Z wody i z jezdni gasili most 40 lat temu

Warszawa

TVN24/ zdjęcia: NACTak gasili most w 1975 roku

Trudno uwierzyć, jak bardzo podobna do sobotniej była akcja straży pożarnej sprzed 40 lat. We wrześniu 1975, nieco ponad rok po oddaniu przeprawy do użytku, zapalił się ten sam element mostu Łazienkowskiego.

Największe różnice? Tamten pożar wybuchł dzień, na lewym brzegu. Wywołał on jednak niemal identyczne skutki, co sobotni - na archiwalnych zdjęciach widać tak samo pofalowany asfalt. Jest też zdjęcie wykonane pod mostem, na którym widać strażaków w łodzi i sypiące się na ich głowy iskry. Bardzo podobnie wyglądało to w minioną sobotę.

Wtedy strażacy zastosowali jednak inną metodą gaszenia pożaru - w miękkim asfalcie wykonano dziury i przez nie lano wodę do wnętrza konstrukcji mostu. Tym sposobem udało się opanować ogień.

Paliło się to samo

Na tym nie koniec podobieństw. Wtedy zapalił się ten sam element - drewniany pomost pod konstrukcją mostu. - Był zabezpieczone od wilgoci, ale wówczas nikt nie pomyślał o zabezpieczeniu od ognia - wspominał Jan Grzesik, były dyrektor warszawskiego Mostostalu, który nadzorował budowę mostu, a potem jego odbudowę po pożarze z 1975 roku.

Na antenie TVN 24 wyjaśniał, że pomost pod mostem wyłożony jest deskami od dołu, po bokach są dźwigary, a od góry rama i jezdnia. Pomiędzy jezdnią a deskami wytworzyła się ogromna temperatura, która stopiła asfalt. Grzesik porównał efekt do cugu w kominie. Gaszenie było bardzo trudne, bo efektu nie dawało polewanie go wodą od dołu. Wówczas w 1975 roku w płycie mostu wykonano otwory, przez które wprowadzono węże z wodą i pożar gaszono z poziomu jezdni. Jak wspominał Grzesik, ekspertyzę wykonano ciągu dwóch dni i natychmiast przystąpiono do naprawy.

Wyraził też zdziwienie, że w ciągu 40 lat nie wymieniono drewnianej konstrukcji na metalową.

Related content

r