Pseudomedycyna w internecie. Jak nie dać się nabrać?

shutterstock_627331451
Prof. Dawid Murawa o pseudomedycynie: to rzeczywisty problem
Źródło zdj. gł.: Shutterstock
Zaczyna się od obietnicy: oczyścisz organizm, wzmocnisz odporność, ominiesz "chemię". Kończy się czasem odmową szczepienia, przerwaniem terapii albo leczeniem raka tabletką z internetu. Eksperci pokazują, w jaki sposób pseudomedycyna łapie pacjentów.

Kroplówki witaminowe, "oczyszczanie organizmu", diety i suplementy na wszystko - od migreny po raka. Medyczna dezinformacja dawno przestała być tylko osobliwością internetu. Coraz częściej wpływa na realne decyzje pacjentów: rezygnację ze szczepień, przerywanie terapii, odrzucanie leczenia onkologicznego. - Najgroźniejsze kłamstwa medyczne nie wyglądają jak kłamstwa. Ubierają się w kostium prawdy - mówią dr Dorota Sikora i Wioletta Samborska z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, autorki raportu "Dezinformacja medyczna".

Dezinformacja medyczna. Proste recepty na lęk

Jak podkreśla dr Sikora, wokół zdrowia powstał dziś "cały rynek oparty na prostych odpowiedziach na bardzo złożone problemy". - To już nie tylko klasyczne teorie spiskowe. Coraz częściej są to narracje wykorzystujące pojedyncze badania, wyrwane z kontekstu fakty czy półprawdy, które następnie służą do sprzedaży określonych produktów lub usług - zaznacza.

Szczególnie mocno widać to w treściach lifestylowych. Jeszcze kilka lat temu dezinformacja medyczna najczęściej kojarzyła się z ruchem antyszczepionkowym. Dziś coraz większą rolę odgrywają teorie żywieniowe, suplementy, detoksy i obietnice "naturalnego leczenia". - W internecie można znaleźć obietnice, że odpowiednia dieta, suplement albo "oczyszczenie organizmu" rozwiążą niemal każdy problem zdrowotny - zauważa Wioletta Samborska.

Popularność zdobywają treści o pasożytach, cudownych właściwościach witamin, dietach leczących wszystko, a nawet skrajne porady żywieniowe, jak zjadanie całej kostki masła na raz w ramach rzekomo "zdrowej wysokobiałkowej diety". Problem nie kończy się jednak na dziwnych trendach, ale zaczyna się naprawdę wtedy, gdy podobne przekazy skłaniają pacjentów do porzucania terapii zaleconych przez lekarzy.

Pseudomedycyna w internecie. Kiedy "naturalne leczenie" staje się groźne

W sieci można znaleźć porady zachęcające do picia boraksu, korzystania z niesprawdzonych kroplówek witaminowych czy rezygnacji z leczenia na rzecz "naturalnych metod". Ekspertki podkreślają, że najgroźniejsze jest nie tylko samo stosowanie takich praktyk, ale utrata zaufania do lekarzy i medycyny opartej na dowodach. - Pozornie niewinne treści mogą być początkiem drogi prowadzącej do odrzucania szczepień, przerywania terapii onkologicznych czy korzystania z pseudoterapii - wskazuje Samborska.

Dr Sikora dodaje, że dezinformacja medyczna działa szczególnie skutecznie, bo dotyka zdrowia, czyli jednego z najbardziej wrażliwych obszarów życia. - Zdrowie dotyczy każdego z nas. Dlatego dezinformacja bardzo często odwołuje się do lęku o siebie albo o bliskich. W takich sytuacjach ludzie są szczególnie podatni na obietnice szybkich i prostych rozwiązań - tłumaczy.

Szczególnie groźne staje się to w onkologii, gdzie diagnoza oznacza często strach, chaos i desperackie szukanie ratunku. W "Wywiadzie Medycznym" TVN24 prof. Dawid Murawa, chirurg i onkolog, mówi o pacjentach, którzy po zetknięciu z pseudomedycyną trafiają do lekarzy zbyt późno. - Jest grupa osób niezwiązanych z medycyną, które próbują zarabiać na tak zwanej pseudomedycynie. Wymyślają nieprawdziwe historie o leczeniu czymś cudownym, co nie istnieje. To jest rzeczywisty problem - mówi prof. Murawa.

OGLĄDAJ: Przerzuty choroby nowotworowej. Czy to wyrok dla pacjenta?
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Jak podkreśla, w swojej praktyce widział pacjentów, którzy po takich działaniach zgłaszali się po pomoc za późno. Przywołuje też przykład pacjentki z rakiem piersi, która leczyła się "metodami jakimiś tam, ale nie metodami, które leczą raka piersi". - Powinniśmy w twardy sposób egzekwować winę osób szkodzących pacjentom, bo tak należy to nazwać - ocenił.

Prof. Murawa zwraca też uwagę, jak łatwo dziś stworzyć i sprzedawać w internecie pozornie "cudowny" produkt. - Mógłbym dziś wyjść stąd, napisać w mediach społecznościowych, że wymyśliłem coś cudownego, zatrudnić kogoś, kto coś sproszkuje, zrobić z tego tabletki i od jutra sprzedawać je przez internet, mówiąc, że mam coś na raka. To jest proste - mówi w rozmowie z Joanną Kryńską.

Młodzi dorośli podatni na dezinformację medyczną

Z raportu UMW wynika, że szczególnie podatni na dezinformację są dziś młodzi dorośli, choć przez lata problem częściej kojarzono z seniorami. - To osoby, które większość informacji konsumują za pośrednictwem mediów społecznościowych i bardzo rzadko mają nawyk sprawdzania źródeł - mówi dr Sikora.

Przewagę dezinformacji wzmacnia forma: krótkie filmy, emocjonalne historie i język, który udaje naukę. - Żyjemy w kulturze obrazu. Krótkie filmy są łatwe w odbiorze, szybko zapadają w pamięć i bardzo dobrze rozchodzą się w mediach społecznościowych. To sprawia, że stają się idealnym narzędziem rozpowszechniania zarówno wiedzy, jak i dezinformacji - wskazuje Samborska.

Internetowi guru zdrowia często oferują to, czego pacjent szuka w lęku: prostą przyczynę i prostą receptę. - Mówią: znam prawdziwą przyczynę choroby, lekarze ci tego nie powiedzą, mam rozwiązanie. To niezwykle atrakcyjny przekaz dla osoby przestraszonej diagnozą albo zmęczonej długim leczeniem - tłumaczy Samborska.

Naukowe mity wciąż żyją w sieci

W raporcie pojawia się też pojęcie "Zombie Papers", czyli publikacji wycofanych z obiegu z powodu błędów, nierzetelności albo fałszywych danych. - W świecie nauki już nie istnieją - mówi dr Sikora. W internecie jednak nadal bywają używane jako "dowód" na rzekomo ukrywaną prawdę. Tak stało się m.in. z publikacją Andrew Wakefielda sugerującą związek szczepień z autyzmem. Artykuł został wycofany, a jego ustalenia wielokrotnie obalone, ale do dziś wraca w narracjach antyszczepionkowych.

Konsekwencje takich przekazów mogą być bardzo konkretne. Samborska przypomina przykład Japonii, gdzie po medialnych doniesieniach o rzekomych powikłaniach po szczepieniu przeciw HPV poziom wyszczepialności spadł z około 80 proc. do mniej niż 1 proc. - Zarzutów wobec szczepionki nigdy nie potwierdzono, ale skutki paniki okazały się realne. Szacuje się, że przełożyło się to na dziesiątki tysięcy dodatkowych zachorowań na raka szyjki macicy i tysiące zgonów - wskazuje.

W Polsce podobny mechanizm widać w odmowach szczepień u pacjentów wysokiego ryzyka. Ekspertki przywołują dane prof. Piotra Ponikowskiego: spośród 174 osób hospitalizowanych z powodu ciężkiej niewydolności serca lub po zawale aż 100 odmówiło zalecanych szczepień ochronnych.

Lex szarlatan nie wystarczy

Projekt ustawy zwanej "lex szarlatan", która ma m.in. ograniczyć działalność osób oferujących niesprawdzone lub fałszywe "terapie", może być jednym z narzędzi walki z pseudomedycyną. Ekspertki podkreślają jednak, że samymi przepisami nie da się wygrać z dezinformacją. - Same przepisy nie rozwiążą problemu. Mogą być jednym z elementów większego systemu ochrony przed dezinformacją - mówi Samborska.

Dr Sikora dodaje, że potrzebne są także edukacja, odpowiedzialność mediów i odbudowywanie zaufania do nauki. Szczególną ostrożność powinny budzić treści, które grają na silnych emocjach. - Dezinformacja żywi się emocjami. Im bardziej jesteśmy poruszeni, tym łatwiej nami manipulować - mówi.

Ekspertki przestrzegają, że czerwona lampka powinna zapalić się także wtedy, gdy ktoś obiecuje cudowne efekty, mówi o "tajemnicy ukrywanej przez lekarzy" albo namawia do porzucenia leczenia.

Źródło: PAP, tvn24.pl
Czytaj także: