- Pani Edyta poinformowała Kontakt24, że po 17 latach musi opuścić kioskoportiernię w parterze wieżowca przy Granicznej.
- Zastrzeżenia mieszkańców, na które powołuje się zarząd spółdzielni, dotyczyły m.in. słabego zaopatrzenia, zbyt wczesnego zamykania czy braku zainteresowania pracowników otoczeniem.
- Przedsiębiorczyni przekonuje, że sprawa ma podłoże polityczne, na dowód pokazuje SMS-y. Lokal musi zwolnić do końca kwietnia.
W wieżowcu przy Granicznej 4 jest 480 mieszkań. Choć wokół są sklepy spożywcze, do pani Edyty często zaglądają mieszkańcy, którzy zapomnieli płynu do mycia naczyń, mleka czy mają ochotę na pączka. Wystarczy zjechać na parter, nawet w kapciach. Punkt jest także łącznikiem pomiędzy spółdzielnią i mieszkańcami, bo tutaj zostawiane są dla nich listy czy przesyłki. Do tego: prasa, mrożonki, napoje - produkty, na które jest stałe zapotrzebowanie. Takie punkty są również w sąsiednich, bliźniaczych 15-piętrowych wieżowcach, na przykład przy Marszałkowskiej 111A.
Konflikt o portiernię z polityką w tle
Pierwsze problemy pojawiły się dwa lata temu. Jak słyszymy od pani Edyty, jednej z członkiń rady nadzorczej spółdzielni zaczęły przeszkadzać tytuły sprzedawanych w kioskoportierni gazet.
- Zaczęło się od tego, że wysyłała mi SMS-y, że nie powinnam sprzedawać "Gazety Wyborczej". Odpowiadałam, że to najlepiej sprzedająca się gazeta. Mówiła także, że mój mąż jest bolszewikiem, a ja nie jestem patriotką, gdyż nie podobało się jej podwójne obywatelstwo mojego męża - poinformowała redakcję Kontaktu24 pani Edyta, gdy dostała wypowiedzenie.
Gdy spotkaliśmy się z nią w lutym, opowiedziała więcej o kobiecie, od której dostawała wiadomości.
- Po przegranej PiS-u jest rozgoryczona i wszędzie upatruje wrogów. Wysyłała mi jakieś SMS-y dziwnej treści. Obejmując ten kiosk 17 lat temu, nikt mnie nie pytał, jakie mam poglądy polityczne. Przyjmując ludzi do pracy, też o to nie nie pytam, bo uważam, że jest to sprawa każdego indywidualna - zauważa przedsiębiorczyni.
I pokazuje chaotyczne wiadomości, które otrzymywała. Jest w nich mowa, że kiosk jest "bolszewicki" oraz że "zniknęły gazety polskie". Pani Edyta miała też usłyszeć, że skoro wyjechała z Polski (swoim drobnym biznesem kieruje zdalnie, pomagają jej w tym pracownicy) to nie jest już patriotką i Polką.
Po 17 latach musi odejść
Zgodnie z umową, jeśli osoba prowadząca kioskoportiernię nie dopełnia obowiązków, można zerwać współpracę z dnia na dzień. W tym przypadku spółdzielnia zachowała standardowy, trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Nasza rozmówczyni twierdzi, że żadne oficjalne skargi do niej nie docierały.
- Uważam, że po 17 latach należałoby mi się jakiekolwiek wyjaśnienie ze strony spółdzielni, jaki jest powód tego wypowiedzenia, bo nie było żadnych skarg. Przynajmniej ja nie mam takiej wiedzy. Dlatego czuję się pokrzywdzona - żali się nam kobieta.
- Mogłabym zrozumieć, gdyby pan prezes powiedział mi "proszę pani, otwieramy tu aptekę". A ja nie jestem farmaceutą i nie mam możliwości prowadzenia apteki. Nie miałabym żadnego żalu. Ale tutaj powstanie taki sam punkt, jak ja prowadzę, tylko będzie go prowadziła inna osoba - opowiada.
W sekretariacie usłyszała jedynie, że temat jest zamknięty, a wypowiedzenie w mocy.
Niedawno proponowali jej objęcie kolejnego punktu
Punkt doceniają stali klienci, ale do niedawna także spółdzielnia nie miała zastrzeżeń.
- W zeszłym roku byłam na rozmowie u pana prezesa, miałam propozycję objęcia kolejnego punktu w innym budynku. Czyli jeszcze w zeszłym roku wszystko było super. Teraz się nagle okazuje, że coś jest nie tak - opisuje. - I to mnie boli, ta niesprawiedliwość. To, że na tle politycznym tak ludzie potrafią się podzielić - dodaje.
Właścicielka sklepu radziła się prawnika, zgłaszała do radnych. Wszystko na nic. Konstrukcja umowy stawia ją na przegranej pozycji. A do emerytury zostały jej tylko cztery lata, choć - jak zastrzega - była gotowa prowadzić interes także później.
Tuż przed spotkaniem z panią Edytą, wysłaliśmy maila do Spółdzielni Mieszkaniowej Żelazna Brama z prośbą o wyjaśnienie sprawy i uzasadnienie wypowiedzenia umowy. Razem z naszą rozmówczynią udaliśmy się także do siedziby prezesa. Przywitał nas pracownik administracyjny, który stwierdził, że prezesa nie ma, bo "ma spotkanie na mieście".
Wśród zastrzeżeń brak nadzoru i słabe zaopatrzenie
Spółdzielnia odpowiedziała nam mailowo. Jak czytamy, umowa i artykuł 688 Kodeksu cywilnego, "przewidują możliwość wypowiedzenia umowy najmu bez podawania przyczyny".
"Jest to uprawnienie przyznane obu stronom umowy, co oznacza, że skorzystać z niego mogła zarówno spółdzielnia, jak i najemczyni" - odpisała spółdzielnia. I dodała, że nie musi się ze swojej decyzji tłumaczyć.
Dowiadujemy się też o zastrzeżeniach do funkcjonowania punktu. Miały zostać przedstawione pani Edycie w styczniu, na spotkaniu z komitetem mieszkańców.
"Zastrzeżenia dotyczyły m.in.: braku odpowiedniej uwagi pracowników kioskoportierni na to, co dzieje się w holach wejściowych, braku zainteresowania otoczeniem i skupiania uwagi na smartfonie lub kolorowych czasopismach; słabego zaopatrzenia; zbyt szybkiego zamykania, która według umowy powinna być czynna od 6 do 22, a często była zamykana już o 21; nieprzekazywania nowym pracownikom zakresu obowiązków wobec spółdzielni; braku nadzoru właścicielskiego" - wyliczyła listę zarzutów spółdzielnia.
Pojawiły się też wątpliwości, czy kioskoportiernię można prowadzić nie będąc stale na miejscu. Jak przypomniała spółdzielnia, zastrzeżenia mieszkańców pojawiły się po tym, jak pani Edyta "wyjechała na stałe za granicę, a prowadzenie swojej działalności powierzyła innym osobom".
"Aktualnie jej zaangażowanie w pracę kioskoportierni uległo zmianie, ale nastąpiło to już po otrzymaniu wypowiedzenia i czasowym, jak się domyślamy, przyjeździe do Polski" - oceniła spółdzielnia.
Spółdzielnia nie odniosła się do wypowiedzi i SMS-ów członkini rady nadzorczej. "Zarząd nie był świadkiem tych zdarzeń i nie wie w jakim charakterze wówczas występowała" - napisano w odpowiedzi na nasze pytania.
Następny najemca lokalu zostanie wyłoniony w drodze konkursu.
Próbowaliśmy się skontaktować również bezpośrednio z członkinią rady nadzorczej, o której mowa, ale bezskutecznie.
Pani Edyta uważa te zarzuty za zmanipulowane. - Bo przez 17 lat wszystko było dobrze - twierdzi. W marcu wystosowała do spółdzielni pismo, w którym wyraziła chęć poprawy funkcjonowania kiosku. Nie otrzymała już odpowiedzi.
Do prokuratury zgłosiła kierowanie gróźb karalnych. Sprawą zajmuje się policja. - Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w kierunku gróźb karalnych i przekazała sprawę do jednostki policji. Prowadzimy czynności w kierunku ewentualnego wykroczenia - przekazał nam rzecznik śródmiejskiej policji młodszy aspirant Jakub Pacyniak.
"Zgodność wypowiedzenia może zbadać wyłącznie sąd"
Pytanie w tej sprawie wysłaliśmy również do Ministerstwa Rozwoju i Technologii, które odpowiada między innymi za mieszkalnictwo.
W odpowiedzi czytamy, że zgodnie z Ustawą prawo spółdzielcze, majątek spółdzielni "jest prywatną własnością jej członków". Mogą one prowadzić działalność gospodarczą, ale jest ona zależna od woli stron.
"Z treści wystąpienia wynika, że spółdzielnia wypowiedziała umowę najmu lokalu użytkowego zgodnie z ustalonymi terminami - kwestie te są właśnie uregulowane przepisami ustawy Kodeks cywilny. Zgodność takiego wypowiedzenia z przepisami prawa, jak również warunkami umowy, może być zbadana wyłącznie przez sąd" - wyjaśnia ministerstwo.
Chcesz podzielić się ważnym tematem? Skontaktuj się z autorką tekstu: katarzyna.kedra@wbd.com