Proces w sprawie śmierci Stachowiaka. Policjant: paralizatora użyłem w stanie wyższej konieczności

Wrocław

Aktualizacja:
Proces w sprawie śmierci Igora Stachowiaka. Przed sądem jeden z oskarżonychtvn24
wideo 2/35

Przed wrocławskim sądem ruszył proces byłych policjantów, którzy zatrzymywali Igora Stachowiaka. 25-latek - wobec którego użyto paralizatora - zmarł w komisariacie. Mężczyźni oskarżeni są o przekroczenie uprawnień i znęcanie się nad zatrzymanym. Przed sądem pojawił się tylko jeden z nich.

- Liczymy na to, że sprawa zostanie pilnie rozpoznana i zakończona - powiedział przed wejściem na salę rozpraw Mikołaj Pietrzak, pełnomocnik rodziny Igora Stachowiaka.

Na ławie oskarżonych powinno zasiąść czterech byłych funkcjonariuszy. Jednak w sądzie pojawił się tylko jeden z nich - Łukasz Rz., który raził 25-latka paralizatorem. Mężczyzna zastrzegł, że nie będzie odpowiadał na pytania rodziców Igora Stachowiaka, ani na pytania zadawane przez ich pełnomocników. Po odczytaniu aktu oskarżenia powiedział, że rozumie o o co jest oskarżony, ale się do tego nie przyznaje.

Wszyscy byli policjanci odpowiadają z wolnej stopy. Dlatego trzech pozostałych oskarżonych nie miało obowiązku stawić się przed sądem.

Proces w sprawie śmierci Igora Stachowiaka tvn24

Po odczytaniu aktu oskarżenia Łukasz Rz. rozpoczął składanie wyjaśnień. Opisywanie tego, co wydarzyło się rano 15 maja 2016 roku byłemu policjantowi zajęło ponad dwie godziny. Mówił o tym, jak feralnego dnia wyglądała jego służba, o poleceniu pojechania na Rynek, gdzie patrol miał sprawdzić mężczyznę "w pomarańczowej bądź brązowej bluzie". Relacjonował, że Igor Stachowiak nie chciał współpracować i "ciężko było nawiązać z nim porozumienie". Twierdził też, że gdy rozpoczynał interwencję zauważył na policzku 25-latka otarcie naskórka. Wtedy miał zapytać mężczyznę, czy potrzebuje pomocy medycznej. Stachowiak miał odmówić. Miał być agresywny dlatego użyto wobec niego paralizatora. Opowiedział o tym, co działo się na komisariacie i o kolejnym użyciu tasera. Momentami zasłaniał się niepamięcią.

Sąd zdecydował, że skoro mężczyzna nie pamięta niektórych szczegółów to odczyta zeznania złożone w trakcie śledztwa. Po tym Rz. powiedział: "Jako człowiekowi jest mi niezmiernie przykro, że cała sytuacja zakończyła się w tak tragiczny sposób".

Następnie rozpoczęły się pytania do oskarżonego. Te mógł zadawać tylko obrońca mężczyzny i oskarżyciel publiczny. W odpowiedzi na jedno z pytań Rz. powiedział, że paralizatora "użył w stanie wyższej konieczności". Tłumaczył też, dlaczego nie zdecydował się na użycie gazu. Jak wskazywał, w małym pomieszczeniu mógłby zaszkodzić nie tylko zatrzymanemu, ale także innym policjantom. Wyjaśniał, dlaczego nie użył pałki. Nie zdecydował się na to, bo bał się połamania kości mężczyzny.

Na pierwszej rozprawie przesłuchani mieli być też rodzice zmarłego 25-latka. Ojciec złożył swoje zeznania, natomiast na zeznania matki nie starczyło już czasu. Sąd zakazał relacjonowania zeznań świadków.

Miał zaczepiać przechodniów, nie chciał wyciągnąć ręki z kieszeni

25-letni Igor Stachowiak został zatrzymany 15 maja 2016 roku na wrocławskim Rynku. Tej nocy bawił się w jednym z pobliskich klubów. Wyszedł krótko po piątej rano. Rozmawiał jeszcze z ochroniarzami. Po czym poszedł w swoją stronę. Na nagraniach z kamery monitoringu widać, że tego poranka raczej nie miał celu. Snuł się po Rynku. To wzbudziło zainteresowanie operatora monitoringu. Ten śledził każdy ruch 25-latka. Nie spuszczał z niego "wzroku" kamery nawet wtedy, gdy Stachowiak stanął przy ławce nieopodal placu Gołębiego.

W końcu zaniepokojony zachowaniem mężczyzny poprosił o interwencję policjantów. Jak wynika z akt sprawy, Stachowiak miał wywrzeć na operatorze wrażenie osoby pobudzonej, bo zaczepiał przechodniów i bez celu chodził z jednego miejsca w drugie.

Operatora monitoringu zainteresowało także to, że po zbliżeniu kamery na twarz 25-latka ta "łudząco przypomniała mu" mężczyznę, który policjantom uciekł kilka dni wcześniej. Po godzinie szóstej na Rynku pojawił się pierwszy patrol. Policjanci rozmawiali ze Stachowiakiem i zanotowali coś w służbowych notatnikach. Jak relacjonowali później, próbowali wylegitymować mężczyznę. 25-latek cały czas trzymał rękę w tylnej kieszeni spodni. To miało niepokoić policjantów. Jak czytamy w aktach sprawy, Igor miał stać się agresywny, nie wykonywał też policyjnych poleceń i nie chciał pokazać, co posiada w tylnej kieszeni.

Szarpanina, paralizator i kajdanki

Dwóch policjantów próbowało obezwładnić Igora. Doszło do szarpaniny. Na Rynek skierowano kolejny patrol. Jednak funkcjonariusze wciąż nie potrafili poradzić sobie z 25-latkiem. Jeden z nich - Łukasz Rz. - wyciągnął paralizator i dwukrotnie raził Igora prądem. Policjanci próbowali założyć mężczyźnie kajdanki. Ten się stawiał, nie chciał poddać, krzyczał. W końcu mundurowym udało się zakuć podejrzewanego od przodu. Tak obezwładnionego Stachowiaka dwóch z mundurowych wzięło pod ręce, dwóch za nogi i wsadziło go do radiowozu.

Wokół próbujących zatrzymać mężczyznę policjantów zebrała się grupka osób. Niektórzy wyciągnęli telefony komórkowe i zaczęli nagrywać to jak wyglądała interwencja. To nie spodobało się funkcjonariuszom, którzy po zatrzymaniu Stachowiaka postanowili wyłapać świadków, których nazwali "reporterami". Czytaj więcej

Co było dalej? - Zgodnie z procedurami Stachowiak miał zostać przewieziony do komisariatu. Jednak w momencie powiadomienia o tym wpadł w szał. Policjanci użyli paralizatora, następnie zabrali mężczyznę - relacjonował, w dniu wydarzeń, redakcji Kontaktu24 asp. sztab. Łukasz Dutkowiak z biura prasowego dolnośląskiej policji.

Interwencja policji. Nagranie świadka

Przeszukanie w toalecie

Radiowóz z Igorem Stachowiakiem pojechał do komisariatu przy ulicy Trzemeskiej. Okazało się, że był osobą poszukiwaną przez policję w związku ze sprawą o oszustwo. Jednak to nie on kilka dni wcześniej im uciekł.

Mężczyznę umieszczono w pokoju, w którym sporządza się dokumentację. Tam, jak twierdzą funkcjonariusze, miał zachowywać się niespokojnie. Nie chciał siedzieć na ławce, usiadł na podłodze, na środku pomieszczenia. Miał być niespokojny. Jego zachowanie obserwowało trzech innych mężczyzn: dwóch świadków, którzy nagrywali zatrzymanie Stachowiaka i podejrzewany o kradzież rowerów.

25-latka z pokoju policjanci wyprowadzali dwukrotnie. Za pierwszym razem po to, by sprawdzić, czy był trzeźwy. Był. Za drugim razem policjanci zabrali go do toalety, by dokonać przeszukania. Jak twierdzili funkcjonariusze, mężczyzna na wieść o przeszukaniu wpadł w szał. Miał krzyczeć i szarpać się. Krzyczeli też policjanci.

Łukasz Rz. po raz kolejny użył wobec Igora paralizatora. Do nagrań z tego urządzenia dotarł Wojciech Bojanowski, reporter "Superwizjera". Widać na nich jak prąd razi mężczyznę, który zakuty w kajdanki leży na podłodze toalety.

ZOBACZ REPORTAŻ "SUPERWIZJERA" TVN

"Powiedziano nam, że spadł z krzesła"

Po tym 25-latek miał się uspokoić i zaczął wykonywać polecenia funkcjonariuszy. Jednak, jak twierdzą policjanci, trwało to tylko chwilę. Bo mężczyzna nagle wybiegł do pokoju zatrzymań. Tam jeszcze miał stawiać opór. Do momentu aż stracił przytomność. Reanimować próbował go Paweł P., który był obecny podczas przeszukania w toalecie. Na miejsce wezwano pogotowie ratunkowe. Lekarz stwierdził zgon Igora Stachowiaka. Policjanci, którzy brali udział w zatrzymaniu mężczyzny, zostali początkowo odsunięci od służby. Twierdzili, że mógł on być pod wpływem środków odurzających.

Maciej Stachowiak, ojciec zmarłego 25-latka, mówił że początkowo funkcjonariusze przedstawili mu zupełnie inną wersję wydarzeń. - Najpierw powiedziano nam, że była jakaś szamotanina na komendzie. Później, że nic się nie stało, a on, nie wiadomo dlaczego spadł z krzesła - opowiadał pan Maciej. A Mariusz Błaszczak, ówczesny minister spraw wewnętrznych i administracji, podkreślał: "bardzo nam zależy, by wyjaśnić tę sprawę i zapewniam, że wyjaśnimy ją rzetelnie". Czytaj więcej

Brak nagrań i zamieszki przed komisariatem

To, co stało się z Igorem Stachowiakiem, mógłby pomóc wyjaśnić zapis z kamer monitoringu. 15 maja 2016 roku w komisariacie zainstalowany był monitoring. Jednak żadna z kamer nie zarejestrowała tego, co działo się w budynku. Jedyny zachowany zapis przedstawia to, co działo się na zewnątrz policyjnej siedziby.

Przed komisariatem po śmierci mężczyzny doszło do zamieszek. Kilkadziesiąt osób zostało zatrzymanych i usłyszało zarzuty.

Dlaczego 25-latek zmarł?

Sprawę śmierci mężczyzny najpierw miała wyjaśniać wrocławska prokuratura. Kilka dni później sprawa została przekazana do śledczych z Legnicy. Ostatecznie zajęli się nią prokuratorzy z Poznania.

Sekcja zwłok wykazała, że do nagłej śmierci mężczyzny doszło najprawdopodobniej na skutek połączenia trzech czynników: przyjęcia wysokich, toksycznych dawek amfetaminy, tramadolu oraz substancji z grupy syntetycznych katynonów, kilkukrotnego rażenia prądem z paralizatora, z powodu wywierania - prawdopodobnie wielokrotnego - silnego ucisku na szyję przez osobę lub osoby drugie podczas obezwładniania. Kolejne opinie wykazały, że 25-latek zmarł na skutek syndromu excited delirium, czyli zespołu groźnych dla życia powikłań, charakterystycznych dla narkomanów i osób z zaburzeniami psychicznymi. Czytaj więcej na ten temat

Dymisje w policji po reportażu "Superwizjera"

Wojciech Bojanowski, reporter TVN, ponad rok po śmierci w komisariacie pokazał, jak wyglądały ostatnie chwile życia 25-latka. Ujawnił także to, że żaden z funkcjonariuszy zatrzymujących Igora Stachowiaka, nie stracił pracy.

Po emisji materiału minister spraw wewnętrznych i administracji, a także Komendant Główny Policji podjęli decyzję o powołaniu specjalnego zespołu kontrolnego. Miał sprawdzić między innymi to, czy wyjaśnienie policyjnej interwencji było prowadzone rzetelnie. Następnie minister Błaszczak polecił, aby zwolnić ze służby funkcjonariusza, który użył wobec Stachowiaka paralizatora.

Ujawnione w materiale "Superwizjera" fakty doprowadziły do dymisji w dolnośląskiej policji: wymieniono komendanta wojewódzkiego, jego zastępcę, odwołano też komendanta miejskiego i jego pierwszego zastępcę. Czytaj więcej

Przeprosiny ministra. Spóźnione o rok?tvn24

Ponad rok po śmierci w komisariacie nowy komendant dolnośląskiej policji polecił wszcząć postępowanie administracyjne w kierunku zwolnienia pięciu funkcjonariuszy ze służby. Wtedy okazało się, że szósty z policjantów ze służby zwolnił się - na własną prośbę - po śmierci Stachowiaka.

Po reportażu Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się do Komendanta Głównego Policji, aby ten udzielił mu informacji w sprawie postępowania dotyczącego śmierci mężczyzny. W odpowiedzi przeczytać było można, że policjanci widzieli film z paralizatora użytego wobec 25-latka już dwa tygodnie po jego śmierci. Jednak z wcześniejszej wypowiedzi szefa polskiej policji wynikało coś innego. - Prowadzący postępowanie dyscyplinarne, wszczęte na moje polecenie, trzykrotnie zwracał się do prokuratury z prośbą o przekazanie tego materiału filmowego. Tego materiału filmowego nie uzyskał - mówił 23 maja 2017 roku nadinsp. Jarosław Szymczyk. Brakiem dostępu do nagrań tłumaczono przewlekłość postępowania wobec policjantów z Wrocławia.

Czterech policjantów oskarżonych

W marcu 2018 roku, po kilkunastu miesiącach śledztwa, Prokuratura Okręgowa w Poznaniu poinformowała, że akt oskarżenia przeciwko czterem byłym policjantom - Łukaszowi Rz., Adamowi W., Pawłowi P. i Pawłowi G. - został przesłany do wrocławskiego sądu.

Byli funkcjonariusze odpowiedzą za to, że "działając wspólnie i w porozumieniu, przekroczyli uprawnienia poprzez przeprowadzenie czynności przeszukania (...) z naruszeniem zasad wykorzystania środków przymusu bezpośredniego".

Śledczy wskazali też, że jeden z byłych policjantów - Łukasz Rz. - był bardziej agresywny niż pozostali. To właśnie on użył wobec Igora Stachowiaka paralizatora. Jak przekazali prokuratorzy zrobił to "nieproporcjonalnie do stopnia zagrożenia, jakie stwarzał swoim zachowaniem zatrzymany". - Swoim zachowaniem oskarżeni wyczerpali ustawowe znamiona przestępstw z art. 231 § 1 k.k. i art. 247 § 1 k.k., to jest: przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych i znęcania się nad osobą pozbawioną wolności - poinformowała prokurator Magdalena Mazur-Prus. Byli policjanci do winy się nie przyznają. Grozi im do pięciu lat więzienia.

Prokuratura stwierdziła, że nie ma dowodów na to, by mężczyźni nieumyślnie doprowadzili do śmierci 25-latka. Rodzina zmarłego chciała, by właśnie za to odpowiadali. Dlatego wnioskowała o przeniesienie sprawy do Sądu Okręgowego we Wrocławiu. Wniosek został rozpatrzony negatywnie. Czytaj więcej

To oznacza, że proces toczy się przed Sądem Rejonowym Wrocław-Śródmieście.

Do śmierci Igora Stachowiaka doszło w komisariacie przy ulicy Trzemeskiej we Wrocławiu:

Mapa Targeo

Autor: tam/gp / Źródło: tvn24

Źródło zdjęcia głównego: TVN24 Wrocław

Raporty: