Pod koniec lipca Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska przekazał władzom Wołomina informacje o wynikach ostatnich kontroli na terenie nielegalnego składowiska odpadów przy ulicy Łukasiewicza 11 w Wołominie. Są tam zgromadzone mauzery i beczki z ogromnymi ilościami toksycznych, żrących i niebezpiecznych substancji. Szacuje się, że jest ich około 16 tysięcy ton.
Burmistrzyni Wołomina Elżbieta Radwan opublikowała w poniedziałek treść pisma. Podkreśliła, że zdaniem inspektoratu, stan pojemników jest krytyczny. "WIOŚ wskazuje, że istnieje ryzyko rozszczelnienia pojemników i wycieku substancji oraz, że zgromadzone odpady stanowią zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzi lub środowiska" - zaznaczyła we wpisie w mediach społecznościowych.
"Składowisko, które jest tykającą bombą"
Jak przypomniała, od maja 2023 roku władze miasta alarmują o sytuacji. Na przestrzeni tych trzech lat dochodziło do wycieków toksycznych substancji, przewracania się pojemników i kolejnych interwencji służb. Mieszkańcy skarżą się na wyczuwalny w okolicy chemiczny odór.
"Ile jeszcze Wołomin ma czekać na likwidację tego zagrożenia? Przed nami fala upałów. Nawet 39 stopni Celsjusza. A pojemniki - według WIOŚ - są w stanie krytycznym. Nie można dłużej czekać" - twierdzi burmistrzyni.
Jak zauważa, gdyby w centrum jakiegokolwiek miasta znaleziono bombę, nikt nie czekałby, aż wybuchnie. "Dlaczego więc od ponad trzech lat nie ma interwencji, skoro kilkaset metrów od centrum miasta i centrum handlowego znajduje się składowisko, które jest tykającą bombą?" - zastanawia się.
Dodaje, że władze miasta nie zgadzają się, aby mieszkańcy stali się "ofiarami przewlekłych procedur i decyzji odkładanych na później". "Nie przyjeżdżajcie do Wołomina po katastrofie. Zapobiegnijcie jej" - apeluje Elżbieta Radwan.
Brakuje milionów na usunięcie odpadów
Składowisko przy ulicy Łukasiewicza 11 jest jednym z największych składowisk substancji niebezpiecznych w Polsce. Substancje łatwopalne i takie, które w kontakcie z powietrzem mogą tworzyć związki wybuchowe, są składowane w plastikowych i metalowych opakowaniach.
W 2024 roku informowaliśmy, że władze gminy zabiegały o pomoc w usunięciu problemu. Szacowany koszt utylizacji chemikaliów to około 200 milionów złotych. Samorząd nie był w stanie wygospodarować takiej kwoty i apelował do władz centralnych o działanie w trybie "zarządzania kryzysowego".
Jesienią ubiegłego roku Urząd Marszałkowski Województwa Mazowieckiego ogłosił przetarg na utylizację odpadów. Termin składania ofert był wielokrotnie przekładany, lecz ostatecznie - w marcu - postępowanie zostało unieważnione. Powodem był brak pieniędzy na pokrycie kosztów zlecenia.
Władze Mazowsza i Wołomina apelowały do rządu, resortów klimatu i środowiska oraz spraw wewnętrznych i administracji o udzielenie wsparcia. Jak dotąd, nie udało się jednak znaleźć potrzebnych środków.
Sprawa jest poważna, bo rzece Czarnej, która przez Kanał Żerański wpada do Jeziora Zegrzyńskiego, grozi ekologiczna katastrofa. Wraz z deszczówką mogą przedostawać się do niej niebezpieczne chemikalia składowane na działce w Wołominie. Poważne ryzyko skażenia środowiska pojawiło się latem 2024 roku, gdy po burzy i gwałtownych opadach doszło do rozszczelnienia kanału deszczowego, odprowadzającego wody opadowe z terenu niebezpiecznego składowiska.
Niebezpieczne wycieki i ulatniające się opary
Inspektorzy WIOŚ co tydzień sprawdzają sytuację na terenie składowiska i monitorują stan pojemników.
Z pisma WIOŚ wynika, że tylko w czerwcu stwierdzono trzy wycieki niebezpiecznych substancji. Przykładowo 11 czerwca kontrola wykazała pęknięcie jednego z pojemników. "Uwolnieniu uległa płynna substancja koloru czarnego o ostrym chemicznym zapachu charakterystycznym dla rozpuszczalników" - opisali inspektorzy. Jak oszacowali, wyciekło około 400 litrów płynu. Rozlał się na betonowej posadzce i nieutwardzonym gruncie.
Natomiast w połowie lipca podczas kontroli inspektorzy zaobserwowali, że z przewróconych beczek unosi się siwy dym o zapachu przypominającym palone tworzywa sztuczne. Na miejsce wezwali straż pożarną. Strażacy ustalili w trakcie interwencji, że w beczkach znajduje się substancja "o silnie zasadowym odczynie, która na skutek zachodzącej reakcji egzotermicznej emituje znaczną ilość ciepła i generuje dym". Taka sytuacja grozi samozapłonem.
Jak podaje WIOŚ, inspektorzy obserwują postępującą degradację pojemników i coraz częstsze wycieki. Badania stanu powietrza wykazują, że z nieszczelnych pojemników ulatniają się szkodliwe opary.