- O potrzebie zmiany nazwy zespołu policystycznych jajników na taką, która lepiej oddawałaby istotę problemu, dyskutowano i pisano od dłuższego czasu.
- We wtorek podczas Europejskiego Kongresu Endokrynologii poinformowano, że nową nazwą będzie PMOS, czyli wielogruczołowy zespół metaboliczno-jajnikowy. To ważna zmiana, ponieważ w tej chorobie problem nie leży tylko w jajnikach.
- Dr n. med. Katarzyna Skórzewska, endokrynolożka i ginekolożka, w rozmowie z tvn24.pl wyjaśnia, jak powinno się diagnozować i leczyć chorobę dotąd znaną jako zespół policystycznych jajników.
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w serwisie tvn24.pl.
We wtorek naukowcy podali nową nazwę PCOS, czyli zespołu policystycznych jajników. Na łamach prestiżowego czasopisma "The Lancet" opublikowano globalny konsensus środowiska naukowego w tej sprawie. Temat poruszany jest także podczas Europejskiego Kongresu Endokrynologicznego, który obecnie odbywa się w Pradze.
PCOS to skrót od dotychczasowej anglojęzycznej nazwy choroby - polycystic ovary syndrome. Nie ustalono jeszcze dokładnie, co powoduje tę chorobę, ale wiadomo, że znaczenie mają czynniki genetyczne, epigenetyczne, rozwojowe i środowiskowe. Nowa nazwa to w skrócie PMOS, a w pełnym brzmieniu - polyendocrine metabolic ovarian syndrome, co po polsku można przetłumaczyć jako wielogruczołowy zespół metaboliczno-jajnikowy.
Dyskusje o potrzebie zmiany nazwy PCOS toczyły się od dłuższego czasu. Jako pierwsi tę chorobę opisali w 1935 roku Irving Stein i Michael Leventhal. Z biegiem lat kolejne badania pokazały jednak, że PCOS to nie tylko choroba jajników, a szersze zaburzenie metaboliczne. Zaczęto również mówić o "męskim PCOS", czyli problemach z nadmiarem androgenów u mężczyzn.
Dr n. med. Katarzyna Skórzewska, specjalistka położnictwa i ginekologii oraz specjalistka endokrynologii, uważa, że zmiana nazwy PCOS to dobry ruch, ponieważ obecna jest myląca.
- "Zespół policystycznych jajników" sugeruje, że mamy do czynienia z jajnikami, w których są liczne torbiele, a to nie są torbiele, tylko pęcherzyki pierwotne, których rozwój został zatrzymany. Poza tym, w tej chorobie problemem nie są same jajniki - mówi dr Skórzewska, dodając, że obecnie opierając się wyłącznie na obrazie z USG ginekologicznego, mamy problem z nadrozpoznawaniem PCOS, co nie jest w zgodzie z obecną wiedzą medyczną. W rzeczywistości ta choroba dotyka od ośmiu do 15 procent kobiet.
Liczne pęcherzyki w USG to nie wszystko
Najnowsze rekomendacje dotyczące diagnostyki i leczenia PCOS ogłoszono w 2023 roku. Zgodnie z nimi należy podejrzewać tę chorobę u kobiet, u których występują między innymi objawy androgenizacji, czyli nadmiaru androgenów, w tym testosteronu. Jak wylicza dr Skórzewska, hiperandrogenizm powoduje przede wszystkim hirsutyzm, czyli owłosienie typu męskiego - na twarzy, klatce piersiowej i plecach, łysienie, trądzik oraz zaburzenia cyklu menstruacyjnego. - U pacjentek z PCOS często obserwujemy cykle bezowulacyjne, nieregularne miesiączki albo zupełny brak miesiączki - mówi dr Skórzewska, zaznaczając jednocześnie, że kobieta z PCOS, mając hiperandrogenizm i obraz "policystycznych" jajników w USG może też miesiączkować regularnie. Nie jest również prawdą, że PCOS u każdej pacjentki wiąże się z niepłodnością.
Żeby badania były miarodajne, stężenie androgenów należy oznaczyć we wczesnej fazie folikularnej, czyli w pierwszych kilku dniach cyklu. USG ginekologiczne powinno się natomiast zrobić zaraz po miesiączce. Od 2023 roku dorosłym pacjentkom z PCOS rekomenduje się oznaczanie stężenia AMH, czyli hormonu antymullerowskiego, co jest bardziej obiektywne niż ocena jajników w badaniu ultrasonograficznym.
Dr Skórzewska podkreśla również, że PCOS jest diagnozą z wykluczenia. - Podobne objawy występują też przy innych zaburzeniach endokrynologicznych, na przykład przy hiperprolaktynemii i wrodzonym przeroście nadnerczy. Zanim rozpoznamy PCOS, musimy zrobić badania, przede wszystkim hormonalne, i sprawdzić, czy kobieta nie ma innego problemu - wyjaśnia lekarka.
Poprawić insulinowrażliwość
Nie jest też prawdą, że wszystkie pacjentki z PCOS chorują na otyłość. Faktycznie, większość z nich ma nadmierną masę ciała. Część jednak ma prawidłowe albo nawet niskie BMI (body mass index, wskaźnik masy ciała). Wiele pacjentek z tą chorobą ma problemy z akceptacją własnego ciała i zmaga się z pogorszeniem nastroju.
- I w otyłości, i w PCOS występuje insulinooporność. U kobiet z PCOS ma ona jednak trochę inne podłoże, ponieważ jajniki też produkują insulinę. Podstawą leczenia jest redukcja masy ciała poprzez zdrowa dietę i włączenie aktywności fizycznej, a co za tym idzie poprawa insulinowrażliwości. Pomaga nam w tym też terapia metforminą - wyjaśnia dr Skórzewska. U pacjentek z PCOS, które chorują na otyłość, dobrze sprawdzają się również analogi GLP-1 i GLP-1/GIP.
Kiedy poprawia się wrażliwość tkanek na insulinę, często wraca owulacja i zwiększają się szanse na zajście w ciążę. - Jeśli kobieta stara się o ciążę, włączamy jej leki stymulujące owulację, najczęściej antyestrogeny - dodaje endokrynolożka.
Jeżeli pacjentka w danym momencie nie planuje zachodzić w ciążę, pierwszą linią leczenia PCOS jest antykoncepcja hormonalna. - Na temat tabletek antykoncepcyjnych krąży dziś wiele mitów. Niektórzy twierdzą, że wywołują one PCOS, co jest bzdurą. Inne kobiety po prostu się ich boją. Antykoncepcja hormonalna obniża stężenie estrogenów, dzięki czemu poprawia się hirsutyzm, trądzik i łysienie - mówi dr Katarzyna Skórzewska.