Załoga samolotu: jesteśmy dumni. Nie było paniki

Warszawa

fot. PAP/Tomasz Gzell

- Pasażerowie zachowywali się wzorcowo, współpracowali, słuchali poleceń i nie było paniki. Takich pasażerów można by oczekiwać zawsze. Jestem z tego dumna - powiedziała podczas czwartkowej konferencji prasowej załogi Boeinga 767, który we wtorek awaryjnie lądował na warszawskim lotnisku, stewardesa Beata Sobacz. Na konferencji po raz pierwszy od wypadku pojawiła się niemal cała załoga samolotu. Jej członkowie zostali uhonorowani odznaką Żurawia, specjalną nagrodą LOT za zasługi.

Konferencja rozpoczęła się od podziękowań, jakie w stronę załogi skierował prezes LOT Marcin Piróg. - Ta załoga to duma naszej firmy. To ludzie, którzy pokazali czym nasza firma chce być i co reprezentować - odpowiedzialność i troskę za pasażera, pracę zespołową i odwagę. To pomogło uratować samolot i 231 osób - stwierdził.

Zgrana współpraca

Z kolei inna ze stewardes, Anna Michalak-Zawadzka podkreśliła, że wszystko udało się tak dlatego, że załoga zgodnie ze sobą współpracowała. - Był spokój, opanowanie i to pomogło nam przekazać pasażerom nasze emocje. Pasażerowie się uspokoili i nie było w ogóle paniki. Dzięki temu tak szybko odbyła się ewakuacja. Mnie to zaskoczyło - oceniła. I przyznała, że taka sytuacja zdarzyła jej się pierwszy raz w karierze.

- Do końca wszyscy mieliśmy nadzieję, że podwozie jednak się otworzy. Najtrudniejszy był jednak ten ostatni moment, kiedy już wiedzieliśmy, że jednak nie działa. Wtedy wyszedł do nas szef i powiedział ze na 99 proc. podwozie nie wyjdzie. Wytłumaczył nam, jak to będzie wyglądało, że najpierw uderzymy ogonem, że może być pożar i musimy jak najszybciej ewakuować pasażerów - wspomina Michalak-Zawadzka.

Samolot płynie

Podobnie ostatnie minuty wspomina jej koleżanka, Wioletta Bugajska. - Ja byłam z tyłu samolotu, dostaliśmy informację, że może być dość mocne uderzenie, hałas i może pojawić się ogień. Spodziewałyśmy się gwałtownego lądowania, ale podczas przyziemienia było inaczej. Wydawało się nam, że samolot płynie. To uczucie było tak silne, że duża część pasażerów myślała, że wylądowaliśmy na kołach, były brawa. My jednak wiedziałyśmy, że było inaczej - podsumowała.

O wyjątkowej pewności i zgraniu załogi mówił też inny z jej członków, Grzegorz Pietrzyk. - Mieliśmy pewność, że z naszej strony wszystko zostało zrobione tak, jak potrzeba. I kiedy już usiedliśmy i powiedziano nam, że zostało pięć minut do lądowania, to zastanowiłem się jedynie czy są to moje ostatnie minuty życia. Pomyślałem o rodzinie, bardzo chciałem ich jeszcze zobaczyć - podkreślił Pietrzyk.

Podwozie wypuszczone z kabiny

Podczas konferencji prezes LOT-u był pytany był przez dziennikarzy także o szczegóły akcji podnoszenia Boeinga z pasa. Piróg potwierdził wcześniejsze informacje przekazane przez dyrektora lotniska im. Fryderyka Chopina, że podwozie zostało wypuszczone z kabiny pilotów, a nie mechanicznie.

– Zrobili to nasi ludzie w asyście techników Boeinga – powiedział szef PLL LOT. Dodał też, że po pierwszych oględzinach samolot jest w lepszym stanie niż można się było spodziewać. - Jest większe prawdopodobieństwo, że będzie naprawialny i nawet może stosunkowo szybko wrócić do eksploatacji - powiedział Piróg.

Zaznaczył, że w tym momencie wszystkie pozostałe maszyny z floty Boeingów 767 są sprawdzane. - W tej chwili testujemy resztę naszej floty, badamy czy ten system awaryjny działa. W ciągu następnych dziesięciu dni cała nasza samolotów przejdzie taką kontrolę - zapewnił Piróg.

Koszty

Piróg pytanyo koszty, jakie poniósł LOT w związku z awaryjnym lądowaniem, naprawą samolotu i zatrzymaniem lotów z Okęcia, wyjaśnił, że sprawa nie jest zamknięta, a bardzo dużo będzie zależało od wyników pracy komisji ds. badania wypadków lotniczych. Jak poinformował, w środę LOT nie przewiózł 12 tys. pasażerów, co powoduje w działalności operacyjnej przewoźnika ok. 1,5 mln zł straty. Prezes LOT wyjaśnił, że część tych pasażerów skorzysta z rejsów przewoźnika w najbliższych dniach.

Samolot Polskich Linii Lotniczych LOT wylądował we wtorek po południu awaryjnie na stołecznym lotnisku. Maszyna nie mogła wysunąć podwozia i lądowała "na brzuchu". Na pokładzie było 220 pasażerów i 11 członków załogi; nikt nie został ranny. Uszkodzony samolot zablokował obydwa pasy startowe lotniska. Z tego powodu port lotniczy był zamknięty dla ruchu lotniczego przez ponad dobę.

Czytaj także na tvn24.pl

TVN24/mn/tr