Diagnoza choroby rzadkiej to dla większości rodzin moment, w którym czas nagle przyspiesza, a dotychczasowy świat ulega całkowitej dekonstrukcji. W przypadku syndromu PUS3 sytuacja jest o tyle specyficzna, że nauka przez lata nie miała rodzicom nic do zaoferowania. Dla dzieci takich jak Jerzy, Mateusz czy Filip czas nie jest abstrakcją - ma bardzo konkretny wymiar. Każdy miesiąc to kolejne utracone funkcje, kolejne połączenia neuronalne, które nie zdążyły się wytworzyć. Okno neuroplastyczności, o którym mówią lekarze, nie zamyka się nagle - ono po prostu z każdym dniem robi się coraz węższe.
Rodzice starszych dzieci mają tego bolesną świadomość. Wiedzą, że ich synowie mogą nie zdążyć w pełni skorzystać z przełomu, o który dziś walczą. A mimo to działają. - Robimy to też dla innych dzieci - mówią w reportażu Katarzyny Czupryńskiej-Chabros w programie "Polska i Świat" TVN24.
Zobacz też materiał autorstwa Adrianny Otręby z poniedziałkowego wydania "Faktów" TVN.
Jak można pomóc?
Każdy, kto chce wesprzeć walkę polskiej nauki i rodziców, może wziąć udział w zbiórce funduszy prowadzonej online przez PUS3 Foundation. Zebrane środki zostaną przekazane bezpośrednio na sfinansowanie kluczowych etapów badawczych, które są jedyną szansą na stworzenie leku.
Wsparcie zbiórki to nie tylko pomoc dla małego Jerzego, ale inwestycja w ratunek dla wszystkich dzieci zmagających się z tą podstępną i ultrarzadką chorobą. Szczegóły dotyczące zbiórki znajdują się TUTAJ.
"Tylko" jeden błąd
Choroba wywoływana mutacją w genie PUS3 jest schorzeniem ultrarzadkim. Obecnie na całym świecie zidentyfikowano jedynie 12 pacjentów, z czego aż sześcioro mieszka w Polsce. Kolejne trzy osoby mają udokumentowanych polskich przodków, co prowadzi badaczy do fascynujących wniosków ewolucyjnych. Jak wyjaśniają naukowcy, mamy tu do czynienia z tzw. efektem założyciela (ang. founder effect). Mutacja o symbolu c212A>G (p.Y71C) prawdopodobnie pojawiła się wieki temu u wspólnego przodka zamieszkującego tereny dzisiejszego Śląska i stamtąd rozprzestrzeniła się dalej.
Mechanizm schorzenia jest precyzyjny i bezwzględny. W sekwencji genu PUS3 dochodzi do zamiany jednej "literki" kodu genetycznego - w pozycji 212 adenina (A) zostaje zastąpiona przez guaninę (G). Ta mikroskopijna zmiana wystarcza, by enzym syntazy pseudourydyny 3, za którego produkcję odpowiada ten gen, zyskał wadliwą, niestabilną termicznie strukturę. W temperaturze ludzkiego ciała enzym ten ulega błyskawicznej degradacji, co prowadzi do drastycznego spadku wydajności biosyntezy białek we wszystkich komórkach organizmu. Skutkiem jest postępująca neurodegeneracja, którą ojciec dwuletniego Jerzego, Jan Kieszczyński, opisuje jako sytuację, w której jego syn po prostu "powoli znika".
Objawy, które łatwo pomylić
Wczesna diagnoza PUS3 jest niezwykle trudna, ponieważ początkowe objawy są niespecyficzne. Dwuletni Jerzy, jeden z pacjentów, otrzymał po urodzeniu 10 punktów w skali Apgar, jednak szybko okazało się, że jego rozwój odbiega od normy. Pierwszymi sygnałami, o których rodzice dzieci opowiadali reporterce TVN24, było znacznie obniżone napięcie mięśniowe oraz opóźnienie rozwoju psychoruchowego. Dzieci te często nie osiągają kamieni milowych rozwoju, takich jak siadanie czy raczkowanie, bez intensywnej fizjoterapii.
Pełne spektrum objawów syndromu PUS3 obejmuje ciężką niepełnosprawność intelektualną, afazję (brak mowy), małogłowie, niedobór wzrostu oraz wady organów wewnętrznych. Charakterystyczne dla tej choroby są również zmiany skórne, zwane rozległymi plamami mongolskimi - są to sinawoniebieskie przebarwienia, które mogą ułatwić postawienie właściwego rozpoznania. U wielu pacjentów rozwija się także lekooporna padaczka. Eksperci podejrzewają, że w Polsce może żyć znacznie więcej osób z tą mutacją, którym błędnie zdiagnozowano mózgowe porażenie dziecięce lub niedotlenienie okołoporodowe. Szacuje się, że dziecko z syndromem PUS3 rodzi się w naszym kraju średnio raz na rok-dwa lata.
Polska koalicja nauki i nadziei
Gdy duże koncerny farmaceutyczne uznały tę chorobę za "nieopłacalną", inicjatywę przejęli polscy naukowcy. Kluczową postacią jest prof. Robert Śmigiel, specjalista chorób rzadkich z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, który jako jeden z nielicznych na świecie szczegółowo opisał przebieg tej choroby. Jak powiedział reporterce TVN24: - Udało nam się sformować interdyscyplinarną grupę specjalistów, naukowców oraz rodziców zaangażowanych w opiekę nad pacjentami. Dzięki temu poznaliśmy historię naturalną choroby i mogliśmy szybko przejść od obserwacji do projektowania leku.
Drugim filarem projektu jest prof. Leszek Lisowski, urodzony w Polsce pionier terapii genowych, który obecnie kieruje jednostką badawczą w Sydney w Australii. To w jego laboratorium powstaje "genetyczna taksówka" - bezpieczny wektor wirusowy AAV9, który ma za zadanie dostarczyć prawidłową kopię genu bezpośrednio do komórek pacjenta. Jak wyjaśnił profesor reporterce TVN24, terapia ta polega na dostarczeniu dodatkowej, działającej kopii genu do zaafektowanej komórki. Dzięki temu organizm otrzymuje poprawną "instrukcję obsługi" i zaczyna samodzielnie produkować niezbędny enzym.
Najbardziej obiecującą informacją dla rodziców jest fakt, że dotychczasowe badania in vitro na komórkach pacjentów potwierdziły skuteczność tej metody - po podaniu zdrowego genu metabolizm komórkowy wraca do normy. Prof. Lisowski wyraża nadzieję, że dzięki tej terapii dzieci będą miały szansę nauczyć się pisać i mówić, ponieważ ich neurony nie są martwe, lecz jedynie "uśpione".
"Za rzadkie", więc nieopłacalne?
Choć nauka zna rozwiązanie, na drodze do jego realizacji stoją pieniądze. Ze względu na ekstremalnie małą liczbę pacjentów, opracowanie leku jest uznawane przez rynek farmaceutyczny za "nieopłacalny przypadek". Jan Kieszczyński, tato Jerzego i założyciel PUS3 Foundation, wprost przyznał, że rodzice usłyszeli, iż ich dzieci są statystyką, której biznesowo nie warto ratować. W systemach ochrony zdrowia brakuje również mechanizmów finansowania badań nad tak rzadkimi "lekami sierocymi".
Całkowity koszt projektu, od fazy laboratoryjnej do podania leku pacjentom, szacowany jest na 5 milionów euro. Rodzice wzięli ciężar finansowania na siebie, zakładając fundację i uruchamiając zbiórki publiczne. Jak zaznaczyli w materiale TVN24, z oszczędności sfinansowali już początkowe badania, ale dalsze etapy wymagają kwot niemożliwych do udźwignięcia przez pojedyncze rodziny. Obecnie trwa dramatyczny wyścig z czasem. Do końca kwietnia 2026 roku fundacja musi zebrać ponad pół miliona złotych, a do końca sierpnia tego samego roku - łącznie blisko 2 miliony złotych, aby opłacić kluczowe prace badawcze planowane na ten rok.
Prof. Leszek Lisowski podkreśla, że terapie genowe to najdroższe leki na świecie, których komercyjne ceny przekraczają 3 miliony dolarów za dawkę. Jego celem jest jednak stworzenie leku w formule non-profit, który mógłby być podawany dzieciom za darmo. Jedynym warunkiem jest zgromadzenie funduszy na proces badawczy, który obejmuje projektowanie wektora, testy na modelach przedklinicznych oraz badania bezpieczeństwa.
Wyścig o przyszłość
Dla dzieci takich jak Jerzy, Mateusz czy Filip, każdy miesiąc zwłoki oznacza bezpowrotną utratę szansy na pełniejszy rozwój. Chociaż mózg dziecka ma niesamowitą zdolność do regeneracji, okno neuroplastyczności zamyka się z każdym dniem. Rodzice starszych chorych, jak mama 14-letniego Filipa, mają świadomość, że ich dzieci mogą nie zdążyć w pełni skorzystać z przełomu, ale mimo to angażują się w walkę, wierząc, że robią "coś wielkiego dla innych".
Projekt stworzenia leku ma trwać od 3 do 5 lat. Jeśli uda się utrzymać tempo finansowania, gotowy preparat może pojawić się już za dwa lata. Jak powiedział reporterce TVN24 prof. Lisowski, rozwój projektu nie może się zatrzymać, bo każda przerwa w finansowaniu to czas, którego dzieci z PUS3 po prostu nie mają. Polska nauka i społeczna solidarność stoją przed szansą udowodnienia, że życie kilkanaściorga dzieci jest warte każdego wysiłku, a nasz kraj może stać się kolebką medycznego przełomu na skalę światową.
Opracowała Agata Daniluk/ap,ads