"Miękka" inwazja i strefa "no-fly"? Putin znów grozi wojną Ukrainie

TVN24


Wojskowa interwencja Rosji na Ukrainie znów staje się realna. Przez ostatni miesiąc Władimir Putin nie osiągnął swych celów środkami dyplomacji, gazowego szantażu i wspierania rebelii. Pozostaje powrót do opcji wojennej, a na Kremlu górę znów bierze partia „jastrzębi”. Analiza tvn24.pl.

W piątek (20 czerwca) prezydent Ukrainy Petro Poroszenko ogłosił swój plan pokojowy i nakazał wstrzymanie działań bojowych na tydzień. Rzecz jasna, projekt Poroszenki nie ma najmniejszych szans powodzenia. Z prostego powodu, odrzuca możliwość rozmów z tymi separatystami, którzy „zamieszani są w akty terrorystyczne, zabójstwa i tortury”.

A więc nie ma z kim rozmawiać, bo od kilku tygodni rebelią dowodzą przybysze z Rosji, których głównym celem właśnie jest terror i wojna z Kijowem, a nie interes lokalnej ludności. Zgodnie z przewidywaniami, przywódcy separatystów natychmiast odrzucili propozycje Poroszenki, tak jak wcześniej odrzucali wszelkie inne ukraińskie inicjatywy. Walki trwają, mimo jednostronnie ogłoszonego zawieszenia broni.

(Kolejny) blef Putina

Sobotni wieczorny komunikat Kremla, że „Władimir Putin popiera decyzję prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki o przerwaniu ognia na południowym wschodzie Ukrainy”, nie znaczy nic. Zresztą jest napisany zgodnie z najlepszą moskiewską szkołą, pierwsze zdanie na „tak”, a cała reszta tekstu na „nie”.

Zresztą już na początku czytamy, że Putin popiera nie plan pokojowy Poroszenki, a jedynie „ogłoszony przez niego zamiar podjęcia szeregu konkretnych kroków dla osiągnięcia pokojowego uregulowania”. A przecież Poroszenko przedstawił już konkrety. No i warto zwrócić też uwagę na ostatnie zdanie komunikatu: „Prezydent Rosji wzywa strony konfliktu, aby zaprzestać wszelkich działań bojowych i zasiąść za stołem rozmów”. Po raz kolejny z premedytacją Kremla stawia znak równości między legalnymi władzami w Kijowie a grupami stosujących terror separatystów, dowodzonych na dodatek przez obywateli innego państwa.

Po co więc w ogóle Putin wydał taki komunikat, na pierwszy rzut oka sprzeczny z wcześniejszym oświadczeniem MSZ Rosji (które propozycje Poroszenki nazwało ultimatum nie do przyjęcia)? Klasyczny przykład dezinformacji i wprowadzania w innych krajach niepewności co do intencji Rosji. Nawet jeśli Ukraińcy nie mają złudzeń, to każdy taki fałszywy sygnał z Moskwy osłabia wolę Zachodu do stanowczej polityki wobec rosyjskiego ekspansjonizmu. Większość krajów zachodnich, z Niemcami i Francją na czele, wręcz z utęsknieniem wypatruje wszelkich najmniejszych oznak kompromisowej postawy Putina. Ale na pewno tym razem o żadnym kompromisie nie ma mowy.

Już wcześniej wielokrotnie Putin wygłaszał deklaracje noszące pokojowy charakter, a jednocześnie podejmował decyzje o charakterze wojennym. Przecież już w maju wezwał separatystów do zawieszenia broni, czego „grzecznie” odmówili. Podobnie, po rozmowie z Poroszenką w Normandii, nakazał FSB zaostrzenie kontroli granicy. Efekt? Kilka dni później przejechały przez nią na Ukrainę wozy bojowe i czołgi.

Teraz też Kreml mówi jedno, a robi drugie. Separatyści kontynuują walkę, a w pobliżu granicy pojawiają się kolejne rosyjskie jednostki. W sobotę, jeszcze przed „poparciem” planu Poroszenki, Putin podjął inną decyzję, z całą pewnością nie pokojową.

Spadochroniarze w gotowości

Na naradzie kierownictwa ministerstwa obrony szef resortu gen. Siergiej Szojgu poinformował, że głównodowodzący sił zbrojnych prezydent Putin polecił postawić w stan pełnej gotowości bojowej cały Centralny Okręg Wojskowy (COW). Czyli ponad 65 tys. żołnierzy, ok. 5,5 tys. pojazdów artyleryjskich i wozów bojowych, ponad 180 samolotów i ok. 60 helikopterów.

To kolejny w ciągu ostatnich dwóch lat niezapowiedziany sprawdzian wojsk. Ma trwać tydzień – do 28 czerwca. Co ciekawe, pokrywa się to niemal dokładnie z okresem wstrzymania ognia przez siły ukraińskie w Donbasie. Powrót oddziałów do baz po zakończeniu ćwiczeń ma trwać do 1 lipca. Gdyby sugerować się scenariuszem gruzińskim z 2008 roku, kiedy Rosja użyła wojsk, które wcześniej zakończyły wielkie manewry na Kaukazie Północnym, to ewentualnej interwencji rosyjskiej na Ukrainie można spodziewać się w najbliższy weekend 28-29 czerwca.

Co prawda, Centralny Okręg Wojskowy nie graniczy z Ukrainą, ale warto zwrócić tutaj na jeden szczegół. Otóż naczelnik Sztabu Generalnego gen. Walerij Gierasimow poinformował, że ćwiczenia odbędą się na poligonach w obwodach samarskim, czelabińskim i kemerowskim. Najbliżej Ukrainy jest poligon Tockoje (obwód samarski) – jakieś 1,5 tys. km od granicy. Dokładnie taki dystans przewidziano w ćwiczeniu desantu powietrznego elitarnej 98. Dywizji Powietrznodesantowej, która ma być przerzucona samolotami z Iwanowa pod Moskwą na poligon Czebarkulski (obwód czelabiński).

Otóż dla ewentualnej interwencji wojskowej na Ukrainie nie ma decydującego znaczenia odległość trzonu potencjalnych sił interwencyjnych od celu inwazji. Od 2008 roku Rosja rozbudowuje swoje siły powietrznodesantowe, a ich dowódcą zrobiono gen. Władimira Szamanowa, o którego wojowniczości świadczy już sam pseudonim „rzeźnik Czeczenii”.

To właśnie oddziały spadochroniarzy stanowią trzon wracających nad granicę z Ukrainą wojsk rosyjskich.

"Miękka" inwazja

Od przeszło tygodnia w rejon odcinka granicy w rejonie ogarniętego walkami regionu Ukrainy przerzucane są oddziały 7. Dywizji Desantowo-Szturmowej, 76. Dywizji Desantowo-Szturmowej, 56. Brygady Desantowo-Szturmowej oraz 19. Samodzielnej Brygady Zmotoryzowanej. A więc trzon rosyjskich sił szybkiego reagowania: spadochroniarze, specnaz i wsparcie pancerne. Co ważne, oddziały te zgrupowane są w formie, która jest stosowana w działaniach bojowych. To tzw. batalionowe zgrupowania taktyczne – formacje złożone z różnych rodzajów broni (piechota, pancerne siły, wsparcie powietrzne, artyleria) tak, aby samodzielnie działać na polu walki.

Według źródeł ukraińskich, nad granicą z Donbasem jest już ok. 16 tys. Rosjan. Z danych NATO (z 19 czerwca) wynika, że to na razie tylko kilka tysięcy. Sekretarz generalny Sojuszu Anders Fogh Rasmussen podkreślił, że wysłanie nad granicę nowych wojsk może sugerować, że „Rosja pozostawia sobie otwartą opcję dalszego ingerowania w wydarzenia na Ukrainie”. Dzień później (20 czerwca) „zaniepokojenie” ponowną koncentracją wojsk rosyjskich wyraził Biały Dom, dodając, że rozwój sytuacji może zmierzać w „kłopotliwym” kierunku.

Co mogą mieć na myśli NATO i USA, wspominając o „ingerowaniu” Rosji i „kłopotliwym” kierunku rozwoju sytuacji?

Wydaje się, że realna staje się opcja faktycznej inwazji rosyjskiej na terytorium ukraińskie pod pozorem wsparcia rebeliantów. Przerzucanie uzbrojenia i „ochotników” z Rosji jest oczywistym faktem już dla wszystkich. Istnieje niebezpieczeństwo, że w pewnym momencie, napływ pomocy zamieni się we wkroczenie regularnych sił rosyjskich. I kiedy Kijów i Zachód to spostrzegą, będzie już za późno – Rosjanie zajmą strategiczne pozycje w Donbasie. Wystarczy wówczas, że na rozkaz założą oznaki wojskowe i wciągną rosyjskie flagi, a siły ukraińskie staną nagle oko w oko z armią potężnego sąsiada. Czy Poroszenko zaryzykuje atak? Mało prawdopodobne.

Jacek Czaputowicz o szczycie czwórki normandzkiej w Paryżutvn24
wideo 2/35

Miecz Damoklesa

Tym bardziej, że konfrontacja w Donbasie dałaby Rosji pretekst do otwarcia innych frontów. Nie wolno zapominać o wciąż bardzo złym – pod względem militarnym – położeniu Ukrainy. Oprócz gorącego teraz „frontu donieckiego”, są jeszcze zagrożenia na kierunkach południowym i zachodnim. Na Krymie Rosja skoncentrowała ok. 22 tys. żołnierzy, a w Naddniestrzu – co najmniej 3,5 tys. (razem z siłami separatystów naddniestrzańskich to nawet blisko 20 tys. wojska). Jeśli dodać do tego co najmniej 16 tys. żołnierzy na kierunku wschodnim, to dostajemy łączną liczbę ok. 40-60 tys. ludzi. Plus parę tysięcy spadochroniarzy, których można błyskawicznie przerzucić z głębi Centralnego Okręgu Wojskowego. A w sąsiadujących z Ukrainą Zachodnim i Południowym Okręgach Wojskowych Moskwa ma ewentualny II rzut wojsk – także kilkadziesiąt tysięcy wojska.

A przecież w obwodach donieckim i ługańskim – wg ocen ukraińskich – walczy jakieś 15-20 tys. dobrze uzbrojonych rebeliantów, w większości „zielonych ludzików” z Rosji – Czeczenów, Kozaków, weteranów wojskowych oraz oficerów wywiadu i specnazu.

Kilka dni temu Departament Stanu alarmował o koncentracji dużej liczby czołgów, transporterów bojowych i artylerii, które Rosja szykuje do wysłania na wschodnią Ukrainę. Zdaniem Amerykanów „ciężki sprzęt może niedługo trafić do separatystów”. Transport czołgów miał „opuścić rejon ześrodkowania w południowo-zachodniej Rosji” w czwartek 19 czerwca. Już kilkanaście dni temu Rosjanie raz dostarczyli rebeliantom kilka czołgów i co najmniej dwie wyrzutnie rakietowe Grad (ich ogień może obracać w gruzy całe dzielnice miast). Ale teraz – przynajmniej tak twierdzi Kijów – granica jest uszczelniona. Próba przerzutu broni do Donbasu oznaczać będzie ciężkie walki. Pytanie, czy wspomnianych czołgów i artylerii nie zechcą wprowadzić ze sobą rosyjskie oddziały wchodzące na Ukrainę.

"Korytarze sanitarne" i "no-fly zone"

Pod jakim pretekstem Rosjanie mogliby wkroczyć na Ukrainę? Pod tym samym, co kiedyś do Gruzji (Abchazja, Osetia Płd.), Mołdawii (Naddniestrze) czy Azerbejdżanu (Górski Karabach), a w pewnym stopniu, także na Krym. Czyli „misji pokojowo-rozjemczej”, mającej powstrzymać rozlew krwi i zapobiec „katastrofie humanitarnej” i „ludobójstwu”. A przy tym chroniąc przed tym własnych obywateli i własne terytorium. Na taki wariant wskazuje szereg wypowiedzi rosyjskich polityków w ostatnich dniach.

19 czerwca szef administracji prezydenta Rosji gen. Siergiej Iwanow (czyli jeden z najważniejszych ludzi w państwie) w przygranicznym obwodzie rostowskim ocenił wydarzenia na Ukrainie jako „wojnę domową przechodzącą w ludobójstwo na własnym narodzie”. Sytuację z rzekomym napływem ukraińskich uchodźców do Rosji nazwał „katastrofą humanitarną”. O „katastrofie humanitarnej” mówi MSZ Rosji i Kreml w ostatnich komunikatach. To samo powtarza do znudzenia ambasador Rosji przy ONZ Witalij Czurkin. Dzisiejsze (22 czerwca) oświadczenie Putina o rzekomym zastosowaniu przez Ukraińców artylerii ma tylko umacniać przekaz o rzekomym ludobójstwie.

Nowym, niepokojącym elementem, są już niemal codzienne protesty Rosji przeciwko naruszaniu granicy rosyjsko-ukraińskiej podczas walk w Donbasie. Może to zostać wykorzystane do uzasadnienia wkroczenia wojsk rosyjskich – np. w celu utworzenia „strefy buforowej” po ukraińskiej stronie granicy. Strefy mającej zabezpieczyć terytorium rosyjskie. Pod takim pretekstem można zająć dowolnie duży obszar Ukrainy i uniemożliwić Ukraińcom – tak jak kiedyś Gruzinom w Abchazji i Osetii Płd. - rozprawę z separatystami. Zwłaszcza, że pod tym samym pretekstem (ochrony ludności cywilnej i zabezpieczenia granicy) Rosja może przejąć panowanie w powietrzu.

Podczas zamkniętego posiedzenia Dumy 18 czerwca minister Szojgu miał wprost powiedzieć, że lotnictwo „może wprowadzić strefę zakazu lotów nad Ukrainą” (na wzór operacji koalicji międzynarodowej w Libii, gdzie ustanowiono „no-fly zone”, podobne rozwiązanie stosowano kiedyś w Iraku). Już kilka tygodni temu Ukraińcy alarmowali, że po stronie rosyjskiej zauważono kolumny wojskowe w „błękitnych” barwach sił pokojowych.

W Moskwie aż huczy o przecieku z resortu obrony. Wynika z niego, że Rosja może Ukrainie postawić ultimatum: albo wstrzymacie działania zbrojne, albo wkroczymy pod pretekstem ochrony ludności cywilnej. Według tego planu wkraczający w barwach „pokojowych” Rosjanie mieliby utworzyć w ciągu doby „linie separacji” w obwodach donieckim i ługańskim między siłami ukraińskimi a rebeliantami, a do kontrolowanych przez separatystów obszarów utworzyć „korytarze sanitarne”. Takie rozwiązanie oznaczałoby faktyczną okupację części terytorium Ukrainy przez Rosjan i zapewne utworzenie tam - na wzór Naddniestrza czy Abchazji – quasi-państewka pod osłoną rosyjskich bagnetów.

Na wspomnianym tajnym posiedzeniu Dumy, Szojgu oświadczył, że „rosyjskie wojska są gotowe na każdą ewentualność na Ukrainie”,a rozmieszczone już wzdłuż granicy jednostki gotowe są do działania, „jeśli tylko zostanie podjęta polityczna decyzja”.

Nowe "okno możliwości"

Co przemawia za tym, że taka decyzja zapadnie?

Po szczytowym okresie napięcia - od połowy kwietnia do połowy maja - gdy wejściu Rosjan na Ukrainę zapobiegło prawdopodobnie tylko poważne ostrzeżenie ze strony USA (rozmowa szefa Pentagonu Chucka Hagela z Szojgu), wydawało się, że Putin porzucił plany wojny. Takie wrażenie mogły umacniać rozmowy telefoniczne prezydenta Rosji z nowym prezydentem Ukrainy. Sukces, jakim było przeprowadzenie wyborów na Ukrainie, oraz sankcje, oraz zapowiedź kolejnych sankcji, miały ostatecznie wybić Rosji z głowy pomysł militarnej awantury. Na Kremlu zwyciężyło przekonanie o zbyt dużym ryzyku wywołania wojny.

Jednak ostatnie tygodnie, zwłaszcza miękka postawa Zachodu i faktyczna bezkarność Rosji w podsycaniu rebelii w Donbasie, mogą być przez Kreml odebrane jako słabość. Do tego doszły wydarzenia w Iraku, odciągające uwagę USA od Europy. Prawdopodobnie „partia wojny” w Moskwie znów wzięła górę, i Putin dał się przekonać, że zyski z potencjalnej wojny będą jednak większe od strat.

Ucieczka do przodu

Do wojny popycha też Putina sytuacja w kraju. Siłowy scenariusz może być jedynym sposobem, by wyjść z twarzą z konfliktu już nie tylko z Ukrainą, ale całym Zachodem. Putin nie może pozwolić sobie na pozostawienie rebeliantów samych sobie. Za dużo zainwestował swego wizerunku w ten konflikt.

Trafną prognozę – i to jeszcze w marcu - w tekście pod znamiennym tytułem „Podpalenie Sewastopola” (nawiązującym do dojścia Hitlera do władzy) postawił znany rosyjski prawnik i publicysta Władimir Pastuchow. „Kreml nie może oświadczyć, że to był żart, że Rosja prowadziła na Krymie tylko manewry, a władze Ukrainy już stały się legalne i czas na uzgodnienie z nimi od nowa ceny za gaz. W społeczeństwie zrodziły się apetyty, które zaspokajać przyjdzie codziennie, składając patriotom jedną ofiarę za drugą. Demiurg czarnosecinnej rewolucji zmienia się teraz w jej niewolnika. Powinien już postępować nie według własnej logiki, a według logiki chorej wyobraźni zrodzonego przez nią potwora” - pisał Pastuchow.

Trzy miesiące później potwierdzają to badania opinii społecznej. Jak wynika z najnowszego sondażu pracowni WCIoM, liczba Rosjan gotowych głosować na Putina rośnie co miesiąc od momentu aneksji Krymu. W kwietniu było to 62 proc., a w maju – już 73 proc. Zależność jest oczywista – im bardziej wojowniczy Putin, im więcej agresji i wojennej atmosfery, tym większe poparcie dla prezydenta. Ale działa to też w drugą stronę. Notowania Putin zależą jak nigdy dotąd od polityki zagranicznej, a przede wszystkim od sytuacji na Ukrainie. Wielu Rosjan bardziej interesuje teraz sąsiad, niż ich własny kraj. To akurat efekt prowadzonej od grudnia brutalnej wojny propagandowej w mediach rosyjskich.

Zdaniem politologa Jewgienija Minczenki, cytowanego przez „Kommersant”, „dalszy brak ingerencji w konflikt w Donbasie może doprowadzić do tego, że popularność Putina spadnie do poziomu sprzed Krymu”. Putin stosuje więc strategię, którą przed nim stosowało już w przeszłości paru innych przywódców państwa rosyjskiego, czyli odwracania uwagi od sytuacji wewnętrznej aktywnością zewnętrzną. „Interwencja wojskowa pozwoli prezydentowi zachować popularność tylko pod warunkiem, że wojna będzie rzeczywiście mała i rzeczywiście zwycięska” – mówi wspomniany Minczenko. Nawiązując tym wyraźnie do cara Mikołaja II i wojny z Japonią w 1904-1905 r.

Autor: Grzegorz Kuczyński / Źródło: tvn24.pl