- Sale porodowe - ta propozycja resortu nie spotkała się z zainteresowaniem dyrektorów szpitali. Niektórzy mają "lepszą ofertę", inni - wątpliwości.
- Dlaczego w opinii przedstawicieli organizacji pozarządowych i lekarzy nowe rozwiązanie jest niebezpieczne?
- Zamykanie oddziałów położniczych oznacza dla wielu kobiet poród daleko od miejsca zamieszkania. Z czym się to wiąże? Jak widzą ten problem eksperci?
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w tvn24.pl.
Ministerstwo Zdrowia, próbując odpowiedzieć na potrzeby kobiet, zaproponowało nowe rozwiązanie: w miejsce likwidowanych porodówek miałyby powstawać izby porodowe prowadzone przez położne.
Jak zauważył "Rynek Zdrowia", w ocenie skutków regulacji do rozporządzenia wprowadzającego to nowe rozwiązanie resort zakładał, że świadczenie całodobowej opieki położnej zostanie zakontraktowane przez "około 6 szpitali". Trzeciego marca ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda informowała, że jeden szpital "sygnalizował" możliwość złożenia wniosku o kontrakt z NFZ. Tymczasem Marek Nowicki z "Faktów" ustalił, że żaden szpital nie zdecydował się na taki krok.
"To niebezpieczne rozwiązanie"
- Po prostu z naszych rozmów wynika, że dyrektorzy na dzień dzisiejszy nie są totalnie zainteresowani tworzeniem izb porodowych. Po pierwsze kobiety się tego obawiają, a po drugie dyrektorzy nie wezmą za to odpowiedzialności, bo pierwsze zdarzenie medyczne będzie obciążało dyrektora jednostki, że nie zabezpieczył w razie wypadku czy jakichś powikłań całego procesu - mówił w środowym wydaniu "Faktów" Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.
Obawy dyrektorów szpitali potwierdza też "Rynek Zdrowia". Dziennikarz portalu rozmawiał m.in. z dyrekcjami szpitali w Chodzieży, Sejnach i Lesku. Chodzi między innymi o to, że na oddziałach ginekologiczno‑położniczych rodzące kobiety mają wsparcie całego zespołu - lekarza ginekologa, anestezjologa i pielęgniarki anestezjologicznej. - Tam, gdzie nie ma już porodówek, ale funkcjonują całodobowe oddziały ginekologiczne szpital może nawet proponować ofertę lepszą niż ta, która wynikałaby z opisu wymagań, jakie musi spełnić podmiot realizujący nowe świadczenie - stwierdził dyrektor SPZOZ w Sejnach Waldemar Kwaterski.
W izbie porodowej kobiecie towarzyszy wyłącznie położna. Taki model, zdaniem ekspertów, może być ryzykowny. - Im bardziej przyglądałyśmy się temu nowemu rozwiązaniu, tym bardziej okazywało się ono po prostu niebezpieczne - mówiła w "Faktach" Joanna Pietrusiewicz, prezeska Fundacji "Rodzić po Ludzku".
Jak pisaliśmy już w tvn24.pl, projekt MZ zakłada, że pokoje narodzin będą uruchamiane w sytuacjach, gdy kobieta trafi do szpitala już w zaawansowanej fazie porodu i nie będzie możliwości jej bezpiecznego transportu do oddziału położniczego. Jak wyjaśnia resort, to rozwiązanie nie ma zastępować porodówek ani służyć do przeprowadzania planowych porodów fizjologicznych, ale być zabezpieczeniem dla incydentalnych, nagłych porodów, które mogą wymagać szybkiej reakcji.
Projekt przewiduje także, że w takich sytuacjach położna lub personel medyczny oceni stan rodzącej i - jeśli to możliwe - przetransportuje ją do pełnoprawnej porodówki, z zapewnieniem całodobowego dostępu do transportu medycznego.
Lekarze kontra rzeczywistość
Fundacja zwraca uwagę, że nawet w pozornie fizjologicznym porodzie sytuacja może się w każdej chwili skomplikować. Co wtedy, gdy zabraknie możliwości wykonania cesarskiego cięcia? Resort zdrowia podkreśla, że izby porodowe mają być przeznaczone wyłącznie dla kobiet, u których poród przebiega szybko i bez komplikacji.
- Nie zakładamy tego. Chodzi o sytuację, w której poród postępuje tak gwałtownie, że odbędzie się lada moment, więc w takich przypadkach kończy się on drogami natury - mówił w "Faktach" Tomasz Maciejewski, wiceminister zdrowia.
- Musi być też poradnia ginekologiczno-położnicza w miejscu, gdzie taki punkt działa, więc to też nie jest tak, że położna zostaje sama - dodał Paweł Florek, dyrektor Biura Komunikacji Społecznej i Promocji Narodowego Funduszu Zdrowia. Problem w tym, że porody odbywają się całą dobę, nie tylko w godzinach pracy poradni. - Nie jesteśmy w stanie stworzyć warunków na wszystko - podkreślił Florek.
- Bezpieczny system opieki położniczej powinien być planowany centralnie, a nie w sposób chaotyczny, w zależności od decyzji pojedynczych samorządów - zwracał uwagę w styczniu br. prof. Przemysław Kosiński, kierownik Oddziału Klinicznego Położnictwa, Perinatologii, Ginekologii i Rozrodczości UCK WUM. I wskazywał na brak spójnej strategii.
- Należy określić maksymalny czas dojazdu do oddziału położniczego i wyznaczyć granicę - na przykład 20-30 minut transportu - i w jej ramach porządkować sieć szpitali - proponuje ginekolog.
Poród daleko od domu
Tymczasem w niektórych regionach, np. na Podkarpaciu, "sytuacja jest dramatyczna" - kobiety są zmuszane do wynajmowania mieszkań z dala od domu, by być blisko szpitala z oddziałem położniczym. Zwrócili na to uwagę posłowie i przedstawiciele organizacji pozarządowych podczas dyskusji na sejmowej komisji zdrowia 10 lutego br. Prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku Joanna Pietrusiewicz podkreśliła wtedy, że konsekwencje zamykania porodówek ponoszą przede wszystkim ciężarne kobiety. Wskazała, że przez ostatnie półtora roku wprowadzono wiele potrzebnych zmian, które zwiększyły standard opieki okołoporodowej - np. poszerzenie kompetencji położnej. Zaznaczyła przy tym, że rozwiązania w rozporządzeniu MZ są niewystarczające. - To nie może być jedyna odpowiedź. To rozwiązanie, które z jednej strony ma działać w sytuacjach awaryjnych, wyjątkowych (...), natomiast nie ma odpowiedzi, co w związku z tym, że tak się dzieje - powiedziała Pietrusiewicz. Zaproponowała, że jednym z rozwiązań może być "bon porodowy", czyli wsparcie finansowe i logistyczne dla kobiet mieszkających daleko od ośrodków położniczych. Zdaniem prezeski fundacji obecna sytuacja zagraża bezpieczeństwu zdrowotnemu kobiet. Podkreśliła, że brakuje kompleksowych rozwiązań, bo problem jest systemowy.
Inaczej widzi to wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników prof. Ewa Barcz. Podczas wspomnianego posiedzenia komisji zdrowia podała przykład szpitala, w którym odbywa się 400 porodów rocznie. - Żeby zapewnić 24-godzinną opiekę dwóch lekarzy, musimy mieć w tym oddziale zatrudnionych co najmniej ośmiu lekarzy tak, by oni nie spędzali w szpitalu po pięć dób pod rząd - wskazała wiceprezes. Dodała, że do tego powinna być zapewniona opieka anestezjologa, pielęgniarki i położnej. Zdaniem prof. Barcz zamykanie porodówek służy poprawie bezpieczeństwa pacjentek, gdyż lekarze muszą mieć zachowaną ciągłość praktyki. - Czy któraś z pacjentek w sposób świadomy poszłaby rodzić do kogoś, kto widzi poród raz na tydzień? - pytała wiceprezes. Zwróciła uwagę, że np. kobiety z Siedlec same wybierają szpital w Warszawie albo Lublinie mimo dłuższego dojazdu. Jak dodała, nie ma też danych, które stwierdzają, że teraz kobiety częściej rodzą w trakcie takiej podróży.
"Chcemy ostrzec kobiety"
Fundacja "Rodzić po Ludzku" uważa, że Ministerstwo Zdrowia nie panuje nad sytuacją, a chaos związany z miejscami do rodzenia zaostrza i tak już poważny kryzys demograficzny. - Przede wszystkim nie jesteśmy w stanie już kobietom dostarczać informacji. Dużo się mówi o porodach na SOR-ach, ale my nie wiemy, gdzie one mają rodzić. Co więcej, chcemy je ostrzec, by na tych SOR-ach nie rodziły, bo to nie jest tak, że teraz na każdym SOR-ze kobieta może urodzić, bo tak nie jest - mówiła Joanna Pietrusiewicz.
Polska ma obecnie jeden z najniższych wskaźników dzietności w Europie. W ubiegłym roku w naszym kraju przyszło na świat niespełna 240 tysięcy dzieci - tak źle nie było od wielu dekad. Dla porównania podczas wyżu demograficznego w latach 80. ubiegłego wieku rodziło się w Polsce ponad 700 tys. dzieci rocznie.
Autorka/Autor: Anna Bielecka/ap
Źródło: tvn24.pl, PAP
Źródło zdjęcia głównego: tvn24