Tramwaj ciągnął dziecko, czterolatek nie żyje. Jest wyrok w głośnej sprawie

Śmiertelne potrącenie dziecka na Pradze
Motorniczy skazany za tragiczny wypadek
Źródło: tvnwarszawa.pl
Na rok i sześć miesięcy więzienia skazał we wtorek Sąd Rejonowy Warszawa Praga-Północ Roberta S., motorniczego, oskarżonego o spowodowanie tragicznego wypadku w sierpniu 2022 roku. Mężczyzna przyciął czterolatka drzwiami tramwaju i przeciągnął go wzdłuż torowiska. Dziecko zmarło.

Sędzia Katarzyna Wanat skazała Roberta S. na rok i sześć miesięcy więzienia, zakazała mu prowadzenia wszelkich pojazdów na okres czterech lat i nakazała wypłacić zadośćuczynienie dla rodziców chłopca po 100 tysięcy złotych. Sędzia nie miała wątpliwości, że używanie przez motorniczego telefonu w czasie jazdy wpłynęło niekorzystnie na jego pracę.

Długie rozmowy telefoniczne

- Oskarżony od rana aktywnie korzystał z telefonu - zaczęła Katarzyna Wanat, po czym wyliczyła, że S. poza odbieraniem wiadomości w czasie drogi prowadził też rozmowy kolejno po 50, 40, 30 czy 20 minut.

- Kiedy drzwi tramwaju były jeszcze otwarte pani Maria (babcia chłopca - red.) znajdowała się na płycie przystanku, nie na torowisku. Kobieta starała się wyciągnąć wnuka, którego lewa nowa utknęła miedzy powłoką ostatniego schodka a drzwiami - mówiła sędzia. - Pani Maria próbowała zatrzymać pojazd, uderzając pięściami w drzwi wagonu, jednak motorniczy ruszył - dodała.

Następnie sąd przywołał zeznania świadka - kierowcy, który w momencie, gdy doszło do tragedii, mijał autem tramwaj i widział, jak kobieta próbowała wyswobodzić nogę chłopca. - Ciężar pojazdu wyrwał chłopca z rak kobiety - wskazała Wanat.

Pojazd zatrzymał się dopiero po tym, jak jeden z pasażerów zaciągnął hamulec ręczny. Przejechał w tym czasie blisko 420 metrów. Jak przypomniała sędzia, czterolatek zginął na skutek "masywnego urazu mózgowo-czaszkowego", którego doznał w wyniku wypadku.

Tramwaj był sprawny technicznie

Na sali rozpraw przypomniano, że tramwaj trzy dni przed zdarzeniem przeszedł pozytywnie badania techniczne. W chwili wypadku był sprawny, a motorniczy poruszał się ze standardową prędkością, około 50 kilometrów na godzinę. Zdaniem sądu, osoby znajdujące się na przystanku, także te które przebywały bezpośrednio w pobliżu ostatnich drzwi drugiego wagonu, były widoczne dla motorniczego.

- Półtorej sekundy - tyle Robert S. poświęcił, aby upewnić się, że bezpiecznie może ruszyć z przystanku - padło na sali sądowej.

- S. poświecił niewystarczającą ilość czasu na obserwację przystanku, bo gdyby było inaczej, to dostrzegłby, czy ruszenie tramwaju nie spowoduje niebezpieczeństwa dla pasażerów. Gdyby tylko spojrzał w lusterko dostrzegłby przytrzaśniętego Aleksandra - argumentowała Katarzyna Wanat.

Sędzia przypomniała o przepisach, jakie obowiązują motorniczych w czasie pracy. Wymieniła, że zabrania się im m.in. używania telefonu, zestawu słuchawkowego czy radia.

Poruszona została także kwestia odpowiedzialności babci czterolatka, pod której opieką dziecko znajdowało się w chwili zdarzenia. - Sąd ustalił, że zachowanie pani Marii było prawidłowe, nie przyczyniała się ona do wypadku - stwierdziła Katarzyna Wanat.

Sędzia przypomniała, że motorniczy, który pracował w zawodzie od 14 lat dwukrotnie uczestniczył w kolizjach z udziałem tramwajów.

Tragiczny wypadek, zginął czterolatek

Do wypadku doszło w połowie sierpnia 2022 roku na ulicy Jagiellońskiej, przy przystanku Batalionu Platerówek. Uczestniczył w nim tramwaj starego typu 105N, jadący w kierunku pętli na Żeraniu. Czteroletnie dziecko zostało przytrzaśnięte drzwiami, tramwaj ciągnął chłopca wzdłuż torowiska. Czterolatka nie udało się uratować. W momencie wypadku był pod opieką babci.

W skierowanym do Sądu Rejonowego Warszawa Praga-Północ akcie oskarżenia motorniczemu zarzucono umyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym oraz przepisów instrukcji dla pracowników Tramwajów Warszawskich i nieumyślne spowodowanie wypadku, w wyniku którego śmierć poniósł chłopiec. Proces w tej sprawie rozpoczął się w połowie kwietnia 2024 roku.

Oskarżony nie przyznał się do winy i skorzystał z przysługującego mu prawa do odmowy składania zeznań. Na początku procesu przeprosił rodzinę zmarłego chłopca. - Jest mi bardzo przykro, że doszło do tego wypadku. Bardzo przepraszam - mówił.

W sprawie powołano siedmiu biegłych, a zeznania na sali sądowej złożyło ponad 30 świadków, w tym. m.in. babcia tragicznie zmarłego dziecka, były pracownik Tramwajów Warszawskich oraz osoby, które bezpośrednio widziały zdarzenie. 

Wyrok, który zapadł we wtorek, jest nieprawomocny.

Redagował Piotr Bakalarski

Czytaj także: