- Jak się nie wywrócis, to sie nie naucys! - słynne powiedzenie nie zawsze znajduje potwierdzenie na polskich stokach. Część osób nie wyciąga wniosków z upadków, wielu brak umiejętności nadrabia brawurą, stanowiąc zagrożenie dla innych.
- Niektórzy mierzą prędkość na trasach za pomocą zegarów lub aplikacji w telefonach i "idą na rekord". A na to mogą sobie pozwolić tylko naprawdę doświadczeni narciarze, zaznacza nasz ekspert.
- Jakie błędy popełniamy najczęściej, przypinając narty lub stając na snowboardzie?
- Na co powinni zwrócić uwagę rodzice? Jak przygotować dziecko do sportów zimowych?
- Więcej artykułów o tematyce zdrowotnej znajdziesz tutaj.
Agnieszka Pióro: Właśnie zszedł pan ze stoku w Wiśle. Jak minął dzień?
Wojciech Rensz: Dziękuję, dzisiaj było wyjątkowo spokojnie jak na to, że trwają ferie. Kumulacja różnych zdarzeń najczęściej następuje w weekend, kiedy dodatkowo dużo ludzi przyjeżdża na przykład tylko na jeden dzień.
Zapewne częściej dochodzi wtedy do wypadków. Jak podał niedawno GOPR, w pierwszych dwóch tygodniach roku miało miejsce ponad 320 interwencji na stokach narciarskich, zabezpieczanych przez ratowników Grupy Beskidzkiej. Jakie są najczęstsze przyczyny takich zdarzeń z pana obserwacji?
Z mojego prawie dwudziestoletniego doświadczenia w pracy instruktora narciarstwa, wynika, że głównie szeroko pojęta brawura, czyli niedostosowywanie prędkości do swoich umiejętności, warunków panujących na stoku i liczby osób z niego korzystających. Tego może nie widać na pierwszy rzut oka, ale my, jako instruktorzy, potrafimy to rozpoznać. To również fakt, że wiele osób kompletnie się nie przygotowuje fizycznie do sezonu. Tymczasem jazda na nartach czy snowboardzie to wbrew pozorom bardzo wymagający sport, i fizycznie i technicznie. I trzeba się do niego przygotować, żeby uniknąć kłopotów "na własne życzenie".
Do jakich incydentów dochodzi najczęściej?
Obserwujemy sporo wypadków typu zderzenia z innym uczestnikiem trasy. Ludzie jeżdżą naprawdę bardzo szybko. Często na przykład w kolejce czy w restauracji słyszy się, jak narciarze chwalą się między sobą, jaką prędkość rozwinęli. Mają zegarki czy aplikacje w smartfonach, które to mierzą i potem jeden drugiego stara się przebić, wykazując, że na przykład jechał 80, a tamten 70 kilometrów na godzinę. A to prędkości naprawdę zarezerwowane dla bardzo doświadczonych narciarzy czy zawodników. Jeśli ktoś nie ma dobrych umiejętności technicznych i odpowiedniego sprzętu, to aż prosi się o wypadek.
Gdy samochodem mamy wypadek przy prędkości 80 kilometrów na godzinę, wiadomo, jakie mogą być skutki, a co dopiero na stoku, kiedy taki narciarz czy snowboardzista ma tylko kask na głowie i nic poza tym go nie chroni. Skutki są często bardzo poważne.Wojciech Rensz
Kto jest bardziej niebezpieczny: rozpędzeni narciarze czy snowboardziści?