- Jako młody chłopak przyjechał z Podlasia do Otwocka, by uczyć się zawodu.
- Zegarmistrzem jest od 50 lat. Najpierw pracował na warszawskiej Pradze, własną pracownię w Konstancinie-Jeziornie prowadził od 1983 roku.
- Roman Dworakowski, który kiedyś naprawiał po 12 zegarów dziennie, opowiada o tym, jak rzemiosło wyglądało dawniej.
- W maju zegarmistrz przeszedł na emeryturę.
Ulica Warszawska 23 w Konstancinie-Jeziornie, wejście do budynku od podwórka. W oknie widać szyld z napisem "zegarmistrz". W środku niewielki lokal z małym oknem. Przy samych drzwiach stolik i dwa krzesła. Tuż obok lada, a za nią stara, drewniana meblościanka i kilka półek. Małe radio i telefon stacjonarny. Wszędzie mnóstwo narzędzi oraz zegarów o przeróżnych kształtach i wielkościach. Wszystko ma swoje miejsce. Na ścianach rzędy zegarów wiszących. Każdy pokazuje tę samą godzinę, choć niektóre lekko się śpieszą, inne mają drobne opóźnienie.
- To normalne. Każdy mechanizm ma swoją specyfikę - mówi Roman Dworakowski, gospodarz tego miejsca, zegarmistrzem z 50-letnim stażem.
Chciał naprawiać telewizory
Pochodzi z Podlasia, na Mazowsze przyjechał jako młody chłopak.
- Chciałem nauczyć się naprawiać telewizory, złożyłem już dokumenty do szkoły, ale czasy były ciężkie. To były lata siedemdziesiąte. Jedna z kobiet pochodzących z tej samej wsi co ja, która mieszkała od pewnego czasu w Otwocku, a przyjeżdżała na Podlasie w odwiedziny. Chciała pomóc mojej rodzinie i zaproponowała, że zabierze mnie tu do szkoły. I tak trafiłem do Otwocka. Czysty przypadek - opowiada mój rozmówca. - Jestem wdzięczny losowi, że to się tak potoczyło, miałem wiele szczęścia - dodaje szybko.
Fachu uczył się w szkole zawodowej funkcjonującej od 1953 roku przy sanatorium rehabilitacyjnym im. Hanki Sawickiej w Otwocku-Śródborowie. Przy placówce medycznej, która powstała z inicjatywny Instytutu Gruźlicy, nauczano wówczas różnego rzemiosła - od zegarmistrzostwa, przez kreślarstwo, po krawiectwo i kaletnictwo.
Jak wspomina pan Roman, szkoła trwała trzy lata. Pierwszy rok - głównie teoria, potem - praktyka. Lekcje odbywały się rano i po południu, najtrudniejsze były zajęcia z technologii. Nauka kończyła się egzaminem czeladniczym.
Ten drugi "nie udźwignął"
Po zdaniu egzaminu pan Roman zamieszkał u wujka po drugiej stronie Wisły - w Konstancinie-Jeziornie. I zaczął pracę w zakładzie zegarmistrzowskim działającym przy Targowej na Pradze w Warszawie. Był wrzesień 1975 roku.
- Bardzo dobrze wspominam tamte czasy i Warszawę, to mi dało dużo doświadczenia, nauczyło życia, roboty. Było nas tam sześciu, pozostali to byli fachowcy z trzydziestoletnim stażem pracy, zawsze coś pomogli, podpowiedzieli - wspomina.
Po kilku latach pracy na Targowej przeniósł się do Konstancina-Jeziorny. Pytam, czy już wtedy był jedynym zegarmistrzem w tej miejscowości. Zaprzecza.
- W latach osiemdziesiątych był jeszcze jeden, ale nie udźwignął tego, odszedł z zawodu. Od blisko trzydziestu lat jestem sam - mówi.
Przy ulicy Warszawskiej pracownia działa nieprzerwanie od 1983 roku. Wcześniej lokal ten służył do "klejenia kartek". Jakich? Dokładnie tych, za które w stanie wojennym kupowało się w sklepach jedzenie, artykuły przemysłowe czy alkohol.
- Ja się na początku przestraszyłem, jak zobaczyłem to miejsce. Bałem się, że klientów nie będę miał, bo kto tu trafi - wejście od podwórka, z ulicy głównej nic nie widać - opowiada pan Roman.
Jednak na brak klientów nie narzekał. Nie tylko mieszkańcy Konstancina-Jeziorny, ale także osoby z Warszawy i okolic przez lata przywoziły do niego zegarki. Pracował bardzo dużo.
- Dawniej to tu kolejka się ustawiała, wesoło było. Wtedy to były zegarki głównie radzieckie, trzeba je było rozebrać na części i włożyć do maszyny czyszczącej. To wymagało czasu i precyzji. Wie pani, jak się kiedyś psuł zegar w domu, to ludzie nie wiedzieli, która jest godzina i był problem. Przecież telefonów nie było. Dlatego trzeba było robić wszystko szybko. Pracowałem często nawet po piętnaście godzin dziennie - mówi i dodaje, że jednego dnia zdarzało mu się złożyć nawet 12 zegarów.
- Kiedy pan odpoczywał? - przerywam.
- Trudny temat - śmieje się. - Teraz ta praca jest inna, jest dużo elektroniki, więc chodzi głównie o wymianę baterii. Weszły też smartwatche, które się ładuje, nie potrzebują nawet wymiany baterii. Jest szybciej, łatwiej - tłumaczy.
Rolexy, Omegi, Pallasy...
Do pracowni przy Warszawskiej trafiały różne marki, także te z najwyższej półki: Patek Philippe, Bauhaus, Longines, Atlantic, Delbana, Pallas, Omega czy Rolex. Ale to nie te drogie okazy, kosztujące niekiedy nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych, utkwiły najbardziej w pamięci pana Romana.
- Kiedyś jeden z moich znajomych przyniósł tu taki mały zegar wiszący, który był cały zrobiony w drewnie. Wszystko było drewniane - małe wahadełko, każdy detal. To było jak dzieło sztuki, to była prawdziwa fascynacja - wspomina.
Naprawiał zegarki naręczne, ścienne i budziki. W wielu przypadkach były to przedmioty przekazywane w rodzinach z pokolenia na pokolenie. - Ludzie przychodzili, bo zależało im na konkretnej rzeczy, która miała wartość sentymentalną - mówi.
- To po dziadku. Chciałabym, żeby jeszcze działał - mówi klientka, kładąc na ladzie stary zegarek.
- Ten zegar w prezencie dostała moja mama, może uda się go naprawić? - pyta inna mieszkanka.
Pan Roman bierze w ręce zegar, dokładnie ogląda. - Zobaczymy, co da się zrobić - odpowiada. Tak właśnie mówi od lat.
Do pracowni przy Warszawskiej trafiały nie tylko zegary, ale także okulary czy łańcuszki. - Czasem śrubkę trzeba było dokręcić w okularach, czasem zlutować biżuterię i tak to się kręciło. Na Targowej w Warszawie obok pracował złotnik, nauczyłem się od niego kilku przydatnych sztuczek - zdradza zegarmistrz.
"Nie da rady, decyzja podjęta"
Naszą rozmowę przerywają nagle otwierające się drzwi, przez które wchodzi wysoki mężczyzna. Kładzie na ladzie zegarek.
- Dzień dobry, chwilę mnie tu nie było. Zrobi mi pan jeszcze ten jeden? - zagaduje klient.
- Zrobię, zrobię. Nie będę pisał nazwiska, bo pamiętam. Pan jutro po to wróci, gotowe będzie - odpowiada klientowi zegarmistrz.
- Pan, by nie zamykał jeszcze interesu - rzuca mężczyzna w drzwiach.
- Nie da rady, decyzja podjęta. Kończę z końcem kwietnia.
- Przecież to miało być czynne do września, ale… tamtego roku. Może pan przedłuży jeszcze odrobinę?
- Widzi pani, tu w Konstancinie już nie będzie tego rzemiosła po moim odejściu na emeryturę. Klienci mnie znają i cały czas proszą, żeby nie zamykać. Często słyszę od nich: "Panie, nie da rady, niech pan tu siedzi dalej z nami". Ciągle mi to powtarzają, czy na ulicy, czy to w sklepie. Ale ja im tłumaczę, że przyszedł ten moment. Trzeba być odpowiedzialnym, ręce mi się już trzęsą, oczy nie te, trzeba odpocząć - tłumaczy cierpliwie pan Roman, gdy zostajemy sami.
Jak dodaje, w tym zawodzie liczą się: dokładność, precyzja i spokój. Następcy nie znalazł. Jego syn, mimo wielu rozmów na ten temat, wybrał inną drogę zawodową. - Młodzi nie chcą dzisiaj w to iść - komentuje.
Pracownię odwiedziłam pod koniec kwietnia, z pierwszym maja mój rozmówca przeszedł na emeryturę. Był ostatnim zegarmistrzem w Konstancinie-Jeziornie.