Kiedy Małgorzata Sajan pokazuje w internecie, że je pączka albo ciastko, zazwyczaj dostaje komentarze, zarzucające jej, że to od jedzenia węglowodanów wzięła się jej choroba nowotworowa albo przerzuty.
- Raz córka pacjentki onkologicznej, która wcześniej pytała mnie o rady i normalnie ze mną rozmawiała, zaczęła wypisywać na moim profilu komentarze, że jestem hipokrytką i powinnam świecić przykładem innym chorym, a nie jeść pączki. Chyba każdy z nas, pacjentów onkologicznych, słyszał z różnych stron, że cukier karmi raka i że powinno się go zupełnie wyeliminować z diety - mówi Małgorzata, która w 2018 roku - w wieku 27 lat - zachorowała na raka piersi, a po czterech latach remisji zdiagnozowano u niej przerzuty. Jak wspomina, zaraz po diagnozie odbyła półgodzinną rozmowę z onkologiem, poświęconą żywieniu. Bardzo jej to pomogło. Lekarz nie zalecił restrykcyjnej diety, nie dał listy nakazów i zakazów. Poradził, żeby jadła jak najmniej przetworzone produkty oraz żeby jej posiłki były świeże i najlepiej przygotowywane samodzielnie.
Rozmowa ze specjalistą, obalająca różne mity na temat żywienia w chorobie nowotworowej, jest bardzo potrzebna pacjentom onkologicznym. Z nieprzyjemnymi komentarzami dotyczącymi tego, co jedzą, spotykają się nie tylko ze strony obcych ludzi w internecie, ale czasami również w gronie rodziny i znajomych.
- Mój dziadek notorycznie oceniał i komentował to, co jem. Był zwolennikiem "medycyny alternatywnej", czyli ufał szarlatanom bardziej niż lekarzom i zarzekał się, że on nigdy nie przyjąłby chemioterapii. Dzwonił do mnie i wciskał mi różne suplementy albo dawał porady dietetyczne. Przy stole patrzył na mnie oceniającym wzrokiem. Czasem też wprost komentował to, co jem. Na przykład, kiedy jadłam ciastko do kawy, zapytał, czy na pewno "w moim stanie" mogę sobie pozwolić na coś takiego - opowiada Małgorzata.
Nie ma jednej restrykcyjnej diety
Dr n. o zdr. Emilia Kałędkiewicz, dietetyczka kliniczna, specjalizująca się w pracy z pacjentami onkologicznymi, podkreśla, że restrykcyjna dieta dla osób z chorobą nowotworową nie jest dobrym wyborem.
- W mojej pracy obserwuję, że osoby, które zbyt mocno koncentrują się na przestrzeganiu bardzo restrykcyjnej "idealnej" diety, bardzo szybko się tym męczą i dokładają sobie niepotrzebny, dodatkowy stresor w chorobie, która już i tak jest trudnym doświadczeniem na wielu poziomach. Jedzenie wiąże się czasem z dużym poczuciem winy, dlatego warto, żeby pacjenci już od momentu diagnozy pracowali nie tylko z dietetykami klinicznymi, ale też korzystali ze wsparcia psychoonkologów. Część osób tak bardzo boi się jedzenia, że wyklucza całe grupy produktów. Na przykład, rezygnując z cukru, niektórzy zupełnie odrzucają owoce - mówi specjalistka, podkreślając, że eliminując z diety zbyt dużo produktów, pacjenci mogą doprowadzić się do zespołu wyniszczenia nowotworowego, który jest bardzo niebezpieczny, a jego skutki mogą nie być w pełni odwracalne.
- Namawiam pacjentów, żeby to, co jedzą, było odżywcze, ale też, żeby im smakowało. Jeśli ktoś nie znosi soku z buraków, niech nie pije go na siłę. Zawsze podkreślam też, że lepiej zjeść coś mniej zdrowego niż nic. Lepsza jest zjedzona biała bułka z dżemem niż niezjedzony razowy żytni chleb z awokado - zaznacza dr Kałędkiewicz.