku śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych zostało umorzone. Prokuratura uznała, że zostali oszukani przez matkę dzieci.
Hostel natychmiast został zamknięty. Wszyscy mieli zapomnieć.
Ale śledztwa ruszyły od nowa.
Tajne
Akta sądowe są tajne. Urzędnicy nie chcą rozmawiać. Chcą tu dalej żyć, zachować przyjaźnie, stanowiska. Dostaję tylko protokoły pokontrolne wojewody zachodniopomorskiego i starosty drawskiego, z których wynika, że w hostelu były "nieprawidłowości" oraz "osoby za to odpowiedzialne".
Jadę na miejsce przekonać się, czy dorośli mogli nie widzieć koszmaru dzieci.
Getto
Czaplinek nad jeziorem Drawsko, najgłębszym w Polsce zaraz po Hańczy. Katarzyna W. woła z balkonu swoje dzieci:
- Skurwysyny!

Gdzie nie spojrzeć, jeziora i wszystko, co złe, na tym pojezierzu się wydarzy.
To nie Warszawa. Siedem tysięcy mieszkańców. Jeśli W. biłaby dzieci, wiedzieliby i donieśli opiece społecznej. W opiece są o tym przekonani - że człowiek przyleci do nich z głupim romansem sąsiadów, choćby z zawiści, że tamci dostają zasiłek, a on nie. Ale jakoś nikt nie mówi o Katarzynie, że przyprawia rogi ojcu swoich dzieci z tym krościatym, co mieszka dwa bloki dalej.
Z Markiem K.
W opiece sami słyszą, jak W. zwraca się do synów, że "aż uszy więdną". Ale przecież to nie bicie. Choć do wzoru matki W. daleko, to jednak prowadza Miłosza do szkoły, Marcela do przedszkola. A nie jak inne matki, kawka, papierosek z koleżanką. Opieka widzi, jak W. się stara.
- Idziesz, kur… - popędza ich rano.
Jest wiosna 2015 roku. Marcel ma 5 lat, Miłosz 7. - Pocałuj mnie w ch... - odpowiada nauczycielom. Szkoła powiadamia sąd i rodzinie przydzielają kuratora społecznego.
- Co się będziesz uczył - powtarza synowi ojciec. Marcin, też W., ale to inne nazwisko niż Katarzyny. Kryminalista. - Popatrz, tata się nie uczył i jak na tym wyszedłem.
Od przyjścia na świat Miłosza rodzice nie muszą pracować. Żyją z opieki.
Wakacje nad głębokim Drawskiem. Miłosz i Marcel biegają po ulicach boso, w samych majtkach, od rana do wieczora.
- Bezpańskie dzieci - szemrają sąsiedzi. - Niedobre.
Rzucają w samochody kamieniami i strach zwrócić uwagę.
- Nie są aniołkami - przytakują w opiece. - Ale trudno się dziwić, jak są z takiego środowiska.
Połowa sierpnia. Katarzyna zgłasza w opiece, że Marcin znęca się nad nią. Nie nad dziećmi. Nie mówi, że Marcin poniża chłopców wulgarnym słownictwem i bije pasem po całym ciele. To normalne w takim środowisku. Zakładają rodzinie niebieską kartę i przydzielają drugiego kuratora, teraz już zawodowego.
Kończą się wakacje, a u W. po dawnemu. Wciąż pod jednym dachem. Policja interweniuje z powodu awantur Marcina, aż nadchodzi zima. Nikt go nie wyrzuca, chociaż jedyną najemczynią mieszkania w getcie jest Katarzyna.
Getto - tak miejscowi mówią na tę socjalną kamienicę. Jakby stworzona do zabawy w chowanego - wejścia na zamknięty dziedziniec z trzech ulic. Miłosz i Marcel mieszkają pod samym niebem. Piętro niżej babcia od strony ojca. Słyszy te awantury. - O tego krościatego się kłócą - mówi.
O Marka K.
- Synowa zdradza syna z tym krościatym już od trzech lat. Dlatego Marcin krzyczy. Ale nie bije. To Katarzyna bije dzieci - mówi babcia. Ale nie mówi nikomu z opieki.

Robi się coraz zimniej. Marcin wiesza na balkonie "Wesołych Świąt" ze światełek. Katarzyna składa wniosek o alimenty i eksmisję Marcina. Na początku stycznia 2016 roku ucieka z dziećmi do swoich rodziców, do wsi Siemczyno, siedem kilometrów od Czaplinka, pełnej palczastych zatok jeziora Drawsko. Może wiezie ich tam ten krościaty.
Ten Marek K.
Ojciec Katarzyny pamięta, że nowy zięć przywoził do nich córkę i wnuki już od lipca zeszłego roku. Teraz Marcin, były zięć, jedzie za nimi. Wielki jak pięciu K. Awantura, policja, obdukcja i następuje kompletny rozpad konkubinatu z getta. Ale to nie Marcin ma się wynosić. To Katarzyna z dziećmi musi uciekać. Dostaje z opieki skierowanie do hostelu dla ofiar przemocy w Drawsku Pomorskim.
Ruiny
Właściwie to w Gogółczynie. W wiosce przyłączonej do Drawska tylko administracyjnie i chodnikiem z betonowej kostki. Przy drodze na Kołobrzeg, 80 kilometrów od morza w jedną stronę, w drugą trzy kilometry do centrum miasta.
Wszystko tu przy tej drodze: kilka bloków, kilka domków, barak na sprzedaż po jedynym sklepie, przystanki z pozdzieranymi rozkładami i ta bursa z hostelem, seledynowo-różowa, naprzeciw ruin pegeeru. A głębiej tylko pola, łąki, wiatraki.

Na tym wygwizdowie wylądowali, ale nie w samotności.
Bursa ma trzy kondygnacje, a cały hostel to jedno mieszkanie na parterze, pokój z łazienką, 23 metry kwadratowe. Resztę parteru zajmuje Ośrodek Wspierania Dziecka i Rodziny z domem dziecka. Hostel jest częścią tego ośrodka. Od ósmej do piętnastej siedzą tu specjalistki od pomagania ofiarom przemocy: dwie dyrektorki, pracownica socjalna, psycholożka, pedagożka.
Specjalistki nie mają tej rodziny za ścianą. Nie przejdą do niej korytarzem. Do ośrodka i hostelu wchodzi się z przeciwległych stron budynku. Muszą przejść sto kroków podwórkiem. W ciągu 63 dni pobytu Katarzyny W. będą u niej siedem razy.

Dwa piętra bursy należą do internatu dla uczniów szkoły zawodowej, która stoi obok na tym samym ogrodzonym placu. A nad hostel wciśnięto jeszcze zwykłe mieszkania.
Tłum ludzi, tłum świadków.
16 stycznia 2016 roku Katarzynę W. i jej dzieci przywozi do hostelu Marek K. Ten krościaty. "Przyjaciel rodziny, który wspiera nas w trudnej sytuacji" - tak go przedstawia W. najpierw w opiece społecznej w Czaplinku, a potem w ośrodku w Drawsku.
Specjalistki widzą K. pierwszy raz. Tajemnicza postać. Niepozorny, bez przeszłości kryminalnej, nie korzysta z pomocy społecznej. Poza systemem.
Specjalistki widzą go pierwszy raz i ostatni.
A lokatorki mieszkań nad hostelem widzą K. codziennie. Mijają go w klatce schodowej, mówi im "Dzień dobry" jak sąsiad. Parkuje pod bursą, naprawia samochód, jakby tu mieszkał. Wyjeżdża rano, wraca po południu. Jak ojciec. A w nocy krzyczy. Spacerują wokół bursy jak rodzina: Katarzyna, dzieci i on. Robi im grilla na podwórzu.
Specjalistki z ośrodka nie mogą go widzieć - inaczej musiałyby reagować. Odwiedziny w hostelu dozwolone są tylko za ich zgodą. Nocowanie - wykluczone absolutnie.
Szafa
23 stycznia Miłosz i Marcel uciekają z hostelu. W stronę centrum Drawska, tym chodnikiem z kostki. Z prawej pole, z lewej pole, mroźnie, śnieżnie. Są już pod Biedronką. To znaczy, że pokonali trzy kilometry, połowę drogi do dworca kolejowego, kilometr do przystanku pekaesu.
Do Czaplinka uciekają? Do ojca? Zeznali, że przyciskał mamę do podłogi. Ale nie, że bił ich.
A może do babci, co mieszkała piętro niżej? Może do dziadków z Siemczyna?
- Zostali znalezieni i zawróceni do hostelu - pracownica socjalna z Drawska zawiadamia opiekę społeczną w Czaplinku.
Ale dokąd uciekali? Dlaczego? Nie ma rozmowy o tym.
Trzy dni później do hostelu przychodzi pedagożka. Z powodu tej ucieczki. Mówi Katarzynie, że ma pilnować dzieci, żeby się nie oddalały. Z chłopcami nie rozmawia. Daje im zabawki.
To pierwsza wizyta jakiejkolwiek specjalistki w hostelu, jedenaście dni od przyjęcia rodziny.
28 stycznia przychodzi psycholożka. I Miłosz nagle zaczyna płakać. Bawi się i w płacz. Następnie chowa się do szafy. Po chwili wychodzi już spokojny. Pokazuje psycholożce siniaka. - Spadłem z roweru - mówi.
A które dziecko nie miało w życiu siniaka?
Ale co z tą szafą? Po co do niej wchodził? Nie pyta o to.
Ostatecznie psycholożka uznaje, że ten siniak to może być ślad po uderzeniu ojca, z którym Miłosz widział się dwa tygodnie temu. I obiecuje na pożegnanie: - Będę was odwiedzać.
Następnego dnia nie przychodzi.
Za to Miłosza i Marcela spotyka kurator zawodowy. Ten jeden raz. Nie w hostelu. Tam nigdy nie przyjdzie. Spotykają się w sądzie w Drawsku na rozprawie o eksmisję Marcina W., ojca chłopców. Jest też ich matka i jest Marek K. Kurator widzi tego K. z tą rodziną. Obserwuje, jak dzieci lgną do K. Siniaka u Miłosza nie widzi.
W lutym zaczynają się ferie. Miłosz i Marcel znowu uciekają. Ale tym razem nie chodnikiem z kostki, gdzie człowiek jest jak na dłoni. Biegną w pole, za ruiny pegeeru i dalej wiśniówką - starą drogą na Drawsko, przy której kiedyś rosły drzewka wiśniowe, a teraz rosną wielkie drzewa, rozłożyste krzewy i trawa po pas. Bitą drogą w śniegu.
Znowu im się nie udaje.

Ratunku
- Marcelek opowiadał, że jak ktoś pukał do drzwi, to mama kazała jemu i Miłoszowi wchodzić do szafy. Wchodzili z tym Markiem i on trzymał im ręce na ustach – mówi babcia chłopców z Czaplinka od strony ich ojca, która po wszystkim będzie odwiedzać wnuków w ośrodku socjoterapeutycznym. – Marcelek mówił na tego Marka "ty kur.. krościata". Jak dostał raz od niego kijem od miotły, bo oni bili ich tam, czym popadło, to podłożył mu hak pod nogi i ten Marek się przewrócił. Wywiózł za to Marcelka do lasu, przywiązał do drzewa i zostawił na kilka godzin. Zapytałam Marcelka: a dlaczego nie wołałeś pomocy? Babciu - odpowiedział: ja tak krzyczałem ratunku, ale nikt nie słyszał.
Przepaść
Wszystko, co specjalistki z ośrodka zrobiły dla rodziny z hostelu, powinno być odnotowane w aktach Katarzyny W. Nie ma tam słowa o ucieczkach braci.
3 lutego specjalistki spotykają się z W., żeby dowiedzieć się, czego potrzebuje i zaproponować pomoc. Po trzech tygodniach od przyjęcia do hostelu.
A potem pojawia się przepaść.
Miłosz i Marcel znikają. Nie ma już ich na boiskach wokół bursy. Nie biegają z dziećmi z Gogółczyna. Tylko wyglądają przez okno. Tłum ludzi, uczniowie, nauczyciele, lokatorki mieszkań, specjalistki z ośrodka, a to okno od frontu, obok głównego wejścia do bursy, nad chodnikiem, tak nisko, że bez trudu można zajrzeć do środka. W oknie dwie twarze chłopców.

Następna data w aktach Katarzyny W. to 20 lutego. Drugie odwiedziny psycholożki.
Co się działo w hostelu przez te trzy tygodnie? Zaczęły się tortury? Przypalanie papierosami? Klęczenie z podniesionymi rękami, które opadały zemdlone i wtedy dostawało się przez głowę? Psycholożka nie dowiaduje się niczego. Nikt jej nie otwiera, chociaż słyszy zza drzwi odgłosy.
Mija dzień, drugi. Na trzeci w hostelu znowu rozlega się pukanie. Miłosz i Marcel siedzą z Markiem K. w szafie? Pukanie ustaje i milkną kroki w klatce schodowej. Psycholożka odchodzi po kolejnej nieudanej wizycie.
Jest 24 lutego. Hostel po raz pierwszy odwiedza pracownica socjalna, która tutaj jest jak lekarz rodzinny. Osoba pierwszego kontaktu, diagnozująca choroby, zalecająca terapie, kierująca do specjalistów.
Przychodzi po raz pierwszy po 40 dniach od przyjęcia rodziny do hostelu.
Do wyjaśnienia ma już:
- dwie ucieczki chłopców,
- nieotwieranie drzwi psycholożce,
- siniak zaobserwowany u Miłosza przez psycholożkę,
- drugi siniak, który zauważa teraz na policzku Miłosza,
- to, dlaczego Miłosz nie został jeszcze zapisany do szkoły.
Katarzyna zobowiązuje się zapisać syna następnego dnia. To znaczy, że półtora miesiąca nie był w szkole. Dlaczego? W aktach nie ma nic na ten temat.
Rozmawiają jeszcze o tych siniakach i załatwiają sprawę od ręki. - Syn się przewrócił - wyjaśnia Katarzyna. Miłosz potwierdza przy matce i koniec odwiedzin.
Kącik ust
- Widziałam Miłosza w mojej klasie. Przyszedł z mamą, rozmawiali z panią od polskiego – opowiada dziewczynka z Gogółczyna.
- Tu miał rozwalone – dziewczynka pokazuje lewy kącik ust.
- Więcej go nie widziałam w szkole.
Trzcina
- Nie wiesz, kur..., jak się pisze trzcina?
Lokatorka mieszkania nad hostelem słyszy krzyk mężczyzny.
- Wypier… do kąta i ręce do góry, ty nieuku pier...!
A potem plaśnięcie, jakby uderzenie w twarz i płacz dziecka.
Lokatorka dzwoni do pracownicy socjalnej z ośrodka.
- Ten pan, który tu mieszka, bije te dzieci.
- Jaki pan tam mieszka? - słyszy w słuchawce.
- Ja nie wiem, co to za pan. Mieszka tu z tą panią.
Jest 1 marca. Pracownica socjalna interweniuje w hostelu. – Proszę nie zakłócać spokoju – poucza Katarzynę – bo sąsiedzi się skarżą.
I straszy ją kuratorem. Ale żaden kurator się nie pojawi.
A "ten pan"? Pozostaje niewidoczny dla pracowników ośrodka. W aktach Katarzyny W. nadal ani śladu po Marku K., jakby lokatorki z mieszkań nad hostelem miały zwidy.

I w hostelu zapada cisza. Czasem jeszcze rozlega się płacz dziecka. Ale krótko. Zakwili i koniec. A w nocy słychać lejącą się wodę. - Pewnie kapią dzieci - myśli lokatorka z mieszkania nad hostelem.
Potem będzie się zastanawiać: Po co oni trzymali te dzieci w zimnej wodzie? Żeby ślady bicia zeszły? On to wymyślił? Kto odkręcał kran? Kto siedział przy wannie?
Bagażnik
- Dziadek, ja nie chcę tam wracać - mówi Marcel.
Siemczyno, początek marca. Marcel nie chce wracać do hostelu.
Dziadkowie mają tu z babcią dwa pokoiki w dawnej mleczarni. Ciasno. I tylko babcia pracuje.
- Musisz - mówi Marcelowi dziadek.
Wtedy chłopiec ucieka za sklepik obok mleczarni. - Hardy - myśli z dumą dziadek.
Ale Marek K. znajduje go, wrzuca do bagażnika i odjeżdżają.
- Ja ich nauczę pokory - powtarza dziadkowi nowy zięć. Wożenie w bagażniku to jedna z jego metod.

Pas
- Skaczą, zupełnie nadzy, fioletowi na twarzach - dziadek Miłosza i Marcela opowiada o wnukach na filmikach z komórek Katarzyny W. i Marka K. Obejrzał te filmiki, kiedy córka i jej przyjaciel zostali aresztowani. Nagrane w marcu 2016.
- Myślałem, że bawią się w Indian.
Ale przy filmiku z wcześniejszą datą zrozumiał, co się tam działo. K. nagrywał, a Katarzyna biła dzieci. Trzy tygodnie wcześniej - to znaczy, że przez trzy tygodnie chodzili z tymi siniakami.
- Jak ona mogła na to pozwalać? - pyta dziadek.
I wspomina: - Sam biłem Kasię, ale nie mocno. Dwa razy pasem na tyłek. Co miałem robić, jak uciekała z domu?

Biegunka
Ostatnia szansa. 15 marca. Za trzy dni Marcela zabierze karetka. Był już może przypalany papierosami, był rzucany o meble, gwałcony, ale może jeszcze nie ma połamanych żeber.
Do hostelu idzie pracownica socjalna, bo dowiedziała się, że Miłosz nadal nie chodzi do szkoły.
Rozchorował się i zasnął - tłumaczy matka. Twierdzi, że Miłosz miał biegunkę, a teraz obaj synowie śpią.
Ale od czterech tygodni śpią? Od 25 lutego, kiedy Katarzyna miała zapisać Miłosza do szkoły? Mógł mieć rozstrój żołądka od surowego mięsa, od pikantnych potraw, od jogurtu zlizywanego z podłogi. Ale nie ma rozmowy o przyczynach. Matka mówi, że podała synom tabletki kupione w aptece, a pracownica radzi, żeby w razie czego iść do lekarza.
To ostatnia notatka w aktach Katarzyny W.

18 marca około godziny 16 Katarzyna wzywa pogotowie, bo Marcel z trudem oddycha. Lekarz powie, że niejeden dorosły nie przeżyłby obrażeń, które miał chłopiec. Gdy ratownicy wynoszą Marcela w kocu, Marek K. łapie w locie Miłosza i do samochodu. Próbuje wyjechać, ale karetka przypadkiem blokuje mu drogę.
Następnego dnia policja zatrzymuje Katarzynę i jej przyjaciela. Jednak K. istnieje. Jednak tu był. Miłosz i najmłodszy Oskar trafiają do domu dziecka obok. Jeszcze kilka nocy będą musieli spędzić w tej seledynowo-różowej bursie naprzeciw ruin.
Stało się tak, jak powtarzała im matka: Jak nie będziecie słuchać, to oddam was obcym ludziom.
"Złoty pociąg"
Powiat drawski szuka skarbów na dnie jeziora Drawsko. Urzędnicy kopią w historii, wynaleźli okręt podwodny, który miał pójść na dno w czasie drugiej wojny światowej i dotąd tam leży.
Ten U-Boot to ma być ich "złoty pociąg", sposób na promocję, a na powierzchnię ciągle wypływa hostel. W 2017 roku po interwencji ministra Zbigniewa Ziobry szef prokuratury w Drawsku traci stanowisko za pobieżne śledztwo i propozycję ugody zamiast procesu dla Katarzyny W. i Marka K. Sprawę przejmuje Prokuratura Regionalna w Gdańsku. I znowu robi się głośno. Oboje podejrzani we wrześniu dostają zarzuty usiłowania zabójstwa Marcela i znęcania się ze szczególnym okrucieństwem nad Marcelem i Miłoszem, mężczyzna dodatkowo za gwałcenie obu chłopców.
Prokuratura przesłuchuje 50 nowych świadków, w tym lekarza, który opiekował się Marcelem w szpitalu w Koszalinie. Mieszkańcy Drawska, zamiast o wyłowieniu U-Boota, dowiadują się z telewizji, że w ich mieście, w placówce powiatowej, w hostelu dla ofiar przemocy rozgrywał się taki koszmar.
Lada moment w sądzie będzie akt oskarżenia. W. i K. mogą nigdy nie wyjść z więzienia. Sprawa długo nie przycichnie.
- Dlaczego nie pyta pani o nasz zatopiony U-Boot? - pytają mnie z żalem w starostwie.
Jest wrzesień 2017, urzędnicy jeszcze nie wiedzą, że Prokuratura Okręgowa w Koszalinie równocześnie wznowiła śledztwo w ich sprawie. Jeszcze raz sprawdza, czy przez zaniechanie nie dopuścili do koszmaru w hostelu.
Specjalistki z ośrodka w Drawsku i kuratorzy z drawskiego sądu nie mogą spać spokojnie.
Uśpienie
Lokatorki mieszkania nad hostelem: Gdyby oni mieszkali w zwykłym bloku, to może by do tego nie doszło. Sąsiedzi wezwaliby policję. A myśmy myślały, że ta pani i jej dzieci są pod najlepszą ochroną. Uśpili naszą czujność.
Stanisław Kuczyński, starosta drawski, w piśmie do mnie: Pani pytanie, kto z pracowników ośrodka jest winny, już zawiera tezę, że winny jest ktoś z administracji. Nie ma nic bardziej błędnego, ponieważ winnym przemocy jest zawsze jej sprawca, zaś administracja nikogo nie wyręczy w wychowaniu dzieci.
Z regulaminu hostelu w Drawsku: rodzice są całkowicie odpowiedzialni za zdrowie i zachowanie swoich dzieci.
Przemoc w hostelu dla ofiar przemocy »
Z maila Wioletty S., byłej pracownicy socjalnej w hostelu do mnie: Najdoskonalsze prawo nie jest w stanie przewidzieć zwyrodniałego postępowania.
Z ustawy o pomocy społecznej: w ramach interwencji kryzysowej udziela się natychmiastowej specjalistycznej pomocy psychologicznej.
Wioletta S. dla "Uwagi" TVN w lipcu 2016 roku: Nikt nie określił, jak często mam spotykać się z tą rodziną.
S. jest już wtedy dyrektorką Domu Pomocy Społecznej w Darskowie pod Drawskiem. Starosta mianował ją na to stanowisko dwa tygodnie po odkryciu koszmaru w hostelu za "dużą wiedzę merytoryczną" i "nieposzlakowaną opinię".
Krzysztof Sarzała, Centrum Interwencji Kryzysowej w Gdańsku przy Fundacji "Dajemy Dzieciom Siłę": - My spotykamy się z mieszkańcami hostelu codziennie. Inaczej nie da się zaobserwować szkód emocjonalnych, jakie poczyniła przemoc. Pracownicy hostelu powinni wiedzieć, że ofiara przemocy może stać się katem dla swoich dzieci. Psycholog pracuje osobno z dorosłymi, osobno z dziećmi, bo one inaczej przeżywają przemoc, silniej. Takie małe dzieci nie uciekają bez powodu. To akt rozpaczy. Nie zasnąłbym, gdybym zostawił takie dzieci same. Nie mógłbym tego zrobić, tak po ludzku.

Sławomir Przykucki, rzecznik Sądu Okręgowego w Koszalinie w imieniu kuratorów Katarzyny W.: Ten hostel to nie było więzienie. Pani Katarzyna nie miała wtedy odebranych praw rodzicielskich.
Renata Podkowiak, dyrektorka Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Czaplinku: Hostel to nie hotel, gdzie klient może wywiesić tabliczkę "proszę nie przeszkadzać".
Jedna z wielu nieprawidłowości wytkniętych przez wojewodę zachodniopomorskiego po kontroli w hostelu: brak jakiejkolwiek pracy z dziećmi.
Anna T., była wicedyrektorka Ośrodka Wspierania Dziecka i Rodziny w Drawsku dla dziennikarzy w kwietniu 2016 roku: Nie jesteśmy w stanie być z tymi osobami 24 godziny na dobę i przewidzieć tego, co się zadzieje za pięć minut.
Ewa Burdzińska, Prokuratura Regionalna w Gdańsku: W toku postępowania przeciwko Katarzynie W. i Markowi K. ustalono, że na utrwalonych wizerunkach dzieci widoczne są zasinienia na twarzy. To nie był incydent, to nie stało się w ostatni dzień. Zarzuty znęcania się i usiłowania zabójstwa dzieci obejmują okres od 16 stycznia do 19 marca 2016 roku. Wszystkie okoliczności wskazują, że Marek K. tam przebywał i nocował.
Joanna Szewczyk, dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 1 w Drawsku: Poruszyłam niebo i ziemię, żeby pomóc tym chłopcom. Ale było już za późno. Zrobiliśmy więcej, niż musieliśmy. Poinformowaliśmy wszystkie konieczne instytucje. Jakie? Nie będę kalać własnego gniazda. Ja tu mieszkam, ja tu pracuję, ja tutaj muszę żyć.
Elżbieta Koba, sekretarz Urzędu Gminy w Drawsku: Urząd gminy nie został o niczym poinformowany.
Podkowiak: Z tego, co wiem, pani Katarzyna próbowała zapisać dzieci i w końcu jej się to udało, ale był opór ze strony gminy z powodów finansowych. Miłosz przez swoje zachowanie w szkole w Czaplinku miał mieć nauczanie indywidualne, trzeba było znaleźć etat dla nauczyciela w połowie roku szkolnego i burmistrz Drawska obawiał się, że nie dostanie subwencji oświatowych.
Przykucki ma takie same informacje od kuratorów Katarzyny W.
Maciej Zieliński, rzecznik policji w Drawsku: Nie mieliśmy żadnych zgłoszeń ani interwencji w hostelu, gdy mieszkała tam Katarzyna W.
Lokatorka mieszkania nad hostelem: Osobiście otwierałam policjantom drzwi do klatki schodowej.
Zieliński: Mogli dostarczać wezwanie do sądu (pod koniec stycznia i w połowie marca 2016 Katarzyna W. miała rozprawy przeciwko Marcinowi W., ojcu swoich dzieci).
Przykucki: Nie było potrzeby, żeby kurator tam przyjeżdżał. Zwłaszcza że nie otrzymywał żadnych sygnałów, by działo się coś niepokojącego. Pracownica socjalna przekazała raz informację o siniaku na twarzy jednego z chłopców, ale dodała, że matka wyjaśniła, że chłopiec się przewrócił, że zapytała o to chłopca i on potwierdził to w obecności matki. Powiedziała, że nie ma podstaw, by nie wierzyć matce i że nie ma podstawy do obaw. Kurator został ustanowiony w związku z przemocą domową Marcina W., ojca dzieci. Jego rola się skończyła, skoro matka z dziećmi schroniła się przed oprawcą w bezpieczne miejsce.
*****
14 grudnia 2018 roku Katarzyna W. i Marek K zostali skazani w Sądzie Okręgowym w Koszalinie. Ona dostała 15 lat więzienia, on 25 lat. Jego warunkowe zwolnienie będzie możliwe dopiero po 20 latach. Oboje nie mogą kontaktować się z chłopcami przez 15 lat i muszą zapłacić im zadośćuczynienie. W. - 100 tysięcy złotych młodszemu synowi i 50 tysięcy starszemu. K. odpowiednio 150 i 100 tysięcy złotych. Sąd uznał, że oboje, działając w porozumieniu, usiłowali zabić jednego z chłopców. Marek K. wielokrotnie z dużą siłą uderzał go po całym ciele, rzucał nim o meble i o ścianę, w wyniku czego chłopiec doznał m.in. urazów głowy, złamania żeber, stłuczenia płuc, złamania kości krzyżowej, obustronnego złamania kości łonowej, obu kości kulszowych i stłuczenia serca. Mężczyzna dokonał też gwałtów na obu chłopcach.
Proces był niejawny, na ogłoszeniu wyroku nie było oskarżonych. Prokuratura Krajowa od razu zapowiedziała apelację, bo w jej ocenie wyrok jest zbyt łagodny. Prokurator generalny Zbigniew Ziobro chce dla Marka K. dożywocia.
Kilka dni później do sądu w Drawsku Pomorskim trafił akt oskarżenia przeciwko osobom, które miały opiekować się kobietą i dziećmi w tamtejszym Ośrodku Wspierania Dziecka i Rodziny. Prokuratura Okręgowa w Koszalinie zarzuca Annie T. (byłej zastępczyni dyrektora ośrodka), Wioletcie S. (byłej pracownicy socjalnej w ośrodku), Aleksandrze B. (kuratorce zawodowej) oraz Barbarze K. (kuratorce społecznej) niedopełnienie obowiązków, działanie w ten sposób na szkodę dzieci, ale także na szkodę interesu publicznego, który wyrażał się w prawidłowym działaniu instytucji powołanych do opieki nad młodzieżą w szczególności znajdującej się w tak trudniej sytuacji życiowej.