Luka w czasie rozszerzania diety jadł bez większych problemów. Nie lubił tylko marchewki, batatów i dyni, a wszystko przez kolor. Nie przepadał też za papkami, więc szybko przerzucił się z jedzenia zblendowanego na pokrojone. Jeszcze zanim skończył rok, już posługiwał się widelcem i łyżką.
- Nie mamy w domu telewizji, dlatego nigdy nie puszczaliśmy mu bajek do posiłku. Zawsze siadaliśmy z nim do stołu i jedliśmy razem. Staraliśmy się też, żeby jadł to samo co my, czyli na przykład rybę z ryżem i warzywami, pałkę z kurczaka, pieczone ziemniaczki i warzywa na parze czy nawet domową pizzę i tortillę. Z mężem jesteśmy bardzo otwarci na wszelkiego rodzaju kuchnie, więc Luka jadł również z nami naleśniki wietnamskie czy pierożki na parze, tylko bez soli i cukru, do drugiego roku życia. Nigdy nie stosowaliśmy systemu nagród i kar - opowiada Maria Miklusiak, mama chłopca.
Z tego, co mówi, wynika, że w kwestii żywienia rodzice wszystko zrobili wręcz podręcznikowo. Mimo to, kiedy Luka miał 18 miesięcy, nagle przestał jeść, z dnia na dzień. Odrzucał nawet to, za czym wcześniej przepadał, na przykład pomidory. - Dla mnie jako matki to było bardzo trudne, bo jakkolwiek bym się starała i wymyślała różne kompozycje na talerzu, nic nie pomagało - mówi Miklusiak.
Jej syn czasami zjadł trochę suchego chleba albo makaronu, ale w tak niewielkich ilościach, że szybko zaczął tracić na wadze i nabawił się niedoboru żelaza. Nie znosił niczego, co miękkie albo rozpływające się w ustach, żadnego purée. Ryże i makarony musiał mieć zawsze ugotowane al dente. - Myśleliśmy, że może moja kuchnia mu nie pasuje, więc kupowaliśmy dla syna też gotowe posiłki w supermarketach, ale bez żadnego efektu - wspomina matka sześcioletniego dziś chłopca.