20 godzin w areszcie. Ukrainka musiała się rozbierać. "Policjant mówił, że mnie deportuje"

TVN24

"To był najgorszy dzień w moim życiu" - przyznaje DariaTVN24 Wrocław
wideo 2/3

Daria została zatrzymana po oskarżeniu o kradzież telefonu. Na wrocławskim komisariacie spędziła 20 godzin. - Jeden z policjantów mówił, że mnie deportuje - twierdzi Ukrainka. Jak dodaje, została zaprowadzona do toalety, gdzie musiała rozebrać się do naga w celu przeszukania. - To normalne procedury - odpowiada policja.

Telefon, o który cała sprawa się rozegrała, Daria dostała w lutym od chłopaka z Polski. Jak mówi - w prezencie. Wówczas razem byli już od kilku miesięcy, wspólnie zamieszkiwali, a nawet planowali ślub - zdradza. Sprawy potoczyły się inaczej, niedługo potem, w marcu, już nie byli razem i od tamtej pory, jak twierdzi dziewczyna, nie mieli ze sobą kontaktu. Dlatego 21-letnia Ukrainka mocno zdziwiła się, kiedy pod koniec września jej były chłopak skontaktował się z nią, pisząc, że chce jej oddać rzeczy z czasu, kiedy razem mieszkali. Zgodziła się na spotkanie.

- Umówiliśmy się pod Sky Tower, powiedział mi, że ładnie wyglądam. Podziękowałam, ale powiedziałam, żebyśmy się wymienili rzeczami i pożegnali. Wtedy się zdenerwował. Zaczął mnie szarpać i mówić, żebym mu oddała jego telefon - relacjonuje Daria.

Przeszukanie w toalecie

Po krótkiej kłótni, jak mówi, stwierdziła, że odda mu aparat, ale chce wcześniej zgrać całą zawartość i wyjąć kartę sim. Oboje udali się w kierunku mieszkania młodej kobiety. W tym czasie mężczyzna zadzwonił na policję. Powiedział, jak opowiada Daria, że jakaś Ukrainka ukradła mu telefon, który chciał jej sprzedać. Ona myślała, że żartuje, że chce ją zastraszyć. On nie żartował.

Sprzed klatki zgarnęło ją dwóch funkcjonariuszy. Według jej relacji, wysłuchali tylko byłego chłopaka, który tłumaczył, że nigdy jej nie widział na oczy.

- Policjanci zabrali mój telefon, nie mogłam do nikogo zadzwonić - twierdzi Ukrainka.

Próbowała na dowód swojej obrony przekonać policjantów, że może im pokazać wspólne konwersacje jej i byłego chłopaka z internetowego komunikatora, ale funkcjonariusze mieli nie być tym zainteresowani. Mieli także wyrażać się nieprzychylnie o Ukraińcach.

- Jeden policjant mówił, że jest tu dużo Ukraińców. Powiedział, że mnie deportuje i więcej nie wjadę z powrotem - wspomina Daria.

Tak, około 14, trafiła na komendę przy ul. Ślężnej. Tam przeżyła trudne dla siebie chwile. Mówi, że odmówiono jej kontaktu z rodzicami, a także kazano rozebrać się do naga.

- Przyszła pani policjantka i poprosiła, żebym poszła z nią do toalety. Chciała sprawdzić czy nie mam czegoś przy sobie. Rozebrałam się, nie było innego wyjścia - mówi Ukrainka. Jak dodaje, musiała to robić dwukrotnie.

Później w celi spędziła całą noc. Mówi, że cały czas płakała. W końcu następnego ranka, po 20 godzinach pojawiła się tłumaczka. Już w jej towarzystwie, 21-latka została przesłuchana w charakterze świadka, po czym od razu zwolniono ją do domu bez postawienia zarzutów.

Tłumacz niezbędny?

Dlaczego tak długą ją przetrzymywano? Jak twierdzi rzecznik wrocławskiej policji, były ku temu wyraźne przesłanki.

- Koniecznością było przesłuchanie kobiety. Ponieważ nie jest ona obywatelką Polski, policjanci byli zobowiązani do zapewnienia biegłego tłumacza celem przeprowadzenia czynności procesowych. Bez tłumacza nie mogli jej przesłuchać, żeby nie było wątpliwości, że ma na myśli dokładnie to, co mówi - mówi Paweł Petrykowski, rzecznik KWP Wrocław.

Daria mówi po polsku. Policjanci o tym wiedzieli, bo z nią rozmawiali. Według prawników, takie tłumaczenie policji jest nietrafione. Twierdzi tak zarówno pełnomocnik Ukrainki Radosz Pawlikowski, a także adwokat Katarzyna Antkowiak, która nie występuje w tej sprawie.

- Tłumacz jest prawem, a nie obowiązkiem. Jeśli pani mówiła po polsku w stopniu zrozumiałym, nie było potrzeby do zatrzymania jej na tak długo. Było to naruszenie jej praw i wolności. Trzeba przyjąć, że działania policji były przesadzone i nieuzasadnione. Wydaje się zasadne poddanie tych czynności kontroli sądowej - przyznaje prawniczka.

Groźne fiszbiny

Policja, ustami Petrykowskiego, nie ma sobie w sprawie nic do zarzucenia. - Wręczono zatrzymanej pouczenie sporządzone w języku ojczystym, informujące o jej prawach. Kobieta nie wnosiła zażalenia na zatrzymanie, nie żądała kontaktu z adwokatem, nie żądała też, aby policja powiadomiła kogokolwiek o jej zatrzymaniu. Sama chciała wykonać telefon, co polskie przepisy prawne uniemożliwiają osobom zatrzymanym - mówi policjant.

Pozostaje jeszcze wątek zmuszenia Ukrainki do rozebrania się. Na to policja też ma wytłumaczenie. - Takie są procedury - twierdzi Petrykowski. I precyzuje: - Każdy zatrzymany musi być bardzo dokładnie sprawdzony, na przykład pod kątem posiadania niebezpiecznych przedmiotów. W tym przypadku elementy odzieży, które zostały zabrane Ukraince, mogły być niebezpieczne.

Chodzi o pasek, biżuterię i biustonosz z fiszbinami, którymi potencjalnie mogłaby okaleczyć siebie lub innych.

A groźby deportacji? - Nieprawdą są zarzuty o nietolerancyjne czy też obraźliwe zachowanie policjantów względem zatrzymanej - ucina Petrykowski.

Policja nadal prowadzi czynności w tej sprawie. Pełnomocnik Ukrainki informuje, że jego klientka będzie składać zażalenie na zatrzymanie i nie wyklucza pozwu sądowego przeciw policji. Sama Daria natomiast mimo że od jej pobytu w celi minął już tydzień, cały czas go przeżywa. - To był najgorszy dzień w moim życiu - przyznaje gorzko.

Autor: ib / Źródło: TVN24 Wrocław