Taka interwencja w białostockiej placówce miała miejsce po raz pierwszy. - Pacjent miał naprawdę złe rokowania. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby to wszystko wydarzyło się nawet kilka godzin później - zauważa prof. Tomasz Hirnle, szef Kliniki Kardiochirurgii USK.
Współdziałanie specjalistów z Kliniki Kardiologii, Kliniki Kardiochirurgii oraz Kliniki Kardiologii Inwazyjnej uratowało panu Radosławowi życie. Nie brakowało jednak nieoczekiwanych zwrotów akcji. Na czym polegało postępowanie lekarzy?
"W drugiej dobie wszystko się zmieniło"
"Wydaje się, że za wszystkim stoi tzw. 'przechodzone przeziębienie', może grypa" - relacjonuje szpital na swojej stronie. Według podanych informacji, pan Radosław zmagał się z gorączką, bólem głowy, gorszym samopoczuciem i leczył domowymi sposobami. Po mniej więcej dwóch tygodniach takiej kuracji zaczął się czuć bardzo źle. Wtedy lekarz rodzinny skierował go do szpitala.
"Jak przychodziłem tutaj, miałem problem z oddychaniem, pracą serca. Opadałem z sił. Nawet spod prysznica nie dałem rady wyjść" - wspomina 35-letni pacjent, cytowany na stronie szpitala. Jak zapewnia, nigdy wcześniej nie miał takich problemów.
Lekarze zdiagnozowali ciężką niewydolność serca związaną z bardzo poważnymi zaburzeniami jego rytmu. Pan Radosław od razu został objęty opieką specjalistów z Kliniki Kardiologii, którą kieruje prof. Karol Kamiński. Według jego relacji początkowe leczenie dało szybki efekt, a stan mężczyzny się poprawił. W drugiej dobie nagle wszystko się zmieniło.
Krótkotrwałe sztuczne serce
"Kiedy zobaczyliśmy, że pacjent zaczyna się pogarszać w parametrach, przede wszystkim krwi, od razu poprosiliśmy o konsultację pod kątem leczenia interwencyjnego" - tłumaczy prof. Kamiński w publikacji USK.
Na chorym pochylili się kardiochirurdzy. "Pacjent był w ciężkim wstrząsie kardiogennym, miał praktycznie 'stojące' serce. Jedyną możliwością uratowania życia było wszczepienie pozaustrojowej pompy wspomagania krążenia i oddychania (tzw. ECMO), które natlenowuje krew i zapobiega niedokrwieniu narządów. To dało nam czas, żeby zadecydować co dalej" - komentuje dr Szymon Kocańda, zastępca kierownika Kliniki Kardiochirurgii USK.
ECMO pozwala zastąpić przez pewien czas pracę płuc i serca, dlatego bywa nazywane płuco-sercem. Jak zaznaczają eksperci, samo w sobie nie leczy jednak niewydolnego narządu, daje za to czas potrzebny do wyzdrowienia. Dlatego właśnie ECMO można zastosować jedynie wtedy, gdy istnieje możliwość wyleczenia narządu. Czas wspomagania może być bardzo różny - waha się od kilku dni do maksymalnie kilku tygodni.
W przypadku pana Radosława od decyzji do podłączenia urządzenia za pomocą specjalnych wenflonów wkłuwanych w żyłę udową i tętnicę udową minęło kilkanaście minut.
I znów pacjent początkowo zareagował dobrze. Jego stan był stabilny przez dwie doby, a potem ponownie zaczął się pogarszać. Ale to już lekarzy nie zaskoczyło. Choć ECMO natlenowuje krew i wspomaga pracę narządów, to w dłuższym okresie obciąża serce, nie pozwalając mu na wyrzucanie krwi z lewej komory. Dlatego konieczne było podłączenie pompy odbarczającej lewą komorę serca. Urządzenie to pomaga przepompowywać krew z lewej komory do aorty pacjenta (jest wprowadzane przez tętnicę udową, dalej przez aortę i zastawkę aortalną aż do lewej komory serca). Oba urządzenia podłączył dr Szymon Kocańda, wraz ze swoim z zespołem.
"Te dwa urządzenia, pracujące wspólnie, w pewien sposób dają nam krótkotrwałe sztuczne serce" - tłumaczy prof. Karol Kamiński.
"Pacjent czuł się dobrze"
Wspomaganie pracy serca pana Radosława trwało niespełna dwa tygodnie. Pierwsze zostało odłączone ECMO, a potem pompa wspierająca. Pacjent czuł się na tyle dobrze, że lekarze pozwolili mu nawet porozmawiać z dziennikarzami.
Przez blisko 14 dni odciążone serce pacjenta miało szansę się zregenerować, ale konieczne jest dalsze leczenie. Po zabiegu mężczyzna przeszedł w Klinice Kardiologii dodatkowe badania, by za kilka dni wrócić do domu.