Nie wiemy, dlaczego ktoś zdecydował się na taki krok, nie wiemy, kim jest czy są sprawcy. Nie wiemy, bo policja nie może go lub ich namierzyć. Umorzyła wszystkie postępowania, dotyczące zgłoszonych dewastacji.
- To, że zostały one umorzone, w żaden sposób nie powoduje tego, że policjanci przestali prowadzić czynności, zmierzające przede wszystkim do ustalenia sprawców uszkodzenia tego fotoradaru - mówi aspirant Małgorzata Gębczyńska, oficer prasowy Komendanta Rejonowego Policji Warszawa III.
Fotoradar jest na oku służb od kilkunastu miesięcy. Przez niespełna dwa lata ktoś zniszczył go już cztery razy.
Powrót z kamerą
Inspekcja Transportu Drogowego miała dość dewastacji i postanowiła, że nad skrzynką z kamerą fotoradaru zainstaluje swoje kamery, tak żeby namierzyć wandali. Cel? Ich ukaranie. Jednak nagranie to na razie za mało.
- Przy fotoradarze pojawiła się kamera. Natomiast sprawcy podczas uszkodzenia najpierw uszkodzili te kamery, one zostały zalane też farbą, co też uniemożliwiło nam identyfikację - wyjaśnia Gębczyńska.
- Oni na razie cieszą się wolnością, ale niech mają z tyłu głowy, że prędzej czy później ktoś zapuka do ich drzwi - przestrzega Marek Konkolewski, Główny Inspektorat Transportu Drogowego.
Zdania kierowców podzielone
Fotoradar wrócił po pół roku od dewastacji. Jeszcze nie był podpięty do prądu, a już elektryzował kierowców.
- Albo trąbi, albo otwiera okna i krzyczy prosto do pracowników, tych monterów, którzy instalują to urządzenie. O ile czasami to są żarty, hasła, że ten fotoradar i tak za dwie minuty zostanie zniszczony, o tyle zdarza się też, że wykrzykują groźby albo hasła nacechowane agresywnie - tak reporter tvnwarszawa.pl Mateusz Mżyk opisuje zachowania kierowców, reagujących na powrót fotoradaru.
- Stoi dla bezpieczeństwa nas wszystkich, którzy tędy przejeżdżają - stwierdza kierująca.
Cztery razy zniszczony, wrócił: dobrze czy niedobrze? - Ogólnie niedobrze dla kierowców. Może dla ruchu drogowego tutaj i dla organizacji - stwierdza kierujący i dodaje, że nie jest zadowolony z powrotu fotoradaru.
- Też jestem kierowcą i to pomaga dużo - stwierdza inny kierowca.
700 naruszeń w niecały tydzień
Najbardziej nielubiany i zapracowany fotoradar przez pierwsze dni po powrocie, czyli od 9 do 14 września - zarejestrował ponad 700 naruszeń.
- To urządzenie może i budzi skrajne emocje, ale dlatego, że stoi we właściwym miejscu; dlatego, że jest batem na piratów drogowych, którzy lubią szybką i brawurową jazdę, a my nie pozwolimy na anarchię - zaznacza Konkolewski.
Urządzenie stoi na trasie z Pruszkowa do Warszawy. Najpierw jest ograniczenie do 70 kilometrów na godzinę. Potem jest znak informujący o wjeździe do obszaru zabudowanego i tu już trzeba zwolnić do 50 km/h.
- Ja słyszałem, że niektórzy już się zakładają, jak długo w tym miejscu wytrzyma w dobrej formie. Wandale trafili na poważnego zawodnika, a my się nie poddamy - dodaje Konkolewski.
Inspekcja szacuje wszystkie straty na ponad 100 tysięcy złotych. Pokrył je na razie ubezpieczyciel, on pewnie też liczy na złapanie wandali. Pytanie, czy to możliwe bez puszczenia przez kogoś farby.