- W szpitalu w Mogilnie ujawniono przypadki zawierania niekorzystnych umów z prywatną spółką neurochirurgów, które skutkowały bardzo wysokimi stawkami za zabiegi.
- Spółka Spine z.o.o. przez dziewięć miesięcy działalności zarobiła ponad 2,5 miliona złotych, a stawki za godzinę pracy sięgały nawet 26 tysięcy złotych. Umowę ze spółką miał też m.in. szpital w Miastku, który złożył zawiadomienie do prokuratury.
- Kontrola Narodowego Funduszu Zdrowia wykazała fałszowanie dokumentacji medycznej. Co jeszcze?
- Czym są i jak działają spółdzielnie lekarskie, wyjaśnia ekspert.
O nadużyciach związanych z działalnością spółki Spine z.o.o, założonej przez neurochirurgów z Bydgoszczy, poinformowała Wirtualna Polska. "W małych placówkach powiatowych lekarze seriami wykonywali kilkuminutowe zabiegi, ale zdaniem NFZ sprawozdawali zdecydowanie droższe procedury. Setkom pacjentów założono identyczną dokumentację medyczną. Szpital w Mogilnie zgłosił sprawę do prokuratury, podobnie postąpił zarząd szpitala w Miastku, który boryka się z zadłużeniem wobec spółki (ale w rozmowie z TVN24 nie ujawnia kwot) - wykonywała ona tam zabiegi w okresie od kwietnia 2024 r. do marca 2025 r. NFZ chce tylko od pierwszej z wymienionych placówek ponad 2,6 mln zł kary. Dyrekcja nie ma w lipcu pieniędzy na wynagrodzenia" - relacjonował portal. Jak wskazali dziennikarze, umowę ze spółką Spine na "Zabiegi artroskopowe i przezskórne w zakresie kręgosłupa" podpisała w lipcu 2023 r. poprzednia dyrektor szpitala w Mogilnie, Ewa Bonk-Woźniakiewicz, wcześniej dyrektor Teatru Wybrzeże. "Z korespondencji wynika, że neurochirurdzy zaproponowali warunki, a szpital je przyjął. Bez konkursu ofert, bez negocjacji" - donosi portal.
Kontrola NFZ wykazała szokujące stawki
Gdy nowe władze szpitala wzięły pod lupę dokumentację medyczną, powiadomiły prokuraturę, twierdząc, że była dyrektor działała na szkodę placówki. Wkrótce potem sprawie przyjrzał się NFZ, zarządzając kontrolę. Jak ustalono, spółka prowadziła swoją działalność przez 9 miesięcy i zarobiła ponad 2,5 miliona złotych.
- Myślę, że w państwowej ochronie zdrowia nie ma takich kontraktów. Biorę pod lupę również prywatną ochronę zdrowia, w której też nie ma takich kontraktów, jakie były realizowane u nas w szpitalu - komentował w rozmowie z reporterem TVN24 Sebastian Jankiewicz, obecny dyrektor szpitala w Mogilnie w województwie kujawsko-pomorskim, który zakończył niewłaściwy proceder.
- Gdybyśmy wraz z dyrekcją szpitala nie wykryli tego procederu, a co za tym idzie wcześniej nie zwolnili poprzedniej pani dyrektor, pewnie do dziś ten proceder by trwał, a zakończył się półtora roku temu. Strata jest wizerunkowa. Za pacjentem idą do szpitala pieniądze, a w tej chwili boję się, że chorzy mogą wybierać inne placówki. Myślę jednak, że do tego nie dojdzie. Kadra medyczna jest u nas bardzo dobra, a to, że wykryliśmy ten proceder, to dowód, że postąpiliśmy uczciwie - mówił w TVN24 Tomasz Krzesiński, starosta powiatu mogileńskiego.
- Na przyszłość ustawodawca powinien albo zrobić kominy maksymalnego wynagrodzenia dla lekarzy, albo rozwiązać sytuację tak, by lekarz nie mógł pracować w prywatnej i państwowej służbie zdrowia - dodał starosta.
"Ujawnione dziś zarobki neurochirurgów 26 tysięcy złotych za godzinę nie zostaną ujęte w ustawie o jawnych zarobkach na PESEL, bo ta nie obejmuje spółek" - zauważył w poniedziałek we wpisie na platformie x Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej (NIL). "Potwierdzamy, że NIL zgłosił do Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej lekarzy neurochirurgów, których działania zostały opisane w dzisiejszym artykule Wirtualnej Polski. Każda wiarygodna informacja o możliwym naruszeniu zasad wykonywania zawodu wymaga wyjaśnienia" - poinformowała z kolei Iwona Kania, rzeczniczka NIL, w oficjalnym komunikacie.
Jak dodała, sprawa ta pokazuje, jak ważne jest, aby wyceny świadczeń przygotowywane przez AOTMiT i mechanizmy finansowania przez NFZ ograniczały możliwość tworzenia bodźców do niewłaściwego kwalifikowania lub rozliczania procedur. "System powinien premiować jakość leczenia i bezpieczeństwo pacjenta, a nie wykorzystywanie różnic w wycenach świadczeń" - podkreśliła.
Do sprawy odnieśli się także politycy. "Doktor od '26 tys. za godzinę' za PIS był min: prezesem Agencji Rezerw Materiałowych, w zarządzie ENEA, członkiem Społecznego Komitetu Poparcia J. Kaczyńskiego, dyrektorem w MF. Wtedy premierem był Morawiecki. Umowę podpisano u schyłku rządów PiS. Pewnie przypadek..." - napisał na portalu społecznościowym Marcin Kierwiński, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Czym są spółdzielnie lekarskie?
- Spółdzielnie lekarskie to potoczna nazwa spółek, zazwyczaj działających na podstawie Kodeksu spółek handlowych, które zostały powołane w celu zwiększenia siły negocjacyjnej lekarzy w rozmowach z dyrektorami szpitali. Jeśli dla placówki zagrożeniem bywa nawet odejście jednego lekarza, to co dopiero odejście na przykład pięciu lub sześciu? Te spółdzielnie często też finansują wynagrodzenia innych niż lekarze pracowników. Mówimy więc o sytuacji całkowitego uzależnienia - wyjaśnia w rozmowie z tvn24.pl Wojciech Wiśniewski z Polskiego Towarzystwa Gospodarczego. - Jest wiele szpitali, w których spółdzielnie lekarskie doprowadziły do bardzo dużych trudności finansowych. Zasadniczo też, tam, gdzie działają spółdzielnie, mamy do czynienia również z kominami płacowymi - dodaje Wiśniewski. Jak tłumaczy, pomysł zakazu działalności spółdzielni lekarskich w takim rozumieniu, że szpitale nie mogłyby podpisywać z nimi umów, pojawił się już podczas posiedzenia Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia dokładnie rok temu. - Była to propozycja ministerialna. Jako strona pracodawców poparliśmy tę propozycję. Związki też były za ograniczeniem tej działalności. Tylko że z tą sprawą nic się nie wydarzyło. Dlaczego? To dobre pytanie do ministerstwa - mówi Wojciech Wiśniewski, który jest członkiem i współprzewodniczącym Zespołu.
Właśnie takie pytanie skierowaliśmy do resortu zdrowia. Czekamy na odpowiedź.
Zbieranie danych o wynagrodzeniach pomoże?
Czy w zapobieganiu patologiom w ustalaniu stawek medyków pomoże ustawa, która pozwala powiązać informacje o wynagrodzeniach lekarzy i innych medyków z numerem PESEL lub numerem prawa wykonywania zawodu? Zdaniem Wojciecha Wiśniewskiego akt przyjęty przez Sejm ma pewną lukę. - Jeśli ktoś chowa się za osobowością prawną, w tym przypadku spółką, to nie będziemy wiedzieli, jakie są zarobki w ramach tego podmiotu. Drugie takie miejsce, gdzie mamy duży problem, to diagnostyka obrazowa. Podwykonawcami szpitali często są duże sieci diagnostyczne i tam też nie będziemy w stanie zajrzeć - zwraca uwagę ekspert.
Nowelizacja ustawy, która czeka teraz na podpis prezydenta, ma objąć wszystkie zawody medyczne i większość personelu zatrudnionego w publicznych podmiotach leczniczych. Chodzi o możliwość ustalenia, ile zarabia konkretna osoba, jeśli pracuje w kilku placówkach jednocześnie albo w jednej, ale jest w niej zatrudniona zarówno na etacie, jak i na kontrakcie.
W przesłanej do tvn24.pl we wtorek odpowiedzi resort zdrowia uspokaja: - Po zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz ustawy o działalności leczniczej podmiot wykonujący działalność leczniczą, w tym również jako podwykonawca innego podmiotu, powinien przekazywać, na wniosek Ministra Zdrowia, informacje o wysokości wynagrodzenia i wymiarze czasu pracy osób zatrudnionych w tym podmiocie.