- Kolejne oddziały położnicze są zamykane lub przekształcane. Lekarze ostrzegają, że dojazd do miejsca porodu dłuższy niż 20-30 minut znacząco zwiększa ryzyko dla matki i dziecka. Od lutego zmiany w Wielkopolsce. Gdzie?
- Nawet prawidłowa ciąża może w ciągu minut zamienić się w stan patologiczny, czyli bezpośredniego zagrożenia życia - z masywnym krwotokiem, oddzieleniem łożyska czy dystocją barkową.
- NFZ płaci średnio ok. 4,8 tys. zł za poród, podczas gdy jego realny koszt przekracza 15 tys. zł. Małe oddziały generują wielomilionowe straty i nie są w stanie utrzymać pełnych, doświadczonych zespołów.
- Ministerstwo Zdrowia zapowiada tworzenie pokoi narodzin przy izbach przyjęć i SOR-ach w szpitalach bez porodówek. Jak będą funkcjonowały i kto z nich skorzysta?
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w serwisie tvn24.pl.
Mapa porodówek w Polsce wyraźnie się kurczy. 16 stycznia pisaliśmy, że powiatowy szpital w Wadowicach od 1 lutego zawiesi działalność oddziału ginekologiczno-położniczego. Dziś już wiemy, że kolejne dwie porodówki, tym razem w Wielkopolsce, od 1 lutego zostaną przekształcane w ginekologię.
Oficjalny powód zawsze ten sam: za mało porodów, za wysokie koszty, zbyt duże straty. Równolegle narasta lęk kobiet w ciąży - czy w nagłej sytuacji zdążą do szpitala, który rzeczywiście będzie w stanie im pomóc. Lekarze podkreślają, że położnictwo to jedna z tych dziedzin medycyny, w których systemowe decyzje bardzo szybko przekładają się na bezpieczeństwo.
Co naprawdę oznacza brak dostępnej porodówki?
Sytuacja graniczna - choć całkiem prawdopodobna: telefon na numer 112, dzwoni kobieta w ciąży. Mówi, że ma skurcze, odeszły jej wody, pojawiło się krwawienie, a do najbliższej porodówki jest… sto kilometrów.
- Powiem bardzo uczciwie: w takiej sytuacji życzyłbym ratownikom medycznym przede wszystkim ogromnego szczęścia - mówi w rozmowie z PAP prof. Przemysław Kosiński, kierownik Oddziału Klinicznego Położnictwa, Perinatologii, Ginekologii i Rozrodczości UCK WUM . I dodaje:
- Sto kilometrów to zdecydowanie za daleko, by mówić o realnym zabezpieczeniu pacjentki w ciąży, zwłaszcza jeśli występuje krwawienie. Krwawienie w ciąży nigdy nie jest objawem błahym. To zawsze sygnał alarmowy. Może oznaczać na przykład przedwczesne oddzielenie się łożyska, a to jest stan bezpośredniego zagrożenia życia matki i dziecka - tłumaczy lekarz.
W jego ocenie taka pacjentka powinna jak najszybciej znaleźć się na oddziale położniczym z pełnym zapleczem diagnostycznym i operacyjnym. Tymczasem w wielu regionach Polski realny czas dojazdu do porodówki systematycznie się wydłuża.
- Bezpieczny system opieki położniczej powinien być planowany centralnie, a nie w sposób chaotyczny, w zależności od decyzji pojedynczych samorządów - zaznacza prof. Kosiński. I wskazuje, że choć podejmowane są próby regulacji, m.in. przez Ministerstwo Zdrowia, wciąż brakuje spójnej strategii.
- Należy określić maksymalny czas dojazdu do oddziału położniczego i wyznaczyć granicę - na przykład 20-30 minut transportu - i w jej ramach porządkować sieć szpitali - proponuje ginekolog.
Według lekarza powyżej tego czasu ryzyko dla matki i dziecka gwałtownie rośnie. - Oczywiście im szybciej, tym lepiej - precyzuje.
"Tu nie ma miejsca na improwizację"
Argument, który najczęściej pojawia się przy zamykaniu porodówek, brzmi: za mało porodów, by utrzymać oddział. Prof. Kosiński przyznaje, że to realny problem. - Mamy w Polsce ośrodki, w których odbywa się jeden poród tygodniowo albo nie odbywa się żaden. W takich warunkach nie da się utrzymać odpowiedniego doświadczenia zespołu. Położne i lekarze, którzy nie praktykują regularnie, tracą sprawność. Położnictwo to dziedzina bardzo praktyczna. Nie wystarczy tylko wiedza teoretyczna - podkreśla.
Zwraca uwagę, że niewyszkolony albo rzadko praktykujący personel może być realnym zagrożeniem dla kobiety i dziecka. Jak mówi, takich sytuacji nie da się "doczytać" w trakcie porodu - reakcje muszą być automatyczne.
Lekarz zaznacza, że nawet prawidłowo prowadzona ciąża może w ułamku sekundy zamienić się w sytuację bezpośredniego zagrożenia życia. - Może dojść do masywnego krwotoku, oddzielenia się łożyska, rzucawki, nagłego pogorszenia stanu płodu - wymienia. Dodaje, że ciąża i poród to procesy, w których fizjologia bardzo szybko może przejść w patologię.
Jednym z najbardziej dramatycznych powikłań jest dystocja barkowa. - To sytuacja, w której po urodzeniu się główki dziecka jego barki klinują się w miednicy matki. Dziecko nie może się urodzić, a każda minuta zwłoki zwiększa ryzyko ciężkiego niedotlenienia, trwałego uszkodzenia mózgu albo śmierci noworodka. Jedynym ratunkiem są natychmiastowe, precyzyjne manewry położnicze, które cały zespół musi znać i mieć wielokrotnie przećwiczone - tłumaczy lekarz.
W dużych ośrodkach takie scenariusze są regularnie ćwiczone w centrach symulacji medycznej. - W szpitalu, gdzie jest sto porodów rocznie, dystocja barkowa może wystąpić raz na kilka lat. To oznacza brak doświadczenia i brak automatyzmu działania, a w położnictwie liczą się sekundy - podkreśla.
W tym kontekście prof. Kosiński ostrożnie odnosi się do argumentu, że wystarczy transport śmigłowcem. - Transport lotniczy jest świetnym rozwiązaniem interwencyjnym, ale nie może być podstawą systemu. To narzędzie ratunkowe, a nie substytut dostępnej, dobrze wyszkolonej sieci porodówek - mówi. Jak zaznacza, śmigłowiec może ratować w sytuacjach wyjątkowych, ale nie zastąpi stałej dostępności oddziałów.
Lekarz przypomina też, że co najmniej 20 procent kobiet w ciąży wymaga specjalistycznej opieki. - Nadciśnienie, stan przedrzucawkowy, cukrzyca ciążowa, cholestaza - to są powikłania częste i potencjalnie groźne. Te pacjentki wymagają doświadczonego zespołu i odpowiedniego zaplecza. Podkreśla, że właśnie te przypadki pokazują, jak bardzo położnictwo wymaga zaplanowanego, a nie improwizowanego systemu.
I znów o dwie porodówki mniej
Proces zamykania i zawieszania oddziałów położniczych wyraźnie widać w całej Polsce. Piszemy o tym w tvn24.pl na bieżąco. Od 1 lutego znikną kolejne takie miejsca w województwie wielkopolskim.
Jak przekazała PAP rzeczniczka Wielkopolskiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ w Poznaniu Marta Żbikowska-Cieśla, obecnie w regionie funkcjonuje 26 "czynnych" oddziałów położniczych, z czego cztery znajdują się w Poznaniu.
Jednocześnie są szpitale, które formalnie mają oddziały ginekologiczno-położnicze, ale nie sprawozdają żadnych porodów i planują przekształcenie ich w oddziały ginekologiczne. - Taka sytuacja jest w Złotowie i Turku - tam od 1 lutego tego roku szpitale rezygnują z zakresu położniczego i zostają jedynie przy ginekologii - przekazała rzeczniczka NFZ.
W Turku oddział noworodkowy był zawieszony już od lipca. Dyrektor szpitala Jacek Sawicki mówił PAP, że od kwietnia do czerwca ubiegłego roku miesięcznie rodziło się tam nie więcej niż siedmioro dzieci. - Funkcjonowanie oddziału mijało się z celem - ocenił. Rodzące mają trafiać do szpitali w Kole, Koninie i Kaliszu.
Sawicki podkreślał, że oddział generował około 1,5 mln zł straty rocznie, a zadłużenie placówki przekracza 40 mln zł. Rok 2024 szpital zakończył stratą około 2,5 mln zł. Jak zaznaczał, stabilizacja finansowa ma umożliwić udział w programie oddłużeniowym Ministerstwa Zdrowia. - W pierwszej kolejności oddłużane będą szpitale, które mają stabilną sytuację finansową.
Z danych WOW NFZ wynika, że tylko w 2025 roku na zamknięcie oddziałów ginekologiczno-położniczych zdecydowały się m.in. szpitale w Nowym Tomyślu, Chodzieży i Gostyniu, a wcześniej w Rawiczu i Wągrowcu. Czasowo zawieszone porodówki są w Grodzisku Wielkopolskim (do 31 maja) i w Ostrzeszowie (do 30 czerwca).
Podczas konferencji prasowej 14 stycznia do zamykania małych oddziałów odniósł się prof. Mirosław Wielgoś, konsultant krajowy ds. perinatologii. Jak podkreślał, bezpieczeństwo okołoporodowe wymaga odpowiedniej skali i doświadczenia zespołów.
- Powinniśmy wszyscy mieć świadomość tego, że nie można zapewnić odpowiedniego bezpieczeństwa w okresie okołoporodowym w miejscach, gdzie poród jest incydentalnym wydarzeniem. Są miejsca, gdzie odbywa się mniej niż trzysta porodów rocznie, czyli rzadziej niż raz dziennie. Nie da się tam utrzymać odpowiedniego poziomu opieki, bezpieczeństwa, abstrahując już od tego, że to w żaden sposób nie może być opłacalne finansowo - mówił prof. Wielgoś.
Jak zaznaczał, nie istnieje system, w którym oddział położniczy funkcjonuje w każdej miejscowości. - Nie ma takiej sytuacji, że w każdej miejscowości jest szpital, że w każdej miejscowości jest oddział położniczy. Zawsze gdzieś trzeba dojechać. Tych działań, o których mówimy, dokonujemy zgodnie z określoną mapą potrzeb zdrowotnych - podkreślał konsultant krajowy.
W 2025 roku w Wielkopolsce urodziło się 23 082 dzieci. Prawie 20 procent wszystkich porodów w regionie odbyło się w Ginekologiczno-Położniczym Szpitalu Klinicznym UM w Poznaniu. To pokazuje, jak bardzo porody koncentrują się w największych ośrodkach.
Za poród kilka tysięcy, za oddział milionowe straty
Dane przytaczane w artykule "Porodówki - to się nie opłaca", opublikowanym na portalu Menedżer Zdrowia, pokazują, że NFZ płacił w 2024 roku średnio około 4,8 tys. zł za poród, podczas gdy jego koszt przekraczał 15 tys. zł.
Zdaniem prof. Kosińskiego ekonomia odgrywa tu kluczową rolę. - Procedury położnicze są dramatycznie niedoszacowane. Szpitale dokładają do każdego porodu. Jak podkreśla, położnictwo to nie tylko sam moment narodzin, ale całodobowa gotowość zespołu ginekologów, położnych, neonatologów i anestezjologów, bardzo drogi sprzęt, wyposażenie sal porodowych, leki, diagnostyka i szkolenia personelu.
Szczególnie dotkliwy jest problem anestezjologów. - W wielu szpitalach powiatowych na dyżurze jest jeden anestezjolog dla całego szpitala. Jeśli w tym samym czasie musi znieczulać pacjenta chirurgicznego albo ofiarę wypadku, kobieta rodząca nie ma możliwości otrzymania znieczulenia zewnątrzoponowego. Prof. Kosiński podkreśla, że znieczulenie nie jest luksusem, ale elementem bezpieczeństwa. Jak zaznacza, kobieta rodząca w skrajnym bólu szybciej się wyczerpuje i gorzej współpracuje, co także zwiększa ryzyko powikłań.
Lekarz zwraca też uwagę na systemową niesprawiedliwość wyceny. - Poród fizjologiczny u zdrowej kobiety jest wyceniany tak samo jak poród u pacjentki z ciężkimi powikłaniami, niezależnie od tego, czy odbywa się w małym szpitalu powiatowym, czy w ośrodku trzeciego stopnia referencyjności. Tymczasem koszty są nieporównywalne. Jak dodaje, to systemowo niesprawiedliwe rozwiązanie prowadzi do narastania zadłużenia oddziałów.
W jego ocenie państwo wprowadziło w ostatnich latach wiele korzystnych rozwiązań dla kobiet w ciąży, jak dostęp do diagnostyki prenatalnej czy bezpłatna immunoglobulina anty-D. Zwraca uwagę także na rozszerzenie opieki nad wcześniakami. Jednocześnie podkreśla, że finansowanie oddziałów położniczych nie nadąża za standardami opieki. - Położnictwo musi być organizowane mądrze, centralnie i uczciwie finansowane. Tu nie ma miejsca na improwizację - podkreśla prof. Kosiński.
"Polki nie będą rodzić na SOR-ach"
W odpowiedzi na społeczną krytykę i obawy związane z coraz mniejszą liczbą porodówek w całym kraju, a także wizję porodów na SOR-ach, Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało zmiany w standardach opieki okołoporodowej, które mają zapobiec sytuacjom, w których kobiety rodziłyby w pełni na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych.
Resort przedstawia projekt rozporządzenia, zgodnie z którym tam, gdzie oddział położniczy został zamknięty lub przekształcony, przy izbie przyjęć lub szpitalnym oddziale ratunkowym ma powstać odrębne, bezpieczne miejsce do przyjęcia porodu - tzw. "pokój narodzin", pisaliśmy o tym w tvn24.pl.
Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski podkreślił, że "Polki nie będą rodzić na SOR-ach", a pokoje narodzin mają być wyposażone jak tradycyjne sale porodowe i obsługiwane przez wykwalifikowane położne, co ma zapewnić bezpieczeństwo ciężarnej w nagłych sytuacjach.
Projekt zakłada, że pokoje narodzin będą uruchamiane w sytuacjach, gdy kobieta trafi do szpitala już w zaawansowanej fazie porodu i nie będzie możliwości jej bezpiecznego transportu do oddziału położniczego. Jak wyjaśnia resort, to rozwiązanie nie ma zastępować porodówek ani służyć do przeprowadzania planowych porodów fizjologicznych, ale być zabezpieczeniem dla incydentalnych, nagłych porodów, które mogą wymagać szybkiej reakcji.
Projekt przewiduje także, że w takich sytuacjach położna lub personel medyczny oceni stan rodzącej i - jeśli to możliwe - przetransportuje ją do pełnoprawnej porodówki, z zapewnieniem całodobowego dostępu do transportu medycznego.
Ministerstwo podkreśla, że zmiany są odpowiedzią na długotrwały spadek liczby porodów i wynikające z tego trudności w zapewnieniu odległości do oddziałów położniczych w rozsądnym czasie, ale jednocześnie mają zapewnić większe bezpieczeństwo w okresach przejściowych lub ekstremalnych.
Autorka/Autor: Agata Daniluk/pwojc
Źródło: PAP, tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock