Monika zaginęła 16 lipca 1994 roku.
Porwał ją własny ojciec - Robert B. Wykorzystał moment, kiedy dziadkowie poszli do apteki po leki dla chorej dziewczynki. On miał poczekać z nią przed sklepem.
Kiedy jednak dziadkowie wyszli, przed budynkiem nie było już ani mężczyzny, ani wózka z Moniką w środku.
Zaginięcie córki zgłosiła jej matka Magdalena.
Po kilku dniach B. wrócił, ale bez Moniki. Oszukał żonę, że dziewczynka jest u znajomych w Katowicach. Obiecał, że zaprowadzi ją do córki, jeśli odwoła poszukiwania.
Tak też zrobiła.
Jak się później okazało, było to jedno z wielu kłamstw mężczyzny. Nie tylko zmieniał wersje wydarzeń na temat tego, co stało się z dzieckiem, ale też przez lata znikał, ukrywając się przed wymiarem sprawiedliwości.
- Jak doszło do zaginięcia niemal półtorarocznej dziewczynki?
- Dlaczego pojawiła się nadzieja na odnalezienie Moniki po 26 latach?
- Co o sprawie sądzi emerytowany policjant, który szukał zaginionej?
- Dlaczego mimo wyroku sądu wciąż nie wiadomo, co stało się z Moniką?
Został skazany i ponownie uciekł
Za Robertem B. wystawiono międzynarodowy list gończy. Został zatrzymany w 1998 roku w Austrii. Wrócił do Polski, gdzie został tymczasowo aresztowany.
Po uchyleniu aresztu mężczyzna znowu uciekł z kraju i przez kilka lat był nieuchwytny.
Ponownie wydano za nim list gończy, a także Europejski Nakaz Aresztowania. Ostatecznie jednak sam zgłosił się do śledczych. Postanowił wrócić do Polski, ale postawił warunek - otrzymania listu żelaznego, który gwarantował mu wolność do czasu zapadnięcia wyroku sądu. I tak też się stało.
Robert B. w trakcie składania wyjaśnień przyznał, że sprzedał własną córkę za 20 milionów starych złotych (obecnie to około dwóch tysięcy złotych).
Kiedy jednak proces ruszył, zmienił zdanie i nie przyznawał się do winy.