Niedofinansowanie ochrony zdrowia ma tragiczne skutki. "Spore wyzwanie"

Stetoskop lekarz wykres medycyna
Wojciech Wiśniewski (FPP): zmiany w Funduszu Medycznym to "leczenie objawowe"
Wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia w Polsce jest o niemal połowę wyższy niż średnia unijna - alarmują autorzy styczniowego Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia. To efekt między innymi wydłużonego czasu oczekiwania na świadczenia. Za tragiczną statystyką stoi też inna liczba - 115 miliardów złotych, które w wyniku przedwczesnej śmierci ludzi w wieku produkcyjnym nie złożą się na Produkt Krajowy Brutto. Jednocześnie, jak podkreślają autorzy raportu, planowane publiczne wydatki na zdrowie są daleko w tyle za potrzebami systemu.
Kluczowe fakty:
  • Polska ma jeden z najwyższych w UE wskaźników zgonów możliwych do uniknięcia - aż o 49 proc. wyższy niż średnia unijna. Mówiąc o przyczynach eksperci wskazują na długie kolejki do leczenia, niedofinansowanie systemu i słabą profilaktykę.
  • Przedwczesna śmierć kosztuje miliardy - gospodarka traci około 115 mld zł rocznie, a do budżetu państwa nie trafia nawet 50 mld zł. Tymczasem planowane nakłady na zdrowie nie starczają na pokrycie wydatków.
  • Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich ocenia, że bez stabilnego finansowania i skutecznej polityki zdrowia publicznego Polska nie dogoni unijnej średniej.
  • Więcej artykułów o tematyce zdrowotnej znajdziesz tutaj.

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP), która opracowuje Monitor Finansowania Ochrony Zdrowia podkreśla, że jedną z najistotniejszych miar skuteczności funkcjonowania systemu ochrony zdrowia jest wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia dzięki lepszej profilaktyce oraz leczeniu (preventable and treatable mortality). "Odnosi się on do liczby odnotowanych zgonów osób poniżej 75. roku życia w przeliczeniu na 100 tys. osób, spowodowanych przez czynniki, którym można skutecznie przeciwdziałać poprzez odpowiednie interwencje w sferze zdrowia publicznego lub poprzez odpowiednie leczenie" - czytamy w opracowaniu.

Jak wynika z najnowszych dostępnych danych Eurostatu za 2022 r., całkowity wskaźnik zgonów możliwych do uniknięcia wynosił w Polsce 384, co jest wartością o 49 procent wyższą od średniej unijnej, która w tym samym okresie kształtowała się na poziomie 258.

OGLĄDAJ: "Nieodpowiedzialne zachowanie" Nawrockiego. "Nie wiem, czy on wie lepiej, niż my"
pc

"Nieodpowiedzialne zachowanie" Nawrockiego. "Nie wiem, czy on wie lepiej, niż my"

pc
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Pacjenci za długo czekają na leczenie

- Problemem jest na przykład w niektórych przypadkach ograniczona dostępność do leczenia. Zbyt długie są okresy oczekiwania pacjentów klasyfikowanych jako przypadki pilne. Niestety, rok do roku mamy z tym problem. W poradniach specjalistycznych mamy ponad 700 tysięcy pacjentów "pilnych", którzy wciąż czekają w kolejce. Jeśli chodzi o leczenie szpitalne, to jest ich 100 tysięcy. To sprawy, o których mówiliśmy już zresztą od dłuższego czasu. Najbardziej tragicznym tego skutkiem jest nie tylko pogorszenie stanu zdrowia Polaków, ale to, że u części z nich skutkuje to po prostu śmiercią - wyjaśnia w rozmowie z tvn24.pl Łukasz Kozłowski, główny ekonomista FPP i autor raportu.

Okazuje się, że za niemal dwie trzecie różnicy w możliwej do uniknięcia śmiertelności między Polską a średnią UE odpowiadało pięć głównych przyczyn zgonów:

  • choroba niedokrwienna serca (20,7 więcej zgonów na 100 tys. osób, o 58 proc. więcej niż w UE)
  • zatrucia spowodowane alkoholem (20,5 więcej zgonów na 100 tys. osób, o 162 proc. więcej niż w UE)
  • zapalenie płuc niesklasyfikowane (13,2 więcej zgonów na 100 tys. osób, o 201 proc. więcej niż w UE)
  • choroby naczyń mózgowych (12,5 więcej zgonów na 100 tys. osób, o 68 proc. więcej niż w UE)
  • COVID-19 (11,7 więcej zgonów na 100 tys. osób, o 70 proc. więcej niż w UE).

Z najnowszych danych dostępnych w Barometrze WHC, opracowanym przez Fundację Watch Health Care, wynika, że średni czas oczekiwania na wizytę u kardiologa wynosi w Polsce 4,6 miesiąca (pod koniec 2025 roku). To nieznacznie krócej niż rok wcześniej (4,8 miesiąca), ale jednocześnie o 1,6 miesiaca dłużej niż w 2022 roku.

Czy e-rejestracja załatwi sprawę?

Resort zdrowia przekonuje, że sposobem na poprawę dostępności do lekarzy specjalistów będzie wprowadzana w kraju od początku roku centralna e-rejestracja, obejmująca jak na razie świadczenia znane wcześniej z pilotażu, w tym właśnie pierwszorazowe wizyty u kardiologa. System ma ujednolicić zarządzanie kolejką do lekarzy i umożliwić zarządzanie terminami konsultacji głównie z poziomu aplikacji mojeIKP. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda informowała niedawno, że na 84 tysiące zarejestrowanych poprzez system od początku roku wizyt, około 4 tysięcy zostało zmienionych lub odwołanych, a jednocześnie zanotowano tylko sześć, na które pacjent nie przyszedł.

- Centralna e-rejestracja jest na pewno krokiem w dobrą stronę. To coś, co powinniśmy wprowadzić już kilkanaście lat temu, ponieważ możliwości techniczne ku temu istniały. Bez tego narzędzia mieliśmy sytuację, w której lekarz był dostępny, mógł pacjenta przyjąć, ale do tego nie dochodziło, bo wizyta nie została przez kogoś odwołana, a system nie był skonstruowany tak, by sprawnie się zapisać lub zrezygnować czy przełożyć termin - przyznaje Łukasz Kozłowski.

Tylko czy to wystarczy? Ekspert nie pozostawia złudzeń. - Nie wystarczy, bo w tym momencie problemem jest na przykład to, że podmioty lecznicze nie mają zapewnionej odpowiedniej płynności finansowej. Budżet NFZ się nie domyka. Dotacja z budżetu państwa, która uzupełnia środki, których brakuje ze składki zdrowotnej, jest zbyt mała i nie wystarcza na pokrycie wszystkich kosztów. W konsekwencji NFZ nie płaci za niektóre rzeczy, przede wszystkim za nadwykonania w ramach świadczeń nielimitowanych, w ramach programów lekowych. Wątpliwe jest zawsze to, czy jeżeli szpital wykona coś poza limit w ramach świadczeń limitowanych, to za te "ponadlimity" będzie miał cokolwiek zapłacone - mówi ekonomista.

Efekty tego mogliśmy już obserwować pod koniec ubiegłego roku, kiedy to część szpitali wstrzymywała przyjęcia planowe i przesuwała terminy zabiegów na nowy rok.

"Umierają, bo nikt ich przed tym alkoholem nie obronił"

Drugą na liście przyczyną zgonów możliwych do uniknięcia, w przypadku której mocno odstajemy na niekorzyść względem średniej unijnej, są zatrucia spowodowane alkoholem.

- Najgorsze dla mnie jest to, jak umiera dwudziestoparoletnie dziecko. Dla mnie osoba w takim wieku to jeszcze dziecko, to ludzie w wieku mojego syna, którzy mają dziesięcioletni wywiad alkoholowy. Umierają, bo nikt ich przed tym alkoholem nie obronił. Ich dziadkowie przychodzą i mówią, że to nie jest od alkoholu, bo on pił tylko piwo - mówił w grudniu w Sejmie Marcin Karolewski, kierownik Oddziału Wewnętrznego Psychosomatycznego Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych im. Aleksandra Piotrowskiego "Dziekanka" w Gnieźnie.

Trwają tymczasem prace nad nowelizacją tzw. ustawy antyalkoholowej, a ich tempo trudno uznać za zadowalające. Pierwotny rządowy projekt został przekazany do konsultacji publicznych w marcu ubiegłego roku i dopiero w październiku, po tym jak przez kraj przetoczyła się debata o problemie alkoholowym w Polsce, resort złożył nowy, poprawiony projekt. Poselskie propozycje nowelizacji złożyły też Lewica i Polska 2050. Te dwie będą dyskutowane w Sejmie w przyszłym tygodniu. Proponowane zmiany dotyczą m.in. całkowitego zakazu reklamy alkoholu, w tym również piwa (także bezalkoholowego), zakazu sprzedaży napojów alkoholowych na stacjach benzynowych, w części projektów przewidziano też całkowity zakaz nocnej sprzedaży tych produktów i zakończenie promocji typu "6+6 gratis".

- To spore wyzwanie dla zdrowia publicznego. Potrzebujemy na pewno polityki, która będzie właściwie skoordynowana. Nie może być tak, że pojawiają się jakieś pojedyncze ruchy, warunkowane różnymi względami, często niekoniecznie zdrowotnymi, tylko finansowymi. Potrzebna jest lepsza koordynacja tych działań. Widzimy, że póki co nie udało się osiągnąć na tym polu efektu, który byłby zadowalający - komentuje Łukasz Kozłowski.

"Jeśli dogonimy Unię, to budżet państwa może zyskać"

Choć w przypadku, gdy mówimy o statystyce obrazującej problem przedwczesnej śmiertelności, wymiar finansowy jest kwestią drugorzędną, to jednak trudno go pominąć. Tym bardziej, że trwa dyskusja o niedofinansowaniu ochrony zdrowia.

- Nadmierne oszczędzanie na zdrowiu nie jest czymś, co nam się opłaca. Mówimy przecież o zdrowiu osób, które w wielu przypadkach mają przed sobą jeszcze kilka lat życia zawodowego, czyli wypracowują PKB. Tylko z tego tytułu Polska gospodarka traci około 115 miliardów złotych rocznie, a do budżetu państwa nie wpływa około 50 miliardów złotych rocznie. Oczywiście nie jesteśmy w stanie w całości wyeliminować tego zjawiska. To, co jest realne do osiągnięcia, to zbliżanie się do średniej unijnej. Jeśli dogonimy Unię, budżet państwa może zyskać około 16 mld zł - szacuje Kozłowski.

To dużo, zwłaszcza gdy zwrócimy uwagę na to, jak duży jest problem niedofinansowania publicznej ochrony zdrowia. Zgodnie z tzw. "ustawą nakładową", zapewniającą wzrost nakładów na ochronę zdrowia, w 2026 r. publiczne wydatki na ten cel powinny wynieść minimum 6,80 procent PKB. Uwzględniając plan finansowy NFZ oraz prognozowane wielkości w budżecie państwa, wydatki na zdrowie wyniosą 248,6 mld zł, co stanowi wzrost o 22 mld zł w stosunku do 2025 r.

"Porównując tę wartość z PKB prognozowanym na 2026 r. (4174,2 mld zł), przekłada się to na wydatki na poziomie 5,95 proc. PKB - o 0,85 pkt proc. poniżej wymaganego celu ustawowego. Wymóg ustawowy zostanie formalnie spełniony jedynie dzięki zastosowaniu metodologii, porównującej bieżące wydatki z PKB sprzed dwóch lat [t-2- red.]" - czytamy w Monitorze Finansowania Ochrony Zdrowia.

OGLĄDAJ: Co z zarobkami lekarzy? "Pomysł górnej granicy wynagrodzeń był postulatem ze strony związkowej"
ministra zdrowia

Co z zarobkami lekarzy? "Pomysł górnej granicy wynagrodzeń był postulatem ze strony związkowej"

ministra zdrowia
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Cel "na papierze"

Analiza FPP wskazuje, że do osiągnięcia ustawowego celu 7 proc. PKB w 2027 r. w systemie zabraknie 11,3 mld zł - licząc zgodnie z metodologią "t-2".

- To, co pokazujemy na 2027 rok, to prognoza oparta o to, co w tym momencie jest zagwarantowane w obowiązujących przepisach. Zakładamy, że taka dotacja, jaka została przyznana, zostanie utrzymana, a wpływy ze składki zdrowotnej będą rosły proporcjonalnie do wzrostu wynagrodzeń w gospodarce [bez zmian w zasadach naliczania składek - red.]. Stąd nasze wyliczenie, że o tych 11 miliardów złotych będzie za mało, by w przyszłym roku zapewnić finansowanie na poziomie 7 procent PKB. Przynajmniej tyle będzie musiał dołożyć rząd i myślę, że nie będzie to większym problemem, choć w tym momencie nie jesteśmy na ścieżce, która w pełni to gwarantuje - mówi Kozłowski.

Jak dodaje, wciąż jest to cel realizowany głównie "na papierze". - W praktyce będziemy oscylować nieco powyżej 6 procent, a w tym roku nie przekroczymy nawet tego pułapu, jeśli nakłady na zdrowie odniesiemy do PKB z tego samego roku, w którym te pieniądze wydajemy, czyli tak, jak się to liczy na całym świecie - wskazuje ekonomista.

Ekspert podkreśla, że aby poprawić finansowanie publicznej ochrony zdrowia trzeba mu przede wszystkim zapewnić stabilne źródła finansowania. O tym, że tak nie jest, najlepiej natomiast może świadczyć to, co stało się jesienią i zimą ubiegłego roku. Okazało się wtedy, że do domknięcia budżetu NFZ zabraknie 14 mld zł. Rozpoczęły się wówczas gorączkowe poszukiwania źródeł, z których dałoby się "dosypać" brakującą kwotę. Na te źródła ostatecznie złożyły się dotacje z Ministerstwa Zdrowia, obligacje i pieniądze uwolnione w wyniku nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym.

- Problem polega na tym, że pieniądze się znajdują, ale dopiero wtedy, kiedy wybucha pożar, czyli kiedy pewne szkody już zostały wyrządzone. Musimy temu zapobiegać, alokując odpowiednie środki, odpowiednio szybko i odpowiednio wcześnie - mówi Łukasz Kozłowski.

Czy da się nie ruszać składki zdrowotnej?

Tymczasem z roku na rok obserwujemy, że pieniądze ze składki zdrowotnej w coraz mniejszym stopniu zaspokajają skalę wydatków publicznej ochrony zdrowia. W efekcie, do kasy płatnika publicznego musi trafiać coraz większa dotacja z budżetu.

- Przez bardzo długi czas wystarczała dotacja, która wynosiła między dwoma a pięcioma miliardami złotych rocznie. Ta sytuacja zmieniła się od roku 2024, kiedy wyczerpała się możliwość korzystania ze środków Funduszu Zapasowego NFZ-u. Jeszcze w roku 2024 roku było to kilkanaście miliardów. W tym roku to jest jakieś 34-35 miliardów, ale w kolejnym to będzie już 55 miliardów. Jesteśmy na trajektorii prowadzącej nas do osiągnięcia skali nierównowagi finansowej na poziomie 90 miliardów złotych w 2028 roku - prognozował Łukasz Kozłowski w listopadzie podczas posiedzenia jednej z sejmowych komisji.

W jego ocenie, składki zdrowotne pozostają pewnym i solidnym źródłem finansowania ochrony zdrowia i trudno będzie uniknąć tematu związanego z ich podwyżką. Przypomnijmy, w trakcie grudniowego rządowego szczytu poświęconego systemowi ochrony zdrowia premier Donald Tusk zadeklarował, że nie będzie w tym i kolejnym roku zmian w tym zakresie.

- Tak naprawdę nie wiem, czy powinniśmy się tego bać jak ognia. Podwyżka o 0,5 punktu procentowego dla osoby zarabiającej płacę minimalną oznaczałoby wynagrodzenie netto niższe o około 20 złotych, a dla osób ze średnim wynagrodzeniem byłoby to 40 złotych. Taką podwyżkę dałoby się wyskalować jednak nawet na 0,25 punktu procentowego i te kwoty byłyby o połowę niższe. Jeśli jesteśmy w stanie zagwarantować, że te pieniądze zostaną dobrze wydane i będą wykorzystane na faktyczną poprawę dostępności opieki zdrowotnej dla pacjentów, to istnieje społeczna akceptacja dla tego, żeby więcej płacić na ochronę zdrowia - mówi ekonomista.

Jak dodaje, inne możliwe do wdrożenia i sugerowane przez FPP rozwiązanie to na przykład połączenie ubezpieczenia zdrowotnego z chorobowym. - Samo ujednolicenie bazy tych składek dałoby nam około 6 miliardów złotych więcej w skali roku, bez podnoszenia samej stawki. Co ważniejsze, oznacza to również bodziec finansowy dla tego, żeby tym systemem mądrze zarządzać. Jeśli teraz NFZ oszczędza na leczeniu pacjenta, to płaci za to ZUS z funduszu chorobowego, bo taka osoba jest dłużej niezdolna do pracy i pobiera zasiłek chorobowy. Jeśli te dwa fundusze połączymy w jeden, tak jak jest to na przykład w Niemczech, to taki ping-pong nie będzie już możliwy. NFZ, oszczędzając na leczeniu jednego pacjenta, będzie sobie robił finansowe manko, bo będzie musiał płacić za jego zasiłek chorobowy - ocenia Kozłowski.

Czytaj także: