Aleksandra Dryzner pierwszą chemię przyjęła w 2016 roku na początku grudnia. Miała wtedy 32 lata. Bardzo liczyła na to, że na Boże Narodzenie uda się jej jeszcze zachować włosy i "wyglądać normalnie". Krótko przed świętami jej fryzura coraz bardziej się jednak już przerzedzała.
- Moje półtoraroczne dziecko zachorowało wtedy na zapalenie oskrzeli i płuc. W szpitalu z córką był mój mąż - bardzo chciałam jej towarzyszyć, ale nie mogłam, bo byłam w trakcie chemii. W drugi dzień świąt okazało się, że córka i mąż czekają już na wypis i lada moment wrócą do domu. Spojrzałam na moje włosy i uznałam, że lepiej będzie, jeżeli przywitam ich już w peruce. Przyjechał do mnie kolega, który był wtedy w Warszawie i miał swoją maszynkę. Podeszliśmy do sprawy zadaniowo. Staraliśmy się nawet trochę żartować przy goleniu mojej głowy. Od razu ubrałam perukę - wspomina. - To, jak bardzo nie mogłam się doczekać, aż zobaczę moje dziecko po powrocie ze szpitala, trochę obniżyło napięcie związane z samym momentem zgolenia włosów.
Zanim zachorowała onkologicznie, Aleksandra Szlasa miała gęste włosy. Idąc za radą, którą dostała w szpitalu, obcięła je na krótko.
Dość długo udawało mi się zaczesywać je tak, że nie było widać, że jest ich coraz mniej. Aż któregoś dnia przyjaciółka powiedziała mi wprost: "Ola, to już widać".Aleksandra Szlasa, która kilka lat temu przeszła leczenie onkologiczne
- Wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do łazienki. Ogoliła mnie nad wanną maszynką swojego męża. Obie się przy tym spłakałyśmy. To był piękny gest przyjaźni - wspomina Aleksandra.
Kiedy dwa tygodnie po pierwszym wlewie chemii jej włosy zaczęły wypadać garściami i coraz bardziej się przerzedzać, Małgorzata Sajan spięła je w kok na czubku głowy, żeby tego nie widzieć. Tydzień później wybierała się na wesele znajomych, więc przyszedł czas na umycie włosów. Po namoczeniu splątały się w wielki kołtun.
- Nie wiedziałam, co robić. Zaczęłam rozczesywać ten kołtun. Po policzkach razem z wodą ciekły mi łzy. Kiedy wyszłam spod prysznica, miałam całą głowę w łysych plackach. Trzeba było ogolić resztę włosów. Zrobiła to bliska mi osoba, z którą wtedy mieszkałam - opowiada Małgorzata.
I dodaje: Czułam dużą niezgodę na to, co się dzieje. Zastanawiałam się, czemu ta zmiana tak bardzo boli, jak będę się z tym czuła i co powiedzą inni. Na początku nie potrafiłam patrzeć na swoje odbicie.
Łysa głowa jest publiczna
Małgorzata przed diagnozą miała długie włosy, mniej więcej do żeber. Były falowane i ciemnobrązowe. Pierwotny plan na jej leczenie nie uwzględniał chemioterapii, więc nie liczyla się ze stratą włosów. Dopiero po badaniu materiału wyciętego podczas operacji okazało się, że jednak chemia jest zalecana.