W liście odczytanym podczas uroczystości ministra kultury i dziedzictwa narodowego Marta Cienkowska zauważyła, że "trudno żegnać aktora, którego głos, twarz i sposób bycia zapisały się tak mocno w naszej pamięci".
"Przez niemal pięć dekad wychodził na scenę, stworzył dziesiątki niezapomnianych ról. Pracował z najwybitniejszymi polskimi reżyserami. Był obecny w teatrze, kinie i telewizji. Ale liczby i tytuły nie mówią o nim najważniejszego, bo Jana Frycza nie dało się pomylić z nikim innym" - napisała Cienkowska.
Wybitny aktor, kolega, mistrz
Jak zaznaczyła, Frycz miał "niezwykłą sceniczną obecność, potrafił z ciszy zrobić scenę, z jednego spojrzenia - całą historię człowieka". "Nie grał po to, żebyśmy podziwiali aktora. Grał po to, żebyśmy zobaczyli człowieka. Jego bohaterowie często byli trudni, niejednoznaczni, czasem mroczni, ale zawsze prawdziwi" - podkreśliła.
Ministra kultury napisała, że właśnie tej prawdy Frycz szukał w swoim zawodzie. "Dlatego był nie tylko wybitnym aktorem, był także ważnym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń artystów. Partnerem, kolegą, mistrzem" - dodała.
"Jan Frycz pozostał człowiekiem teatru do końca. Jego ostatnią rolą był Król w 'Termopilach polskich' Jana Klaty na scenie Teatru Narodowego. Niedługo przed śmiercią uczestniczył jeszcze w próbach kolejnego spektaklu - 'Oresteja' - przypomniała Cienkowska. "To bardzo symboliczne, bo dla aktora scena jest czymś więcej niż miejscem pracy, jest domem' - dodała.
"Dzisiaj ten dom na chwilę milknie, ale nie jest pusty. Zostają role, głosy, spojrzenia, gesty. Zostają w pamięci widzów i artystów, którzy mieli szczęście z nim pracować. Teatr jest sztuką ulotną. Spektakl się kończy, gasną światła, scena pustoszeje. A jednak coś pozostaje. I dlatego wielki aktor może odejść z życia, ale nie odchodzi z teatru" - wskazała szefowa MKiDN.
Podziękowała także Fryczowi "za role, za prawdę, za odwagę, za teatr i za to, że przez tyle lat przypominał nam pan, że na scenie zawsze najważniejszy jest człowiek".
List odczytał podsekretarz stanu w MKiDN Sławomir Rogowski.
Grabowski: urodził się, żeby być aktorem
- Co mogę powiedzieć o tobie, osobie tak bliskiej, obecnej w moim życiu ponad 50 lat? W roku 1974 przyszedłeś do mnie, niezwykle przystojny, i aksamitnym barytonem powiedziałeś: nazywam się Jan Frycz i proszę przygotować mnie do egzaminu do szkoły teatralnej. Zapłacę panu. A ja po kilku spotkaniach zdałem sobie sprawę, że chyba niewiele cię nauczę, bo ty wszystko umiesz. I powiedziałem: składaj papiery - wspominał zmarłego Mikołaj Grabowski, reżyser, aktor, pedagog, profesor sztuk teatralnych.
Jak podkreślił, określenie "wykuwanie roli" nie pasowało do pracy aktorskiej Frycza. - Twoje role pojawiały się w sposób naturalny, swobodny, niewymuszony. Tak się chyba mówi o kimś, kto urodził się, żeby być aktorem. Ale byłeś też kolorowym człowiekiem, prowokatorem, wygłupiaczem, ironistą, radykałem nieuznającym kompromisów. Podglądaczem i obserwatorem ludzi i sytuacji, które potem z lubością odgrywałeś, doprowadzając nas do spazmatycznego śmiechu (...). Byłeś nie do podrobienia - mówił Grabowski. - W listopadzie mieliśmy grać "Kwartet", ale ty opuściłeś swoje krzesło i nie stawisz się na spektakl. Boli bardzo to zniknienie twoje. Zgasły światła, kurtyna opadła, aktor zszedł ze sceny i otoczyła go cisza - dodał.
Englert: wymykał się kategoriom
- Uważałem się za zawodowego starszego brata Jana Frycza. Myślę, że to była świadomość jednostronna - on nigdy nie czuł się ode mnie młodszy. Bardzo trudną jest rzeczą dla starszego brata stwierdzić, że młodszy jest zdolniejszy. Wielokrotnie tego doświadczyłem - mówił aktor Jan Englert, wieloletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie.
W swoim przemówieniu podkreślił, że mówimy o "fenomenie aktorstwa Jana Frycza". - Rzadko z nim grałem. Tak się złożyło, że częściej go reżyserowałem, więc relacja tego starszego brata z młodszym bratem powinna być zachowana. Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka, i to było fantastyczne - przyznał Englert.
- Janek był jednocześnie rozentuzjazmowanym chłopcem i zgorzkniałym, sceptycznym starszym panem. Te dwie postaci mieszkały w nim nieustannie. Nie było wiadomo, czy dziś będę rozmawiał z Fryczem, który biega z jego modelem samolotu i chce, żeby pofrunął, czy z tym, który uważa, że wszystko jest okropne, przestarzałe i trzeba od nowa zacząć. Uczył mnie tego, że nic nie jest nam dane na zawsze - dodał.
- Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka. To było fantastyczne. Nie wiedziałem, co zaproponuje. Czasami, jak już graliśmy przedstawienia, nie wiedziałem, co zagra: czy będzie dzisiaj zgorzkniałym starcem, czy entuzjastą młodości. Wymykał się kategoriom - wspominał Jan Englert.
Janda: grałeś zachwycająco
Głos zabrała także Krystyna Janda. - Są różni artyści. Ty byłeś artystą wielkim i, jak to się mówi, z łaski Bożej. Niespodziewanym, kapryśnym, niekonwencjonalnym. Grałeś, jakbyś oddychał, skakałeś po górach z lekkością i zawracałeś kijem Wisłę, kiedy grałeś, a na koniec wydawało się, że tego nie zauważasz - powiedziała aktorka.
- Uwielbiałam, jak myślisz: odwrotnie, ironicznie, prześmiewczo, jednocześnie inteligentnie, głęboko, odważnie. Od złości do śmiechu, od grozy do żartu, od czułości do nienawiści były u ciebie milimetry. Chyba z nikim się tyle nie naśmiałam, pracując, i z nikim mniej nie rozmawiałam o zawodzie, graniu i cholernej koncepcji. Po prostu grałeś. Zachwycająco - wspominała aktorka.
Jak podkreśliła Janda, "odszedł aktor wspaniały. Szalony człowiek przez długie lata lekceważący i życie, i swój talent, i los". - Nie wiedział, jak jest wspaniały. To naprawdę rzadkie - podkreśliła aktorka.
Stworzył niemal 200 aktorskich kreacji
Artysta zmarł 15 sierpnia w domu rodzinnym, otoczony przez najbliższych. Miał 72 lata.
Jan Frycz w trakcie swojej kariery stworzył niemal 200 aktorskich kreacji. Najważniejsze - między innymi Iwana w "Braciach Karamazow" według Dostojewskiego, Escha w obu częściach "Lunatyków" według Brocha, Poncjusza Piłata w "Mistrzu i Małgorzacie" według Bułhakowa, a później w "Wycince" według Bernharda - stworzył w przedstawieniach Krystiana Lupy. Stał się jednym z jego emblematycznych aktorów.
W ubiegłym sezonie, 12 lat po premierze, Frycz powrócił do roli aktora Teatru Narodowego w "Wycince" - pierwotnie zrealizowanej w Teatrze Polskim we Wrocławiu - a wznowionej w Teatrze Polskim w Podziemiu. Miał zagrać ją jesienią na festiwalach teatralnych w Katowicach i Krakowie. Artysta grał również między innymi w filmach "Wielki Szu", "Wierne blizny" czy "Obywatel świata".
Na ekranie zaczął pojawiać się pod koniec lat 70. Stworzył niezapomniane kreacje nieszczęśliwie zakochanego młodego pisarza w "Pożegnaniu jesieni" i porucznika Jefimowa w "Łagodnej" Mariusza Trelińskiego. Był Józefem w "Pestce" Krystyny Jandy, apodyktycznym ojcem w "Pręgach" Magdaleny Piekorz, bezwzględnym pułkownikiem Wasiakiem w "Różyczce" Jana-Kidawy Błońskiego, a także mecenasem Wilczkiem w "Bezmiarze sprawiedliwości" Wiesława Saniewskiego. W ostatnich latach zagrał również głośne role Daria w serialu "Ślepnąc od świateł" Krzysztofa Skoniecznego i więźnia "Starego" w filmie "25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy" Jana Holoubka.