|

Nie miała nawet półtora roku, gdy została sprzedana przez ojca. Teraz Monika skończyłaby 33 lata

Monika zaginęła w 1994 roku
Monika zaginęła w 1994 roku
Źródło: archiwum rodzinne/ TVN24
Miała niecałe półtora roku, kiedy zaginęła. Za porwanie i sprzedaż córki sąd skazał jej ojca. Jeśli Monika żyje, właśnie kończyłaby 33 lata. - Jej ojciec, Robert B., dostał maksymalny wyrok kary - 15 lat więzienia. Trudno to jednak nazwać sukcesem. Nie wiemy, co się stało z Moniką. Ja myślę, że B. nigdy nie powiedział prawdy - mówi TVN24+ Zbigniew Prokop, emerytowany policjant, który prowadził sprawę zaginięcia. Artykuł dostępny w subskrypcji

Monika zaginęła 16 lipca 1994 roku.

Porwał ją własny ojciec - Robert B. Wykorzystał moment, kiedy dziadkowie poszli do apteki po leki dla chorej dziewczynki. On miał poczekać z nią przed sklepem.

Kiedy jednak dziadkowie wyszli, przed budynkiem nie było już ani mężczyzny, ani wózka z Moniką w środku.

Zaginięcie córki zgłosiła jej matka Magdalena.

Po kilku dniach B. wrócił, ale bez Moniki. Oszukał żonę, że dziewczynka jest u znajomych w Katowicach. Obiecał, że zaprowadzi ją do córki, jeśli odwoła poszukiwania.

Tak też zrobiła.

Jak się później okazało, było to jedno z wielu kłamstw mężczyzny. Nie tylko zmieniał wersje wydarzeń na temat tego, co stało się z dzieckiem, ale też przez lata znikał, ukrywając się przed wymiarem sprawiedliwości.

Z tego artykułu dowiesz się:
  • Jak doszło do zaginięcia niemal półtorarocznej dziewczynki?
  • Dlaczego pojawiła się nadzieja na odnalezienie Moniki po 26 latach?
  • Co o sprawie sądzi emerytowany policjant, który szukał zaginionej?
  • Dlaczego mimo wyroku sądu wciąż nie wiadomo, co stało się z Moniką?

Został skazany i ponownie uciekł

Za Robertem B. wystawiono międzynarodowy list gończy. Został zatrzymany w 1998 roku w Austrii. Wrócił do Polski, gdzie został tymczasowo aresztowany.

Po uchyleniu aresztu mężczyzna znowu uciekł z kraju i przez kilka lat był nieuchwytny.

Ponownie wydano za nim list gończy, a także Europejski Nakaz Aresztowania. Ostatecznie jednak sam zgłosił się do śledczych. Postanowił wrócić do Polski, ale postawił warunek - otrzymania listu żelaznego, który gwarantował mu wolność do czasu zapadnięcia wyroku sądu. I tak też się stało.

Robert B. w trakcie składania wyjaśnień przyznał, że sprzedał własną córkę za 20 milionów starych złotych (obecnie to około dwóch tysięcy złotych).

Kiedy jednak proces ruszył, zmienił zdanie i nie przyznawał się do winy.

Czytaj także: