W tle chaos, on ma chwilę dla siebie. Niezwykłe zdjęcie z protestów w Chile

TVN24


Mężczyzna mający na sobie szary garnitur, ciemne okulary i śliwkowy krawat, wydaje się przypadkowym świadkiem chaosu rozgrywającego się tuż za jego plecami. To zdjęcie wykonano podczas antyrządowych zamieszek w chilijskiej stolicy. - W każdym ruchu przychodzi czas na relaks - twierdzi bohater fotografii, do którego dotarła agencja Reutera.

Od tygodni świat obiegają zdjęcia z pogrążonej w chaosie stolicy Chile. Od października trwają tam antyrządowe protesty - największe od upadku dyktatury Augusto Pinocheta. Jedna fotografia szczególnie zwróciła uwagę mediów w ostatnich dniach.

Mężczyzna w szarym garniturze, ciemnych okularach i śliwkowym krawacie stoi na ulicy. Wydaje się rozluźniony, w ręku trzyma butelkę z napojem, a za nim rozgrywają się dramatyczne sceny.

Trwają zamieszki. Po ulicy biegają zamaskowani demonstranci, a tuż za bohaterem zdjęcia pojawia się uzbrojony w pałkę policjant.

"W każdym ruchu przychodzi czas na relaks"

Zdjęcie wykonał 4 grudnia Goran Tomasevic z agencji Reutera - fotoreporter z wieloletnim doświadczeniem w konfliktach zbrojnych. Bohaterem fotografii okazał się 68-letni Gino Rojas - jeden z uczestników demonstracji.

- W każdym ruchu przychodzi czas na relaks - powiedział mężczyzna w rozmowie z agencją Reutera, kilka dni później. - Oczywiście w czasie rewolucji, protestów społecznych, na których wszyscy krzyczą, robi ci się gorąco. Nagle czujesz potrzebę, by zwilżyć sobie usta - tłumaczy, nawiązując do trzymanego przez siebie na zdjęciu napoju.

Rojas twierdzi jednak, że przyłączył się do antyrządowych manifestacji solidarnie ze swoimi współobywatelami, którzy pragną zmian.

- Kiedy się zatrzymałem, byłem zaskoczony widokiem zbliżającej się w moją stronę policji - wspominał moment uchwycony na zdjęciu. Jak relacjonował, funkcjonariusze wybiegli z autobusów, które zaparkowano 10 metrów od niego.

Autor zdjęcia opowiadał, że próbował sfotografować interweniujących policjantów, gdy dostrzegł mężczyznę zupełnie niepasującego do rozgrywającej się za nim sceny. - Wokół było dużo gazu łzawiącego, dużo potu i nie mogłem do końca zobaczyć, czy mam dobry kadr - relacjonował fotograf.

W rozmowie z agencją, dla której robił 4 grudnia zdjęcia, opowiedział, że został na protestach do czasu, aż zrobiło się ciemno. Dopiero wieczorem w hotelu przejrzał efekty swojej pracy.

- Byłem bardzo podekscytowany, gdy zobaczyłem tę fotografie - wyznał. Dodał, że wielu protestujących tego dnia było ubranych elegancko, co określił jako "niezwykłe".

Antyrządowe manifestacje w Chile

Protesty w Chile trwają od 18 października. Chilijczyków wyprowadziła na ulice stołecznego Santiago decyzja władz o podwyżce cen biletów na metro i inne środki transportu publicznego. Demonstracje szybko przerodziły się w gwałtowne zamieszki, które kosztowały życie już blisko 30 osób. Po raz pierwszy od zakończenia przed 30 laty dyktatury generała Augusto Pinocheta wysłano na ulice wojsko.

Pierwotnie w protestach udział brali głównie studenci, jednak w ciągu ostatnich tygodni do antyrządowych manifestacji przyłączyły się setki tysięcy Chilijczyków, niezadowolonych z sytuacji gospodarczej kraju oraz rosnących nierówności społecznych.

W listopadzie prezydent Chile Sebastian Pinera podpisał projekt ustawy podnoszącej płacę minimalną do 475 dolarów. To jeden z zapowiadanych przez polityka kroków, które mają uspokoić wrzenie w kraju. Jak podkreślił, zapowiedziana podwyżka będzie "bardzo drogo kosztowała skarb państwa". W pierwszym roku ma pochłonąć około 258 mln dolarów.

Program, który został przedstawiony przez prezydenta w momencie, gdy okazało się, że interwencje wojska wobec protestujących są mało skuteczne, zawiera także obietnice podwyżki emerytur, obniżenia uposażeń członków parlamentu, poprawy katastrofalnej sytuacji w publicznej ochronie zdrowia oraz ustabilizowania cen podstawowych świadczeń i usług, m.in. elektryczności oraz biletów metra.

Autor: momo/adso/kwoj / Źródło: Reuters, emol.com