Jak zauważył wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego Dariusz Gawin, w przeciwieństwie do wcześniejszych, monograficznych albumów wydanych przez muzeum, ten ma autora zbiorowego. Publikacja zawiera zdjęcia 23 fotoreporterów, którzy służyli w Referacie Fotograficznym Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. W podziemnej strukturze każdy z nich miał stanowisko Prasowego Sprawozdawcy Wojennego (PSW).
- Ta informacja ma podwójne znaczenia. Po pierwsze pokazuje, że Armia Krajowa, jak i Polskie Państwo Podziemne, były organizacjami nowoczesnymi. Ci ludzie myśleli nowocześnie o zbiorowym wysiłku, jakim było prowadzenie wojny i powstania. Starali się, żeby ten wysiłek był dokumentowany już w trakcie wydarzeń. To dowodzi wielkiej przenikliwości - mówił podczas premiery albumu "Fotograf na wojnie. 36 klatek" Dariusz Gawin.
- A jednocześnie zbiorowy charakter tego albumu to także symbol Powstania Warszawskiego jako zbiorowego wysiłku Warszawiaków i Polaków. Powstanie Warszawskie to jeden z największych aktów polskiej samoorganizacji, polskiego wysiłku zbiorowego, polskiej przyjaźni, polskiej pracy ramię w ramię. Bez tego nie było Powstania Warszawskiego, Państwa Podziemnego i Armii Krajowej - szukał szerszych kontekstów wicedyrektor muzeum.
Prawdziwy wymyślony bohater idzie przez Warszawę
Pierwsza część książki to fotoreportaż stworzony z 36 ujęć (tyle klatek mieściło się zwykle na kliszy), które układają się w zapis reporterskiej wędrówki po walczącej Warszawie. Wyboru z puli około 700 fotografii, które przetrwały i są w kolekcji muzeum, dokonał fotoreporter Wojciech Grzędziński. - Te symboliczne 36 zdjęć opisuje powstanie w różnych jego aspektach. Chciałem pokazać nie tylko wysiłek zbrojny, ale także cierpienia cywilów, strach i inne emocje. W tych 36 obrazach jest pełen opis tego, czym było Powstanie Warszawskie - opowiadał Grzędziński. - Najważniejsze zdjęcia pokazują życie codzienne, bo na każdej wojnie cywile cierpią najbardziej - dodał.
Zdjęciom towarzyszy pierwszoosobowa narracja, którą stworzył reporter Paweł Reszka. - Kiedyś w drodze na Ukrainę rozmawialiśmy z Wojtkiem o zdjęciach z powstania. Doszliśmy do wniosku, że wojny mają coś uniwersalnego dla dziennikarzy, którzy robią ciągle to samo - muszą być bardzo blisko, muszą ryzykować swoje życie, ale przede wszystkim muszą dużo chodzić. Praca dobrego dziennikarza i fotoreportera to ciągłe łażenie - wspominał Reszka.
- Wymyśliliśmy sobie, że stworzymy fikcyjnego fotoreportera, który zrobi 36 klatek i niech to będzie zamknięte w jednym dniu. Taka wędrówka po radosnym, wyzwalanym, palącym się mieście - opowiadał o pomyśle na poprowadzenie historii. Przyznał, że nie było to zadanie łatwe. Opowieść pojedynczego reportera, fikcyjnego, ale ulepionego z doświadczeń kilkudziesięciu autentycznych sprawozdawców, musiała być wiarygodna. - Ale historycy czuwali, żebym nie zrobił żadnego fałszywego kroku - dodał Reszka.
Najpierw podtrzymać na duchu, potem zdokumentować śmierć
Druga część albumu ma charakter katalogu zawierającego ponad 150 fotografii PSW, którym towarzyszą cytaty z gazet powstańczych, plakaty czy znaczki prasowe. Podzielono ją na dwa rozdziały zatytułowane Informacja i Propaganda. - Dziś odbieramy pojęcie propagandy pejoratywnie, wtedy miało inne znaczenie. Nie było postrzegane jako manipulacja, ale jako podtrzymywanie wiary w zwycięstwo - zauważyła Katarzyna Utracka, historyczka z Muzeum Powstania Warszawskiego.
Tak też zadaniowano sprawozdawców, przynajmniej na początku. - Głównym tematem w pierwszych dniach były zwycięstwa powstańcze. Bardzo chętnie fotografowano zrzuty alianckie i zdobycze, działalność służb pomocniczych, pojawiali się bohaterowie, konkretni żołnierze. Był nacisk na pokazywanie tego, co ucieszy Warszawiaków, podtrzyma ich na duchu - opisywała historyczka.
Doprecyzowała, że Prasowych Sprawozdawców Wojennych było 45, w tym co najmniej cztery kobiety (kilku pseudonimów do dziś nie rozszyfrowano, więc nie można wykluczyć, że było ich więcej). Wśród PSW byli fotografujący, piszący, ale też tacy, którzy potrafili połączyć oba te zadania. - Materiały ukazywały się w prasie powstańczej, najczęściej w dodatku ilustrowanym do Biuletynu Informacyjnego, albo były rozlepiane na murach - wyjaśniała Utracka.
- Ludzie czekali na te gazety. W czasie powstania było 130 różnych tytułów, a Biuletyn Informacyjny wychodził w 25 tysiącach egzemplarzy codziennie - wtrącił Reszka.
Spójrzmy na ten entuzjazm. Stefan Antoni Koper "Nienaski" sfotografował 4 lub 5 sierpnia barykadę na skrzyżowaniu Chłodnej i Żelaznej. Humor dopisuje ferajnie. Ktoś trzyma portret generalnego gubernatora Hansa Franka. Został patronem barykady. 23 sierpnia, ulica Czackiego. Na fotografii Joachima Joachimczyka "Joachima" grupa powstańców ze zdobycznym niemieckim karabinem maszynowym. Kadr z połowy sierpnia, autor nieznany PSW. Kamienica przy Tamce udekorowana polskimi flagami. Powstańcy targają pojemniki z pociskami do granatnika i zwinięty spadochron.
- Z czasem dobrych wiadomości brakowało, a sprawozdawcy dostali wolną rękę: idźcie, dokumentujcie. Robią zdjęcia nie tylko po to, żeby się ukazywały w prasie, ale żeby został ślad po powstaniu. Z tą świadomością wchodzą tam, gdzie jest śmierć i zniszczenie. Tej Warszawy, którą fotografują, zaraz nie będzie, to ostatnie spojrzenie na miasto - opowiadała Utracka.
Ocalił 400 odbitek, przekazał je do muzeum
W zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się około 700 zdjęć autorstwa Państwowych Sprawozdawców Wojennych, z czego około 400 odbitek podarował Edward Koczywąs, powstaniec z batalionu Kiliński. Wyniósł je pod koniec powstania ze zniszczonego archiwum Biura Informacji i Propagandy przy Szpitalnej 8, gdzie mieszkał. Można go uznać za cichego bohatera tej publikacji.
Albumowi "Fotograf na wojnie. 36 klatek" towarzyszy wystawa w Galerii Plenerowej Łazienek Królewskich, czyli na ogrodzeniu wzdłuż Alej Ujazdowskich. Rozpoczyna się w piątek, 31 lipca.