- Zainteresowanie rządowym programem in vitro stale rośnie, ale pieniędzy na realizację nie przybywa, a wręcz brakuje.
- Sposób rozdysponowania środków budzi poważne wątpliwości. Warszawski Szpital Południowy otrzymał o 2,7 mln zł mniej niż rok wcześniej.
- Odpowiedzialna za program osoba w Ministerstwie Zdrowia właśnie złożyła rezygnację. Co było powodem?
- Pacjentki alarmują o wstrzymywaniu procedur i braku jasnych informacji. Regulamin programu uniemożliwia przeniesienie leczenia do innej kliniki bez utraty refundacji.
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w serwisie tvn24.pl.
Rządowy program in vitro, ogłoszony jako jeden z filarów polityki demograficznej obecnej koalicji, znalazł się w krytycznym punkcie. Mimo że od jego startu 1 czerwca 2024 roku urodziło się dokładnie 10 055 dzieci - w tym 5 023 chłopców i 5 032 dziewczynki - realizatorzy programu biją na alarm. Decyzje o podziale środków na rok 2026, które zapadły z wielomiesięcznym opóźnieniem dopiero 26 lutego, wywołały falę zaniepokojenia wśród lekarzy i rozpacz u pacjentek. Teraz ze stanowiska zrezygnowała Dagmara Korbasińska-Chwedczuk, dyrektorka Departamentu Równości w Zdrowiu odpowiedzialna za ten program, wskazując, jak donosi Rynek Zdrowia, na fatalną komunikację z kierownictwem resortu.
Pierwsze sygnały o zapaści były już w ubiegłym roku
Problemy z płynnością finansową programu nie pojawiły się nagle. Już pod koniec ubiegłego roku do redakcji tvn24.pl i na Kontakt24 zaczęły napływać niepokojące sygnały od kobiet z całego kraju. Opisywały one sytuacje, w których procedury przerywano z dnia na dzień, zostawiając pary w medycznej i finansowej próżni.
Tak było w przypadku pani Katarzyny, której odwołano transfer zarodków w momencie gdy zgłosiła się do kliniki, będąc już pod wpływem silnych leków farmakologicznych przygotowujących organizm do zabiegu. Zdesperowana kobieta, nie chcąc marnować szansy, zapłaciła za zabieg z własnej kieszeni. Ta decyzja, choć podyktowana odruchem serca, skutkowała wykluczeniem jej z rządowego wsparcia aż do 2028 roku, ponieważ regulamin kategorycznie zabrania łączenia finansowania publicznego z prywatnym w ramach jednej ścieżki leczenia.
Sytuacja pani Katarzyny nie była odosobniona. Już w listopadzie i grudniu 2025 roku w wielu klinikach zabrakło pieniędzy na leczenie par oraz pacjentek onkologicznych, które chciały zabezpieczyć swoją płodność przed wyniszczającą terapią. Jak mówił w rozmowie z Rynkiem Zdrowia prof. Robert Spaczyński, konsultant krajowy w dziedzinie endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości: "W sytuacji, gdy środki się wyczerpią - jak miało to miejsce w ubiegłym roku - program po prostu nie może być kontynuowany". To właśnie wtedy pojawiły się pierwsze przypadki wstrzymywania kwalifikacji, co dla wielu kobiet oznaczało nieodwracalną utratę cennego czasu biologicznego.
"Nieznany klucz" podziału środków i drastyczne cięcia w stolicy
Najnowsze decyzje Ministerstwa Zdrowia z 26 lutego 2026 roku zamiast uspokoić nastroje, przyniosły nowe, trudne pytania. Jednym z poszkodowanych ośrodków okazał się Warszawski Szpital Południowy - pierwszy samorządowy ośrodek leczenia niepłodności w Polsce, który od półtora roku stanowi nadzieję dla mieszkańców stolicy. Placówka ta, mimo ogromnego i stale rosnącego zainteresowania, otrzymała o 2,7 mln zł mniej niż w roku ubiegłym.
Jak mówi w rozmowie z tvn24.pl dr n. med. Damian Warzecha, kierownik Warszawskiego Centrum Leczenia Niepłodności oraz Ordynator Oddziału Ginekologiczno-Położniczego Warszawskiego Szpitala Południowego: - Wybieranie, tak naprawdę nieznanym dla nas kluczem, które ośrodki mają dostać więcej środków, a które mają dostać mniej na rok bieżący, jest po prostu dla nas nie do zaakceptowania.
Doktor Warzecha nie kryje zaniepokojenia faktem, że ośrodek publiczny, przygotowany na najtrudniejsze przypadki, jest spychany na finansowy margines.
- Jesteśmy publiczną placówką, która przyjmuje także pacjentki z obciążeniami i wielochorobowościami, kierowane do nas z innych miejsc właśnie ze względu na szpitalne zabezpieczenie OIOM-owe. To zwiększa bezpieczeństwo przeprowadzania procedur in vitro - tłumaczy dr Warzecha. Lekarz podkreśla, że program był projektowany z myślą o szerokim dostępie, także dla kobiet po 40. roku życia z niską rezerwą jajnikową, które wcześniej były wykluczane. Tymczasem obecne cięcia mogą uderzyć właśnie w te najsłabsze ogniwa systemu.
Szpitale kredytują państwo, by ratować szanse pacjentów
Zanim resort ogłosił podział środków, kliniki przez dwa miesiące działały w całkowitej próżni finansowej, nie wiedząc, czy kiedykolwiek odzyskają włożone pieniądze. Mimo to wiele z nich nie zdecydowało się na odesłanie pacjentek z kwitkiem. Jak mówi nam dr Warzecha, jego ośrodek postawił etykę lekarską ponad biurokratyczny chaos: - Nie możemy odmówić i nie chcemy stawiać pacjentów jako zakładników tych rozgrywek - zaznacza w rozmowie z tvn24.pl. - Na bieżąco kwalifikujemy pacjentki, realizujemy procedury, mimo że ministerstwo tych środków jeszcze nie przyznało - zapewnia.
Dla lekarzy pracujących w Warszawskim Szpitalu Południowym sprawa jest jasna - biologia nie czeka na podpisy urzędników. - Czas w leczeniu niepłodności to najsilniejsza determinanta decydująca o powodzeniu leczenia, bo ten czas biologiczny jest już bezpowrotny, więc zwlekanie z kwalifikacją o dwa, trzy miesiące w zależności od tego, ile uzyskamy środków, jest co najmniej nieetyczne w moim przekonaniu - podkreśla dr Damian Warzecha. Szpital od początku trwania programu zrealizował już około 800 cykli i odnotowuje stałą tendencję wzrostową, co czyni decyzję o obcięciu funduszy jeszcze bardziej niezrozumiałą.
Potwierdzają to również inni eksperci. Jak mówił w rozmowie z Rynkiem Zdrowia prof. Rafał Kurzawa, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii, ośrodki były na granicy wytrzymałości: "Z dwumiesięcznym poślizgiem otrzymaliśmy informację o wysokości środków. Cieszymy się, że to się wydarzyło, bo byliśmy na granicy możliwości finansowych". Choć kwoty są już znane, umowy nadal nie zostały podpisane, co oznacza, że realna gotówka wciąż nie wpłynęła na konta placówek.
Pacjentki w pułapce biurokracji: "To jest okrucieństwo"
Podczas gdy urzędnicy i dyrektorzy szpitali spierają się o miliony, pacjentki czują się porzucone przez system, który miał być ich największym oparciem. Pani Ewelina, chora na endometriozę i hiperprolaktynemię, opisała nam swoją wstrząsającą historię, w której po nieudanym transferze została pozostawiona bez żadnej opieki medycznej. - Dostałam telefon z recepcji z informacją, że wstrzymują mój proces. Żadnych konkretów. Po lekach hormonalnych i sterydach pozostawiono mnie samą sobie - relacjonuje kobieta.
Co gorsza, systemowa konstrukcja programu czyni z pacjentek więźniów konkretnych placówek. Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Zdrowia para musi dokończyć pełny cykl u jednego realizatora. Pani Ewelina, która chciała przenieść swój ostatni zarodek do kliniki w Poznaniu, usłyszała, że takie działanie wiązałoby się z utratą refundacji i koniecznością pokrycia wszystkich kosztów z własnych środków. - Uważam, że sposób, w jaki jesteśmy informowane, brak konkretów, brak spotkań jest okrucieństwem. My nie leczymy się na katar - podsumowuje rozżalona pacjentka.
Ministerstwo Zdrowia w oficjalnych odpowiedziach przerzuca odpowiedzialność na kliniki. Resort twierdzi, że realizatorzy byli zobowiązani do zabezpieczenia środków na pełne cykle przed ich rozpoczęciem, a mechanizmy te mają rzekomo eliminować ryzyko nagłego przerwania procedur. Jednak rzeczywistość, którą opisują pacjentki i lekarze, drastycznie odbiega od urzędowych zapewnień.
Dymisja w resorcie i widmo zawieszenia programu
Chaos wokół in vitro zebrał już pierwsze żniwo polityczne. Rezygnacja Dagmary Korbasińskiej-Chwedczuk ze stanowiska dyrektorki Departamentu Równości w Zdrowiu jest interpretowana jako akt bezsilności wobec wewnętrznych blokad w ministerstwie. Nieoficjalnie mówi się, że podział środków był przez dwa miesiące wstrzymywany przez wiceminister Katarzynę Kęcką. Sama Korbasińska-Chwedczuk przyznała w rozmowie z Rynkiem Zdrowia, że "trudności komunikacyjne z nadzorującym ministrem uniemożliwiały właściwe wykonywanie obowiązków".
Tymczasem dla wielu par zegar tyka coraz głośniej. Finansowanie przyznane Warszawskiemu Szpitalowi Południowemu jest tak niskie, że przy obecnym tempie pracy wyczerpie się w mgnieniu oka. Jak mówi dr Damian Warzecha, czarny scenariusz jest bardzo blisko: - Finansowanie, które otrzymaliśmy w tym momencie na rok bieżący, jest dosyć niskie i myślę, że wystarczyłoby nam na funkcjonowanie wyłącznie do maja. To oznaczałoby, że od maja nie możemy kwalifikować kolejnych par do programu - szacuje kierownik placówki. Jak wynika z wyliczeń, przez te braki tylko w tym ośrodku około 100 par zostanie pozbawionych szansy na leczenie w 2026 roku.
Sytuacja jest paradoksalna, ponieważ ogólna pula środków na in vitro miała w tym roku wzrosnąć o 100 milionów złotych względem roku ubiegłego. Gdzie podziały się te pieniądze, skoro publiczne szpitale dostają ich mniej? Na to pytanie lekarze nie otrzymali jeszcze odpowiedzi.
Jak podkreśla w rozmowie z tvn24.pl dr Damian Warzecha, placówka nie zamierza się poddać bez walki: - Jesteśmy w trakcie przygotowywania korespondencji do Ministerstwa Zdrowia z prośbą o weryfikację tych kryteriów oraz przydzielanych środków na rok bieżący. Od wyniku tych rozmów zależą losy setek rodzin, które po latach starań i nadziei, zamiast w gabinecie lekarskim, wylądowały w samym środku urzędniczej batalii o budżet. Program, który miał być symbolem nowej polityki demograficznej, staje się testem wiarygodności państwa wobec swoich obywateli.
Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, tysiące par w Polsce mogą stracić szansę na rodzicielstwo, a widmo zakończenia kwalifikacji wcześniej staje się dla wielu placówek realnym scenariuszem.
Autorka/Autor: Agata Daniluk/ap
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock