- To mnie najbardziej boli, że przez tyle lat, przebywając w zakładzie karnym wiedziałam o tym, że jest ktoś na wolności i śmieje się bardzo głośno, cieszy się życiem, a ja odbywam za niego karę - mówiła już po wyjściu na wolność Beata Pasik w rozmowie z Grzegorzem Głuszakiem, autorem reportażu "Superwizjera".
To, czy tak jest faktycznie, sprawdza zespół śledczych z Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji we Wrocławiu.
OGLĄDAJ CAŁY REPORTAŻ W TVN24 PLUS
- Mogę na tym etapie jedynie potwierdzić, że akta sprawy zostały wypożyczone w drugiej połowie zeszłego roku. Na razie nie informujemy o szczegółach prowadzonych działań. Niewykluczone jednak, że w ciągu kilku kolejnych dni ukaże się komunikat w tej sprawie - przekazał w rozmowie telefonicznej z naszą redakcją Przemysław Nowak z biura prasowego Prokuratury Krajowej.
Informację o wypożyczeniu akt w sprawie tragedii z 1997 roku jako pierwsi podali reporterzy Radia Zet.
Koszmar w butiku
28 lat temu w Ultimo padły cztery strzały. Kobieta pracująca w butiku została postrzelona w szyję i w ramię. Kiedy ocknęła się dobę później, była już w szpitalu, po operacji. Lekarze mówili, że to cud, że przeżyła. Ale nie tylko oni stali przy łóżku Anny. Byli tam też policjanci, którzy - zanim powiedzieli, że strzelaniny nie przeżył jej mąż, bo kula trafiła go w klatkę piersiową - zapytali: - Kto strzelał? Kobieta wskazała na Beatę Pasik.
Dowody i wątpliwości
Dowody? Niewiele. Nigdy bowiem nie znaleziono broni, z której padł strzał. Na ubraniach oskarżonej śledczy nie zabezpieczyli prochu, a w samym butiku jej linii papilarnych. Biegli zapewniali - psychologicznie prawdopodobieństwo, że kobieta taka jak Pasik do kogoś strzeli, jest znikome. Dodatkowo miała alibi - rodzina jej ówczesnego chłopaka ręczyła, że wszyscy spędzili razem wieczór w domu. Pasik wyszła tylko z partnerem do kwiaciarni, chwilę przed zamknięciem, co potwierdziła zresztą pracownica sklepu z kwiatami. Motyw? Miesiąc temu kobieta została zwolniona z pracy w innym butiku tej sieci (przy Świętokrzyskiej) za kradzież. Ktoś mógłby pomyśleć: mści się.
Tak czy inaczej wszyscy sędziowie, którzy orzekali w sprawie zabójstwa w butiku Ultimo, zaznaczali w swoich wyrokach, że głównym dowodem w sprawie są zeznania Anny, która miała widzieć, że to Pasik strzelała. Pasik się nie przyznała, a przy braku innych dowodów było jedynie słowo przeciwko słowu. Ale śledczy bardzo szybko zwrócili uwagę na kasetkę, z której po strzelaninie miały zniknąć pieniądze. Około 6 tysięcy złotych. Zabezpieczyli więc zapach z metalowego pojemnika, a kiedy porównali go z zapachem Pasik - psy pomerdały ogonem, wskazując zgodność. I co to oznacza dla sprawy?
Niewiele - orzekły sądy w kolejnych dwóch wyrokach uniewinniających. Pasik pracowała w innym butiku Ultimo, ale utarg z jej sklepu trafiał właśnie tam, gdzie doszło do zabójstwa. I razem z pieniędzmi ze wszystkich sklepów lądował w kasetce na zapleczu. Jeżeli dotykała pieniędzy u siebie, na Świętokrzyskiej, nie musiała być nawet na Nowym Świecie - jej zapach przeszedł na pieniądze i bez jej udziału, niesiony przez kogoś, kto znosił utargi w jedno miejsce.
W aktach sprawy zabójstwa w butiku Ultimo wciąż więcej jest pytań, niż odpowiedzi. Dlaczego nikt z funkcjonariuszy zajmujących się sprawą nie badał innych wątków, a wszyscy zadowolili się zeznaniami pokrzywdzonej? Według nich to Beata Pasik strzelała do Anny J. i jej męża, choć żaden inny dowód nie potwierdzał wersji pokrzywdzonej.
Nikt nie wyjaśnił, skąd 23-letnia wówczas Beata Pasik mogła posiadać broń, i to dość nietypową w tamtych czasach. Nie sprawdzono też, skąd u ofiary rany na rękach, mogące świadczyć o bójce.
Beata Pasik została jednak ostatecznie skazana za zabójstwo, do którego doszło w 1997 roku w centrum Warszawy, w butiku Ultimo na Nowym Świecie. W Sądzie Okręgowym w Warszawie w 2005 roku usłyszała prawomocny wyrok 25 lat więzienia.
Pasik ani razu nie przyznała się do winy i konsekwentnie nie przyznaje się do dziś.
Beata Pasik: zabójca jest na wolności
Beata Pasik w 1997 roku po nieudanym związku próbowała jakoś ułożyć sobie życie. Myślała, że w końcu wychodzi na prostą. Chyba nawet się zakochała, ale o godzinie 6 nad ranem 18 grudnia 1997 roku jej życie legło w gruzach.
Kilkunastu antyterrorystów, wyważając drzwi, weszło do mieszkania, w którym spała ze swoim partnerem. On po kilkunastu godzinach wyszedł z komisariatu, ona została przewieziona do aresztu śledczego, w którym musiała zostać na dwa lata. Myślała, że to jakaś fatalna pomyłka, ale nawet w najczarniejszych snach nie wyobrażała sobie, że na kilkanaście lat cela więzienna stanie się jej domem.
- To mnie najbardziej boli, że przez tyle lat, przebywając w zakładzie karnym, wiedziałam o tym, że jest ktoś na wolności i śmieje się bardzo głośno, cieszy się życiem, a ja odbywam za niego karę – mówiła Beata Pasik w rozmowie z Grzegorzem Głuszakiem.
Beata Pasik w 2021 roku po raz trzeci postanowiła napisać wniosek o warunkowe przedterminowe zwolnienie. Opinia z zakładu karnego była negatywna, mimo iż potwierdzała, że Beata jest wzorową osadzoną - a to dlatego, że nie przyznała się do winy. Sąd Okręgowy w Toruniu, a potem Sąd Apelacyjny w Gdańsku zgodziły się jednak, by kobieta warunkowo wyszła na wolność siedem lat przed końcem odbywania kary.
Mury więzienia opuściła w 2021 roku.
W reportażu "Superwizjera" zapytana o wydarzenia z dnia, w którym została zatrzymana, wspomina, że "przebywając w areszcie śledczym chyba nie miała żadnej przespanej nocy". - Kłębiły się myśli. Dlaczego akurat ja? Dlaczego tu przebywam? Co się takiego stało, że wskazano mnie, jako sprawcę tego czynu? Chyba nie ma odpowiedzi na to pytanie, bo do dzisiaj walczę z tą sprawą i chcę udowodnić, że to nie ja jestem sprawczynią – dodała.
Autorka/Autor: bż/gp
Źródło: TVN24, Superwizjer TVN
Źródło zdjęcia głównego: Superwizjer TVN