- Mróz nie niszczy wirusów - większość z nich potrafi przetrwać bardzo niskie temperatury, a zimne i suche powietrze sprzyja ich stabilności w środowisku. Skąd więc wziął się mit, że mróz "wymraża" wirusy?
- Zimą nie chorujemy dlatego, że jest zimno, lecz dlatego, że wychłodzenie dróg oddechowych osłabia lokalną odporność i ułatwia wirusom zakażenie. Czym w takim razie naprawdę jest "przeziębienie"?
- W sezonie zimowym rzadziej obserwuje się pierwotne epidemie bakteryjne, ale częściej dochodzi do nadkażeń po infekcjach wirusowych. Dr Paweł Grzesiowski mówi o roli bakterii w zimowych chorobach i o tym, dlaczego wchodzą do gry dopiero później.
- Silne mrozy to nie tylko sezon infekcyjny, ale też czas gwałtownego pogorszenia jakości powietrza i realnego ryzyka śmiertelnej hipotermii. Czy w praktyce mróz bywa dla zdrowia groźniejszy niż same wirusy?
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w serwisie tvn24.pl.
Gdy temperatura spada do kilkunastu czy kilkudziesięciu stopni poniżej zera, wielu z nas odruchowo myśli o zimie jak o naturalnym "środku dezynfekującym". Skoro mróz niszczy komórki, konserwuje żywność, zabija roślinne szkodniki - to może "czyści" też powietrze z wirusów? W porannym paśmie TVN24 dr Paweł Grzesiowski rozprawił się z tym mitem, tłumacząc, co tak naprawdę dzieje się z wirusami i bakteriami w niskich temperaturach - i dlaczego zimą wcale nie chorujemy mniej.
Wirus jak "okruszek". Mróz go nie zabija, tylko usypia
- Nie, mróz nie wytłucze wirusów - mówi wprost dr Paweł Grzesiowski. - Mikroorganizmy w niskich temperaturach wchodzą w formę mniej aktywną, ale przeżywają. My wirusy w laboratoriach zamrażamy nawet do minus 80 stopni Celsjusza.
Wirus nie jest "żywą istotą" w klasycznym sensie. - To taka plątanina białek, okruch genetyczny, który sobie po prostu fruwa w powietrzu - tłumaczy lekarz. Mróz nie rozrywa go na kawałki i nie dezaktywuje trwale. Zatrzymuje tylko jego aktywność.
I właśnie ten mechanizm tłumaczy, dlaczego zimą na całym świecie obserwuje się wyraźny wzrost infekcji dróg oddechowych. Jak pokazują badania cytowane przez ScienceAlert, wiele wirusów układu oddechowego - w tym wirusy grypy i koronawirusy - przeżywa dłużej i pozostaje zakaźnych przez dłuższy czas w zimnych i suchych warunkach. Niska temperatura i niska wilgotność nie tylko im nie szkodzą, ale wręcz sprzyjają ich stabilności w środowisku.
Do tego dochodzi fizyka powietrza. W suchych, zimowych warunkach mikroskopijne kropelki wydzielane podczas oddychania, mówienia, kaszlu czy kichania szybciej parują, zamieniając się w jeszcze mniejsze cząsteczki. Badania pokazują, że takie drobniejsze aerozole unoszą się w powietrzu dłużej, zwiększając szansę, że będą wdychane przez inne osoby. W praktyce oznacza to, że zimne, suche powietrze nie tylko sprzyja przetrwaniu wirusów, ale też ułatwia im "podróż" do kolejnego gospodarza.
Kluczowe jest również to, co dzieje się w organizmie. - Błony śluzowe ust i nosa dużo dłużej pozostają schłodzone, bo zanim się ogrzejemy, musi pokrążyć krew. I to jest moment, kiedy wirus ma najlepsze warunki do ataku - wyjaśnia dr Grzesiowski.
Obraz ten uzupełniają dane z badań fizjologicznych opisanych w "The Journal of Allergy and Clinical Immunology". Wdychanie zimnego powietrza obniża temperaturę w nosie i drogach oddechowych, co prowadzi do wazokonstrykcji, czyli zwężenia naczyń krwionośnych. Mniejszy przepływ krwi oznacza słabsze dostarczanie komórek odpornościowych do błony śluzowej nosa i gardła. Lokalna odpowiedź immunologiczna - ta pierwsza linia obrony, która zwykle pomaga wychwycić i zneutralizować wirusa, zanim dojdzie do infekcji - staje się mniej skuteczna.
Badania pokazują też, że zimno i związany z nim stres fizjologiczny mogą zaburzać funkcjonowanie dróg oddechowych, zwłaszcza u osób z wrażliwym układem oddechowym. W efekcie pierwsze bariery ochronne organizmu słabną.
Stąd pojęcie "przeziębienia": nie dlatego, że zimno "tworzy" wirusy, ale dlatego, że zimne, suche powietrze jednocześnie pomaga im przetrwać, dłużej unosić się w środowisku i łatwiej zakorzeniać się w wychłodzonych drogach oddechowych człowieka. Mróz nie powoduje infekcji - ale realnie zwiększa szanse, że kontakt z wirusem skończy się chorobą.
A bakterie? Większe, cięższe, ale też nie znikają
W rozmowie z TVN24 dr Grzesiowski wskazuje też na ważne rozróżnienie. - Z bakteriami jest troszeczkę inaczej, bo to są większe struktury, mają w sobie wodę, więc ich "odmrażanie" trwa dłużej - tłumaczy lekarz. W praktyce oznacza to, że w okresach silnych mrozów rzadziej obserwujemy gwałtowne, pierwotne epidemie bakteryjne.
- Nie widzimy teraz epidemii salmonelli czy meningokoków - zwraca uwagę. - Choroby bakteryjne bardzo często pojawiają się jako powikłanie po infekcji wirusowej. To wirus toruje drogę bakteriom - wyjaśnia dr Grzesiowski.
Istotny jest też sposób przenoszenia. - Wirus jako maleńki "okruszek" może fruwać w powietrzu i być przenoszony na większe odległości. Bakteria potrzebuje zwykle bliskiego kontaktu, około metra między ludźmi - mówi. Mróz nie "czyści" więc przestrzeni z patogenów, a raczej zmienia ich dynamikę. Wirusy, lżejsze i bardziej odporne na zamrażanie, świetnie znoszą zimowe warunki. Bakterie częściej "czekają" na moment, gdy organizm osłabiony wirusem otworzy im drogę.
Z punktu widzenia biologii zimno bywa wręcz sprzymierzeńcem wirusów. W niskich temperaturach ich osłonki białkowe i lipidowe są stabilniejsze. Do tego zimą spędzamy więcej czasu w zamkniętych, ogrzewanych pomieszczeniach, w których powietrze jest suche, a wentylacja bywa słaba. To idealne środowisko do transmisji - nie dlatego, że wirusy "powstają", ale dlatego, że łatwiej przechodzą z człowieka na człowieka.
Mróz groźniejszy niż wirusy?
Dr Paweł Grzesiowski zwraca uwagę, że przy siarczystych mrozach zagrożenia zdrowotne nie kończą się na infekcjach. - Niskie temperatury to konieczność intensywnego ogrzewania, a to prowokuje dużo większy smog - mówi. Pyły zawieszone i zanieczyszczenia chemiczne dodatkowo obciążają układ oddechowy i cały organizm. - Coraz więcej osób trafia do szpitali nie tylko z powodu infekcji, ale z powodu bardzo złej tolerancji powietrza - podkreśla, wskazując zwłaszcza na regiony, gdzie nadal dominuje ogrzewanie paliwami kopalnymi.
Drugie poważne zagrożenie to sama ekspozycja na zimno. - Człowiek nie jest w stanie długo wytrzymać na takim mrozie. W ciągu godziny czy dwóch, jeśli nie jest właściwie ubrany, może doznać hipotermii, która w pewnym momencie staje się zjawiskiem śmiertelnym i nieodwracalnym - ostrzega Główny Inspektor Sanitarny. Upadek, zasłabnięcie, alkohol, zmęczenie - w takich warunkach dramat może rozegrać się szybciej, niż się wydaje.
Czy mróz ma więc jakiekolwiek zdrowotne "plusy"? - Przy takim nagłym, ostrym spadku temperatury nie widzę pozytywów - mówi wprost dr Grzesiowski. Zaznacza jednak, że czym innym jest ekstremalna fala zimna, a czym innym regularna, kontrolowana ekspozycja.
- Pozytywy pojawiają się wtedy, gdy organizm jest systematycznie konfrontowany z niską temperaturą - jak u osób morsujących. To forma treningu. Nauka mówi o tym ostrożnie, ale wiemy, że organizm wytwarza wtedy inny typ tkanki tłuszczowej, która lepiej chroni przed zimnem - wyjaśnia lekarz.
To jednak nie jest "naturalna szczepionka" na wirusy. Hartowanie może poprawiać tolerancję na chłód i niektóre reakcje organizmu, ale nie sprawia, że patogeny znikają z otoczenia ani że przestają być groźne. - Wirus nadal pozostaje wirusem. A mróz nadal go nie zabija - wynika jasno z wypowiedzi eksperta.
Autorka/Autor: adan/ap
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock