Prokuratura Rejonowa w Nysie w piątek postawiła zarzuty naczelnikowi Wydziału Techniki Operacyjnej Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
- Ryszard J. usłyszał zarzut przekroczenia uprawnień oraz uporczywego i złośliwego naruszania praw pracowniczych ośmiu swoich podwładnych poprzez krytykowanie realizowanych obowiązków służbowych, przydzielanie zadań nieadekwatnych do posiadanych kompetencji, poniżanie przed zespołem wydziału poszczególnych osób, różnicowaniem tych osób, a także zwracaniem się w sposób agresywny, obraźliwy do poszczególnych pracowników, co ostatecznie spowodowało u tych osób szereg przypadłości natury psychicznej i psychosomatycznej. Czyn ten został zakwalifikowany jako przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego oraz naruszenie praw pracowniczych przez osobę, która powinna tych praw przestrzegać - mówi prokurator Stanisław Bar, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Opolu.
Jak informuje, do zachowań miało dochodzić w latach 2014-2024, kiedy Ryszard J. pracował najpierw jako kierownik zespołu, potem zastępca naczelnika, a później naczelnik Wydziału Techniki Operacyjnej Komendy Wojewódzkiej Policji.
Naczelnik nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Grozi mu do pięciu lat pozbawienia wolności.
Ryszard J. już na początku lutego otrzymał wezwanie do Prokuratury Rejonowej dla Wrocławia - Stare Miasto. Nie stawił się jednak na przesłuchanie. - Do prokuratury wpłynął wniosek jego obrońcy o wyłączenie wrocławskiej prokuratury od prowadzenia postępowania w tej sprawie - przekazała w połowie lutego Karolina Stocka-Mycek z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.
W połowie lutego sprawa została przekazana do Prokuratury Rejonowej w Nysie. - Decyzją komendanta wojewódzkiego policji we Wrocławiu został zawieszony do 10 kwietnia - przekazała aspirat sztabowy Monika Kaleta z sekcji prasowej Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
Metamorfoza po awansie
Udało nam się dotrzeć do pięciu byłych podwładnych Ryszarda J., którzy opowiedzieli nam, jak funkcjonował wydział, w którym pracowali pod jego kierownictwem. Żaden z nich nie chce pokazać twarzy, wszyscy poprosili o zmianę imion.
Większość z nich pamięta Ryszarda J. jeszcze z czasów, kiedy nie był naczelnikiem ani ich przełożonym. - Nie dał się poznać z tej strony - mówi Adam.
- Był osobą bardzo miłą, wesołą, uśmiechniętą, potrafił żartować. Był takim człowiekiem do tańca i do różańca - wspomina Mariusz Ryszarda J., gdy ten jeszcze nie był jego kierownikiem.
Kiedy awansował na naczelnika, osoby z sekcji, którą wcześniej kierował, ostrzegały ich przed nim, opisując jego zachowania. - My w to nie wierzyliśmy, dopóki sami na swojej skórze się nie przekonaliśmy, jak wygląda zarządzanie przez tego człowieka tak wielkim wydziałem - mówi Adam.
- Od tego momentu byłem nieudolny, nic nie umiałem, nic nie potrafiłem, do niczego się nie nadawałem - opowiada Mariusz, który przyznaje, że żył w ciągłym strachu.
"Najdrobniejszy błąd urastał do rangi jakiegoś zabójstwa"
Jak twierdzą byli podwładni, Ryszard J. miał zarządzać wydziałem poprzez generowanie konfliktów. Jak mówi Mariusz, normą stały się z jego strony krzyki, publiczne upokarzanie czy wyrzucanie policjantów z jego pokoju. - Ludzie to słyszeli. Nawet jak drzwi były zamknięte, a są podwójne drzwi, to nawet było słychać na korytarzu, jak potrafił się drzeć - mówi. - Nawet najdrobniejszy błąd, typu źle postawiony przecinek w tekście, kilkuminutowe spóźnienie, urastał do rangi jakiegoś zabójstwa - relacjonuje Mariusz, który odszedł z policji po prawie dwudziestu latach służby.
To, na co wskazują wszyscy byli funkcjonariusze, to zachowanie podczas odpraw, na których miał obrażać funkcjonariuszy i wytykać publicznie błędy.
- Bardzo często na odprawach to było wytykanie palcami, umniejszanie roli, ośmieszanie - wylicza Adam.
Potwierdza to Olaf, który także poznał Ryszarda J. jeszcze, gdy nie pełnił funkcji kierowniczych. - Zazwyczaj wybierał sobie jedną osobę i po prostu wylewał na nią całą swoją frustrację. Reszta siedziała cicho i modliła się z głową w dół spuszczoną, żeby tylko na tę osobę nie spojrzał i nie zaczął o niej mówić - wspomina.
Jak dodaje, regularnie też wracał do błędów popełnionych w przeszłości przez konkretne osoby, sugerując, że nie nadają się do pracy w tym wydziale i powinny się przenieść. - Kiedy człowiek powiedział: "Dobrze, to się przeniosę, tu znajdę sobie miejsce i tam pójdę", to słyszał: "Nie, nie przeniesiesz się tam, gdzie ty chcesz, tylko przeniesiesz się tam, gdzie ja chcę. To nie jest przedszkole”.
- Odnosiliśmy wrażenie, jakby ten człowiek każdego dnia czyhał na nasze najdrobniejsze potknięcie - dodaje Adam.
- Naczelnik bardzo łatwo wybuchał złością, źle postawione pytanie czy stwierdzenie wyprowadzało go z równowagi, dochodziły elementy obrażania, wyzwisk - wylicza Łukasz, który w Wydziale Techniki Operacyjnej pracował piętnaście lat.
"Folwark" naczelnika
Same odprawy naczelnik miał często wyznaczać na godzinę 15.30, kiedy jego podwładni kończyli pracę i trzymać ich po kilkadziesiąt minut po godzinach pracy. - A jak człowiek się czasem spóźnił pięć minut rano, to na odprawie od razu padało pytanie: "A gdzie jest ta osoba? Ona się notorycznie spóźnia. On nigdy na czas nie może przyjechać". A człowiekowi zdarzyło się to drugi raz w roku - opowiada Olaf, który z dnia na dzień został skierowany z pracy operacyjnej na ulicę. O swoim przeniesieniu z Wydziału Techniki Operacyjnej do patrolu ogniwa interwencyjnego dowiedział się w wigilię. - Człowiek pracując w tym wydziale nie może swojej twarzy pokazywać, ujawniać, że pracuje w policji. A tutaj po prostu przychodzę i mam wyjść na ulicę na normalny patrol. A nie miałem wcześniej nawet żadnej nagany! - mówi.
- To był po prostu jego folwark - ocenia Olaf. Jak dodaje, przez ponad 10 lat pracy w wydziale miał 11-12 kierowników. - Kierownik nawet nie wytrzymywał jednego roku. Tak był niszczony psychicznie, że po prostu rezygnował. Niektórzy przychodzili, zobaczyli, co się dzieje, i odchodzili na emeryturę albo wracali do swojej macierzystej jednostki.
Komendant wojewódzki z uwagi na dużą liczbę anonimów zlecił wydziałowi kontroli przeprowadzenie ankiety na temat naczelnika. Pracownicy wypełniali je anonimowo.
- Były dwie ankiety, które były przeprowadzane wobec tego pana. One były bardzo sprytnie w jakiś sposób zatuszowane, nie ujrzały światła dziennego. Były zgłaszane do psychologów policyjnych, to grupa kilkunastoosobowa. Ankiety wypadały bardzo niekorzystnie, natomiast nie było żadnego odzewu dalej - mówi Adam.
W ankiecie ze stycznia 2023 roku swoje ośmioletnie doświadczenia z naczelnikiem opisała Karolina. - Byłam jedyną kobietą w sekcji. Czułam się poniżana przez pana kierownika i dyskryminowana - mówi.
Przez lata służby nie doczekała się u niego żadnego awansu. - Koledzy, nie mający nawet licencjata, magistra, awansowali na grupę specjalistów czy oficerów, ale oni byli mężczyznami. Premie dostawałam zawsze najniższe. Ciągle słyszałam, że koledzy z sekcji się na mnie skarżą. Kiedy pytałam się, kto się na mnie skarży, to słyszałam zawsze, że nie może powiedzieć, bo ta osoba chce pozostać anonimowa.
Kiedy opisała swoje relacje z naczelnikiem w ankiecie, liczyła, że wpłynie ona na funkcjonowanie wydziału. Stało się jednak inaczej. - Zostałam wezwana na rozmowę dyscyplinującą i pan naczelnik cytował mnie z tej anonimowej ankiety - opowiada.
- On takiego dokumentu nie powinien w ogóle mieć. A dysponował czymś takim. Co ludzie mieli zrobić? Nikt nigdzie nie szedł, bo każdy wiedział, że nic nie zrobi. Ludzie byli bezsilni. Byli doprowadzeni do takiego stanu, że szło po prostu tylko siąść i płakać. I płakali, zarówno kobiety, jak i mężczyźni - mówi Mariusz.
Wydział rozbity
Wszyscy funkcjonariusze, którzy zdecydowali się nam opowiedzieć swoje historie, nie pracują już w Wydziale Techniki Operacyjnej Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
Praca kosztowała ich wiele zdrowia i nerwów. Olaf brał leki na uspokojenie, sięgał po pracy po alkohol, trafił do psychiatry. - Mało mi się małżeństwo nie rozpadło - mówi. Gdy tylko osiągnął prawa emerytalne, odszedł z policji.
- Państwo zainwestowało naprawdę kupę pieniędzy w moje wykształcenie. Byłem jednym z dwóch specjalistów w swoim wydziale. Dla nas kupowano sprzęt, za dwa miliony złotych, który teraz leży, bo nikt nie umie się tym zajmować - mówi były policjant.
Dni do możliwości przejścia na wcześniejszą emeryturą odliczał Łukasz. Gdy był jeszcze na służbie, brał leki na bezsenność i odwiedzał psychologa.
Mariusz ma poważne problemy z sercem. - Nie było mi dane popracować jeszcze naście lat w policji, gdzie tej policji oddałem praktycznie wszystko: swój czas, zaniedbywałem rodzinę, bo praca była dla mnie wszystkim. Ale po pracy z tym człowiekiem po prostu odechciewało się wszystkiego.
Adam zmienił jednostkę. Przyznaje, że cały czas jest na lekach. - To jest nie do pomyślenia, żeby ktoś taki w tych czasach piastował tak wysokie stanowisko i tak sprytnie ukrywał się przed Komendantem Wojewódzkim Policji we Wrocławiu.
To Karolina w sierpniu 2023 roku złożyła zawiadomienie w sprawie naczelnika do Prokuratury Wrocław - Stare Miasto. - Wcześniej nikt nie chciał wszcząć procedury antymobbingowej na pana naczelnika - mówi.
Sprawa najpierw została umorzona. Postępowanie wznowiono po tym, jak sąd kazał ją rozpatrzyć ponownie.
Gdy sprawą zajęło się Biuro Spraw Wewnętrznych, przeniesiono ją do innej jednostki, do dochodzeniówki, po czym po 18 latach usunięto ją ze służby. - Komisja lekarska uznała mnie za niezdolną do służby z uwagi na moje zaburzenia nerwicowe. Przyszłam do policji jako funkcjonariusz zdrowy, niestety wyszłam z nerwicą. Mnie nie zniszczyła praca, mnie zniszczył jeden człowiek, pan naczelnik - kończy.
Nasza redakcja podjęła próbę kontaktu z tymczasowo zawieszonym naczelnikiem za pośrednictwem sekcji prasowej KWP. - Nie sądzę, żeby była szansa na taką rozmowę - przekazał nam asp. Paweł Noga z sekcji prasowej policji.
Sprawa jest w toku. Poza zarzutami, które usłyszał naczelnik, nie zapadły żadne rozstrzygnięcia.
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: TVN24