Hipohondryczki, histeryczki, symulantki - tak często mówi się o kobietach z migreną. Choroba, która potrafi na wiele godzin, dni wyłączyć całkowicie z życia, wciąż bywa sprowadzana do "zwykłego bólu głowy", a pacjenci latami odbijają się od systemu i słyszą, że "trzeba się przyzwyczaić".
Dlaczego nawet po diagnozie wielu z nich zostaje z bólem bez realnej pomocy? Co wspólnego z migreną mają pozornie odległe od głowy: jelita, hormony, sposób jedzenia? I czy właśnie dieta może stać się ważnym punktem zwrotnym w powrocie do normalności?
O swoich kilkunastoletnich zmaganiach z chorobą i sposobach odzyskiwania nad nią kontroli opowiada nam Natalia Gołyska-Nowicka. Dziś, jako dietetyk, pomaga innym zrozumieć, jak jedzenie wpływa na ogólny dobrostan oraz jak wyjątkowo ważne jest to w przypadku migreny.
"Rodzice myśleli, że mam guza mózgu"
Wszystko zaczęło się, gdy miała 16 lat. Wakacje, słowackie góry i poranek, który miał być początkiem aktywnego dnia. Poszła biegać, na czczo. Gdy wróciła i zaczęła robić śniadanie, jej świat nagle zaczął się rozpadać.
- Przed oczami pojawiły się dziwne, migoczące zygzaki. Przypominało to szum w zepsutym, starym telewizorze - wspomina. To była aura - neurologiczne ostrzeżenie przed nadchodzącym kataklizmem. Nie mogła jednak jeszcze o tym wiedzieć.
Gdy ból w końcu uderzył, był tak silny, że przestała widzieć drogę przed sobą. Przerażeni rodzice, podejrzewając najgorsze - guza mózgu, udar, wylew - natychmiast zawieźli ją do najbliższego szpitala.